One tworzą opowieść o mnie, opowieść moich bliskich o mnie, ale ja decyduję, które z nich zabieram do swojej narracji. One nie są mną, one pragną być mną i były mną przez większość życia, ale nie są mną, bo „ja” z natury jest wolne, tylko uwikłane w opowieść o przeszłości, o bólu, oddzieleniu. Czasami wciąż słyszę, jak szepczą, jednak teraz oddaję im głos, ale nie oddaję im siebie. I sprawdzam, co jest pod tymi przekazami, tam gdzie zawsze był mój własny głos, można go nazwać intuicją, świadomością, instynktem, dzieckiem naturalnym. Mówisz o uznaniu tych głosów, czym ono jest? I dlaczego są mną? Tylko dlatego, że je słyszę?

- Dla mnie to jest tak - zgadzam się na to, że jestem córką Marii i Bogdana i ta moja zgoda podszyta jest miłością do nich. Z tego, że jestem ich córką, wynika jakaś część tego, kim jestem - nie mierzę, jaka dokładnie. Wydaje mi się, że nie ma sporu tak naprawdę między nami. Że wychodząc z różnych początków, wylądowaliśmy na tym samym, że kochamy swoich rodziców, dając sobie prawo do wolności. Dla mnie zresztą naprawdę nie ma miłości, jeśli nie ma wolności. Jest uwikłanie.

Ty doszłaś do wolności przez bycie blisko ze swoją rodziną, ja - przez bunt i oddalenie, dobrze myślę?

- Nie do końca, bo ja się też buntowałam, na terapii i w rozmowach z samą sobą, w rozmowach z nimi. Przechodziłam różne fazy, ale wydaje mi się, że dotarłam już do portu.

Na terapiach to ja i morderstwo popełniłem. Jesteś wolna od swoich rodziców?

- Chyba jestem w dobrej od nich odległości. Mam silną więź z nimi, ale wydaje mi się, że ta więź mnie nie więzi. Przez wiele lat, całe dzieciństwo i wczesną młodość, byli dla mnie pomnikowi. Oboje są świetnymi terapeutami, bardzo dobrymi i głębokimi ludźmi, więc było mi trudno się buntować, bo nie bardzo dawali mi powody. Tak w każdym razie to wtedy widziałam. No ale zbuntować się trzeba, nie ma rady. Ja to robiłam z opóźnieniem, na terapii, w takiej laboratoryjnej sytuacji. I miałam czas niechęci, widzenia mocno ich wad, których, jak się okazało - niespodzianka! - jednak nie są pozbawieni. To było męczące, ale się dokonało. I teraz, mimo różnic, czasem pojawiających się napięć czy irytacji, mimo tego wszystkiego, mam poczucie ogromnej miłości do nich. A co dla ciebie było najważniejsze w dochodzeniu do wolności?

Moment na terapii, już po przepłakaniu swego rzeczywistego i urojonego cierpienia, kiedy zrozumiałem, że moja mama i tata byli i dobrzy, i źli, pewnie jak każda mama i każdy tata na świecie, że za ich decyzjami, również tymi, które mnie czasami bolały, których nie rozumiałem, była intencja miłości, ochrony, dawania. Dotarło do mnie, że doskonale wiedziałem, jakimi rodzicami powinni być, i całe życie miałem względem nich konkretne oczekiwania. I kiedy zrozumiałem, że moi rodzice są dobrzy i źli, jak ja, jak moi przyjaciele, okazało się, że cały świat przestał się w mojej głowie dzielić na tych dobrych i tych złych. Trudniej mi się teraz nabrać, idealizować, zakochać, ale dzięki temu czuję się wolny od iluzji nadmiernych oczekiwań wobec ludzi, poczucia niesprawiedliwości i zranienia, gdy popełnią błąd. Pamiętam, jak po którejś sesji wyszedłem wręcz z fizycznym odczuciem bezpieczeństwa, zbudowanego gdzieś na poziomie brzucha. To było przekonanie, które do dzisiaj mnie nie opuściło, że będzie zawsze, że zabieram je ze sobą i nie potrzebuję, by ktoś inny, czy to w miłości, czy rodzinie, mnie uratował, ocalił, uspokoił. Od tamtej pory uczę się mniej oczekiwać od rodziców, widzieć, że mam przed sobą ludzi, których bardzo długo nie potrafiłem zaakceptować, czekając cały czas na bycie zaakceptowanym.

- Moja przyjaciółka, kobieta światowa, opowiadała mi, jak zabrała swoją córkę w podróż matka-córka. Siedzą razem na jakiejś nadmorskiej skale, zachód słońca, nic, tylko kontemplować bliskość. A ta córka na nią nagle zaczyna wylewać wszystkie pretensje życia, żalić się, jak to ona ją skrzywdziła. I ta matka mi mówi: no i widzisz, tyle podróży, w które nie pojechałam dla niej, tyle nocy, tyle miłości, tyle starań - a człowiek i tak skończy zawsze na tej plaży, słuchając, jaki był do dupy. I rzeczywiście jest chyba tak, że oczekujemy od rodziców, że akurat w tej jednej dziedzinie, jaką jest rodzicielstwo, okażą się nieomylni. To jest tak, jakby oczekiwać, że się wymyją z bycia człowiekiem, ze swojej historii, z błędów, które w stosunku do nich popełniono. To absurdalne oczekiwanie - zobaczyłam to szczególnie wyraźnie, kiedy sama zostałam mamą i dzień po dniu widziałam swoje własne, popełniane mimo miłości i wielkich starań błędy. Dlatego tak ważne było wprowadzone przez Donalda Winnicotta pojęcie „wystarczająco dobrej matki” - rodzicielstwo nie jest wyjęte spod prawa do błędu.