W związku z odbywającymi się w Malborku uroczystymi procesjami Krzyżacy poczynili zresztą na zamku wielką inwestycję. W czasach Dytrycha von Altenburga zbudowali most na Nogacie, wyburzyli część murów obronnych, by znacznie powiększyć główny kościół zamkowy i w blendzie okiennej prezbiterium umieścili ogromną figurę Najświętszej Marii Panny. Przybywającym do Malborka pielgrzymom od razu rzucała się w oczy i zapewne kojarzyła się z cudownym obrazem, który znajdował się na zamku. Pokryta mozaiką z kolorowego szkła figura była niczym wielki kolorowy billboard reklamujący jedną z głównych atrakcji Malborka. Nawiasem mówiąc, figura z czasem zyskała na cudowności. Ponoć gdy w 1410 r. armia polska oblegała Malbork, puszkarz Jagiełły celował do niej z armaty, ale nie zdołał nawet wystrzelić, bo nagle oślepł.

Nie wiadomo dokładnie, jak wyglądał znajdujący się w Malborku cudowny obraz. Podobno przedstawiał Najświętszą Marię Pannę z dzieciątkiem „ze srebrnymi koronami i berłem”. Obraz zaginął, zapewne podczas wojny trzynastoletniej; jak inne skarby twierdzy malborskiej padł łupem żołnierzy najemnych, którzy gospodarzyli tutaj od 1454 do 1457 roku, bo to z tego okresu pochodzą ostatnie wzmianki na jego temat. Znacznie dłużej, bo do 1945 r., przetrwała wysoka na osiem metrów figura Najświętszej Marii Panny i można przypuszczać, że była kopią cudownego obrazu, o czym wiadomo z zachowanych zdjęć (zdj. 2, str. 22). Nieco przypominała bizantyjską ikonę, więc może też i cudowny obraz Najświętszej Marii Panny był ikoną? Figurę odrestaurowano wraz z zamkiem w wieku XIX, została jednak powtórnie zniszczona po wojnie i dziś na zamku znajdują się tylko jej kawałki. Może przyjdzie taki czas, że ponownie stanie tam, gdzie ją umieszczono przed wiekami?

Odry - z dystansem do cudów

Kamienne kręgi w Odrach wywołują wiele emocji i wzbudzają coraz to nowe domysły. Stanowisko naukowców jest jednoznaczne: mamy do czynienia z liczącym 16 ha i ok. 2000 lat cmentarzyskiem po skandynawskich Gotach, którzy wśród Słowian zabawili niedługo, zaledwie ok. 150 lat. Pozostawili po sobie 10 kamiennych kręgów, 29 kurhanów i kilkaset grobów szkieletowych i ciałopalnych. Kamienie nie są szczególnie imponujące, bo największe z nich nie wystają nad ziemię więcej niż 70 cm. Cud, że przez setki lat nikt z miejscowej ludności nie wykorzystał ich jako materiału budowlanego. Niewykluczone, że zapobiegła temu legenda, według której w leżącym nieopodal leśnym stawie zwanym „oczkiem straceńców” topili Goci spalone szczątki swoich potępionych współplemieńców. Jednak wielu archeologów amatorów, radiestetów i geomantów przypisuje temu miejscu o wiele większe znaczenie, utrzymując, że nie tylko ma bezpośredni związek z megalitami w Stonehenge, ale pod pewnymi względami wielokrotnie je przewyższa. Liczone w skali Bovisa promieniowanie wynosi tu 120 tys. jednostek, podczas gdy już 50 tys. wskazuje na miejsce mocy.

Cmentarzysko emanuje tajemniczą energią i jest czymś w rodzaju „kosmicznego sanatorium”. Do Odr przyjeżdża wielu fanatycznych poszukiwaczy boskich czakramów Ziemi, radiestetów, wyznawców pradawnych kultów, nawet całymi rodzinami. Popularność polskiego Stonehenge martwi naukowców. Ich zdaniem zachowanie turystów poszukujących cudów i tajemnic powoduje nieodwracalne szkody, prowadzi do zniszczenia tego, co jest największą wartością miejsca. Naukowcy mają na myśli... mchy i porosty rosnące na kamieniach. Naliczyli aż 86 gatunków, niektóre pochodzą z wczesnego okresu polodowcowego. I tak naprawdę największy cud stanowi fakt, że przetrwały w naszym stosunkowo łagodnym klimacie, choć ich naturalnym miejscem występowania jest północna tundra. Co jeszcze dziwniejsze, mchy porastają całą powierzchnię głazów, a nie tylko ich północną część. Niestety, amatorzy komunikowania się z kosmosem poprzez kamienie dotykają ich, ocierają się o nie, obejmują. W ten sposób niszczą delikatną warstwę porostów, które mają w dodatku to do siebie, że rosną niezwykle wolno: zaledwie 1 mm na rok. Stąd apel: podziwiajmy kręgi, zachowując do nich pewien dystans. Zarówno fizyczny, jak i umysłowy.

Dojazd samochodem drogą 22 do Czerska (pomiędzy Starogardem Gdańskim a Chojnicami), stamtąd do miejscowości Odry, lub PKS-em z Czerska

Przezmark - zbrodnia i zaginione skarby

O zamku w Przezmarku krąży w okolicy wiele legend, ale rzadko która ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Tymczasem najbardziej mroczna i zarazem mało znana historia związana z tym miejscem wydarzyła się chyba naprawdę i ze szczegółami opowiedział ją kronikarz, niezastąpiony Jan Długosz. Kilka dni po bitwie pod Grunwaldem wojska polsko-litewskie zatrzymały się na popas nad jeziorem opodal Przezmarka. Wtedy do obozu królewskiego przybyło kilku braci zakonu krzyżackiego, którzy przebywali w zamku – przekazali go Polakom wraz ze wszystkim, co się w nim znajdowało. Jak zawsze w takim przypadku Jagiełło powierzył twierdzę pieczy jednego ze swych rycerzy, Mroczkowi z Łopuchowa, a ponieważ mówiono, że w zamku ukryto „bardzo ważne rzeczy i mnóstwo skarbów”, w drodze do zamku towarzyszyć mu miał królewski skryba Jan Socha, żeby spisać całą zawartość. Skryba w towarzystwie Mroczka z Łopuchowa i zastępu zbrojnych dotarł do zamku, ale żywy już z niego nie wrócił. Zginął w drodze powrotnej wraz z orszakiem, zginęły też skarby, które znajdować się miały na zamku. Nikt nie wiedział, co wydarzyło się po drodze, podejrzenia padły oczywiście na Mroczka z Łopuchowa. Uznano, że doprowadził do zbrodni, by „z jego [Sochy] przekazu król nie zapoznał się ze stanem spisanego majątku i skarbów zamku Przezmark”. Krewni zabitego Jana Sochy postawili Mroczka przed sądem, niczego mu jednak dowieść nie mogli, on sam zaś wybronił się, składając przysięgę rycerską. Tak więc zbrodnia ta do dzisiaj pozostaje niewyjaśniona…

Zamek krzyżacki w Przezmarku. Wejście na teren ruin jest bezpłatne, natomiast wieża stoi na terenie prywatnym.