Równie dobrą opinię nauczyciele wydali Jakubowi: „należał do wyróżniających się uczniów i nie było z nim żadnych kłopotów”. Wyjazd na Dolny Śląsk, a potem do Niemiec, dla krewnych Bogdańskich nie był zaskoczeniem. Lubili podróże, niemal przy każdej nadarzającej się okazji wsiadali w samochód i jechali gdzieś w Polskę. Szczególnie upodobali sobie góry, choć nie gardzili również Mazurami, gdzie wsiadali do kajaków. Zawsze z nimi był kontakt telefoniczny, tymczasem od Wielkiej Nocy ani razu nie udało się z nimi porozmawiać. Rodzina zaczęła się trochę niepokoić, ale nikt nie wiedział, w jakim pensjonacie się zatrzymali.

Rodzina w Niemczech nie spodziewała się ich przyjazdu, a przecież krewniacy z Polski zawsze uprzedzali o takiej wizycie. To wszystko wydawało się trochę dziwne, wręcz niepokojące. Ale cóż? Może Bogdańscy chcieli pobyć sami we własnym gronie? Może zmienili plany i wyjechali w zupełnie innym kierunku. Zbliżał się długi weekend majowy, doskonała okazja do wydłużenia urlopu. Skoń- czył się kwiecień, zaczynały kwitnąć kasztany, niechybny znak nadchodzących matur. Mijał dzień za dniem, a od nich nie było żadnej wiadomości. Rodzice Bożeny i jej siostra coraz częściej podjeżdżali do Starowej Góry z nadzieją, że wreszcie pojawią się tam Bogdańscy po długim urlopie. Za każdym razem brama była zamknięta i tylko coraz bardziej zarastający ogródek zdradzał nieobecność gospodarzy. Bezradna i zaniepokojona siostra Bożeny Bogdańskiej powiadomiła wreszcie o wszystkim policję.

WĘDLINA TYLKO DO WYRZUCENIA

Już następnego dnia stosowne alerty o zaginięciu rozesłano po całej Polsce, a informacje o zaginionych wprowadzono do baz danych. Dwa dni później ekipa dochodzeniowo-śledcza łódzkiej policji pojawiła się w mieszkaniu Bogdańskich. Łudzili się, że w opuszczonym mieszkaniu uda się znaleźć jakikolwiek ślad, który rzuci światło na przyczyny ich zaginięcia. Policyjni detektywi srodze się zawiedli. Piętrowy dom wyglądał tak, jakby domownicy przed chwilą stamtąd wyszli i lada moment mieli wrócić. Na każdym kroku widać było rękę gospodyni dbającej o porządek.

Wszystko było poukładane i posegregowane, łóżka zaścielone, na stole żadnych zbędnych przedmiotów. W oknach wisiały uprane przed świętami franki i zasłonki, na komodzie stał wielkanocny stroik, brakowało tylko święconki, baranka i rzeżuchy. Chociaż ta ostatnia pewnie by uschła biorąc pod uwagę, że przez kilkanaście dni nikt by jej nie podlewał. W kuchni na suszarce pozostały umyte czyste naczynia po obiedzie. W lodówce była wędlina, nabiał, napoczęte kartonowe opakowania z mlekiem i sokami. Wszystko zepsute, nadawało się już tylko do wyrzucenia.

W przedpokoju na podłodze stały tornistry 16-letniej Małgosi i 12-letniego Jakuba. W środku były spakowane do szkoły książki, zeszyty, piórnik, a w bocznej kieszeni – legitymacje szkolne. W pokoju Małgorzaty pozostał jej notes z telefonami do przyjaciół i znajomych, z którym praktycznie nigdy się nie rozstawała. W salonie odkryto dopiero co wyprasowane ubrania nastolatków, a w sypialni
rodziców – przewieszony przez oparcie krzesła elegancki sweter pani Bożeny. – Brakuje tylko piżamy mojego wnuka. Poza tym wszystko jest na swoim miejscu – opowiadała w 2004 roku Maria Kuśmider, matka zaginionej Bożeny Bogdańskiej.

Nie tak wygląda mieszkanie ludzi, którzy planują kilkunastodniowy wyjazd na urlop. Tym bardziej że w pomieszczeniu gospodarczym pozostały torby podróżne i walizki, w które pakowali się, planując dalekie i bliskie wojaże. Co równie zaskakujące: w łazience pozostały wszystkie kosmetyki osobiste, łącznie ze szczotkami do zębów, przyborami do golenia i suszarką do włosów. Ba, pozostały
nawet ładowarki do telefonów komórkowych. W domu brakowało oznak włamania, walki oraz śladów biologicznych poza normalnymi, pozostawianymi każdego dnia przez domowników.
– To wszystko wyglądało tak, jakby ktoś nakazał im opuszczenie domu tak jak stali, z obietnicą, że za kilka minut znowu tam powrócą – mówi jeden z łódzkich policjantów. – Czy zrobili to dobrowolnie, a może pod przymusem. Sam chciałbym wiedzieć, co się stało? Jedyne, czego nie udało się znaleźć w obejściu w Starowej Górze to dokumenty tożsamości, prawa jazdy i paszporty dorosłych. Cała piątka zabrała je ze sobą. Czy planowali do czegoś je wykorzystać, a jeśli tak to w jakim celu? Gdyby udało się odpowiedzieć na to pytanie… dużo by to wyjaśniło w tej zagadkowej sprawie.

NUDNE ŻYCIORYSY

Przeciętna, niczym niewyróżniająca się rodzina. Wiedli zwykłe życie, sąsiedzi nie potrafili powiedzieć o nich zbyt wiele. Dopiero po wielu rozmowach z rodziną i przyjaciółmi udało się ustalić więcej szczegółów na temat zaginionych. Bożena i Krzysztof Bogdańscy znali się jeszcze z czasów wczesnej młodości. Poznali się w technikum łączności, do którego obydwoje uczęszczali i tam zapałali do siebie pierwszym młodzieńczym uczuciem. Jak widać przetrwało ono próbę czasu, bo w 1985 roku powiedzieli sobie sakramentalne „tak”. Chyba każdy w dniu ślubu marzy o wielkim uczuciu wybuchającym z siłą wulkanu i prowadzącym do długiego szczęśliwego związku. Nie inaczej było w przypadku Bogdańskich. Oprócz wielkiej miłości i planów na przyszłość nie mieli prawie nic. Zamieszkali kątem w łódzkim mieszkaniu rodziców Bożeny, po kilku latach przeprowadzili się do niewielkiego mieszkania w jednym z łódzkich wieżowców. Praca, dom, weekendowe spotkania z przyjaciółmi. Życie jak milionów Polaków. Dwa lata po ślubie urodziła się córka, cztery lata później syn. Nie było lekko, na szczęście dostali w prezencie działkę budowlaną pod Łodzią, w Starowej Górze od rodziców Bożeny.