Tę równość wszystkich ludzi wobec śmierci ukazuje stary obrzęd, który odbywa się podczas pogrzebów Habsburgów w Wiedniu przy kościele Kapucynów. Po dotarciu na miejsce mistrz ceremonii trzykrotnie puka do drzwi krypty, zza których dobiega pytanie: „Kto stoi na zewnątrz?”. „Cesarz Austrii, król Węgier, król Czech…” – tu ciągnie się długa litania najrozmaitszych i najdziwniejszych tytułów. „Nie znam kogoś takiego” – pada w odpowiedzi i drzwi ani drgną. Mistrz ceremonii ponownie stuka trzy razy w drzwi, i ponownie można usłyszeć: „Kto stoi na zewnątrz?” „Cesarz Austrii, król Węgier” – tym razem tytulatura panującego jest krótsza, ale i to nie wystarcza gwardianowi. Dopiero za trzecim razem, gdy pada: „Ja biedny grzesznik” – krypta staje otworem. Ta właśnie chwila miała znaczenie symboliczne: upór, duma i wielkość umarły, by zrodziła się pokora. Bóg nie liczy tytułów.

W Europie częstą praktyką było dzielenie ciała na części i chowanie ich w wielu grobach. Najpierw ćwiartowano zmarłego, następnie szczątki parzono wrzątkiem, aby mięso odeszło od kości, których uzyskanie było głównym celem tej procedury. Nie chodziło o zachowanie ciała w całości, lecz wręcz przeciwnie – o jego rozczłonkowanie. Niekiedy szczątki były rozdzielane, aby rozprzestrzenić relikwie w celu ożywienia religijności lub umocnienia władzy politycznej. Przykładowo w XVII w. ciała królów Francji spoczywały w Saint-Denis (prawie wszyscy Kapetyngowie zostali tu pochowani: 42 królów, 32 królowe, 63 książąt i księżnych i 10 wielkich ludzi królestwa), ich wnętrzności w Notre Dame, a serca – w Val-de-Grâce. Literacką wizję takich praktyk przedstawił Andrzej Bart w swojej powieści „Don Juan raz jeszcze”, w której zakochana bez pamięci królowa Joanna Kastylijska nie pozwala pochować męża i jeździ z jego zmumifikowanym ciałem po Hiszpanii: „Służący trzymający bogato zdobioną szkatułę natychmiast zbliżył się do stołu. Le Ferron zajrzał do środka, a potem sięgnął ręką. Wyciągnął długą, brązową kość. – To goleń mojej kochanej Bernardy – położył kość przed królową, która pochyliła się nad nią z zainteresowaniem. – Po Gertrudzie mam tylko mały palec. I przyznaję, nie chcę mieć więcej...”.

Nie inaczej działo się z ciałami Habsburgów. Po śmierci cesarza jego ciało otwierano i balsamowano. Wnętrzności zmarłego po tym, jak pobłogosławił je kapelan zamkowy, chowano do miedzianej urny, którą karoca zawoziła do katedry św. Szczepana. Tam arcybiskup Wiednia błogosławił je po raz drugi, po czym urnę składano do katakumb pod kościołem. Serce wyjmowano i zamknięte w urnie uroczyście przenoszono do kaplicy Loretańskiej w kościele św. Augustyna w Wiedniu. Dziś – w krypcie, która nie bez sentymentu nosi miano Herz- grüftl (zdrobnienie od „krypty serc”) – można zobaczyć 54 srebrne urny z sercami Habsburgów. Podobno trzy pojemniki z sercami i dwie urny z trzewiami z czasem zaginęły.

Wizytował to miejsce Józef Ignacy Kraszewski, który w „Kartkach z podróży” obejmujących lata 1858–1864 pisał: „Tu oglądałem znany bardzo z rycin wielu pomnik grobowy arcyksiężniczki Marii Krystyny, żony Alberta, księcia sasko-cieszyńskiego, pomysłu Canovy. Jest to piramida, w pośrodku której ciemna głąb grobu się otwiera, do niej ciągną powoli postacie alegoryczne: Cnota, Dobroć itp. Geniusz oparty na lwie i starzec są prześliczne, ogół wyszukany nieco dla efektu, ale piękny. Dodaje wrażenia czarna próżnia w pośrodku tajemnicza, pełna smutku, przerażająca... ale ten posiłkujący środek trąci epoką, która go użyła. Jest to znów sztuczka tylko”. Od 1618 roku miejscem schronienia reszty szczątków królewskich jest wspominana już krypta Kapucynów, uważana za najsłynniejszy grobowiec Europy, z którym nie mogą się równać ani hiszpański Escorial, ani angielski Westminster, choć Józef Ignacy Kraszewski był odmiennego zdania: „Zajrzałem i do kościoła Kapucynów gdzie są groby cesarskie, ale tu nic zajmującego nie znalazłem”.

CYSORZ TO MA KLAWY POGRZEB

Historia Wiednia przekonuje, że śmierć nie musi być smutna, a ostatnia droga – smętnym konduktem. To weselsze nastawienie obrazuje fragment przyśpiewki z heurigi, tradycyjnej wiedeńskiej winiarni:


Śmierć musi być wiedeńczykiem,
tak jak miłość jest Francuzką.
Któż inny tak punktualnie powiedzie cię do nieba bram?
Tylko wiedeńczyk ma takie wyczucie.

Według popularnej anegdoty przed zgonem Marii Teresy zapytano cesarzową, co czuje: „To tak, jakby przechodziło się z jednego pokoju do drugiego” – odrzekła. Na pięć minut przed śmiercią usiadła na łóżku. Cesarz spytał:„Źle się czujesz?”. „Dość dobrze, by umrzeć” – zabrzmiały ostatnie słowa monarchini. W Europie pierwszym, który nie tylko spopularyzował tę nową formę celebracji śmierci, ale także sam opracował jej teorię w traktacie „Des décorations funebre”, był ojciec Claude-François Ménestrier, jezuita, pomysłodawca katafalku wzniesionego w 1666 roku w Grenoble z okazji śmierci królowej matki Anny Austriaczki. „Skromność jest cnotą godną pochwały u osób żyjących, jednakże nie powinniśmy być skromni wobec tychże osób po ich śmierci– przeciwnie, winniśmy oddać tym ludziom to, czego żałowali sobie za życia” – pisał.

Jedną z najbardziej charakterystycznych nowości doby baroku, przejętą później przez wiedeńczyków, było nawet nie tyle bogactwo ceremonii i orszaków możnych, ile rozpowszechnienie tego modelu społecznego zachowania wśród nowych warstw społecznych, które go przyswajały. Troska o zorganizowanie pogrzebu, szczególnie orszaku żałobnego, to punkt, którego brakuje naprawdę w niewielu spośród tysięcy ówczesnych testamentów. Rzecz jasna, każdy przygotowywał dla siebie uroczystości żałobne dostosowane – jak to się mówi – do „stanu i pozycji”. Wewnątrz tego sztywnego z pozoru systemu ostentacja uwidacznia się w bogactwie kiru, jak i w ciężarze i liczbie dokładnie wymierzonych świec. Karol VI Habsburg, który aż do końca (swojego) walczył o przestrzeganie etykiety, miał tuż przed zgonem w 1740 roku podnieść się raz jeszcze, aby zaprotestować, dlaczego u stóp jego łoża palą się tylko cztery świece, skoro jemu jako cesarzowi rzymskiemu przysługuje ich sześć. Pierwszym przedsiębiorstwem, które umożliwiało przeprowadzenie inscenizacji pogrzebu z prawdziwą nomen omen pompą, było założone w 1867 r. „Enterprise des Pompes Funebres”, a jego pracownicy noszący ozdobne mundury z charakterystycznym, zarezerwowanym dla obsługi pogrzebu pierogiem, czyli napoleońskim kapeluszem, zaczęli być określani w dialekcie wiedeńskim jako der Pompfüneberer. Powstały też ekskluzywne „zakłady towarów żałobnych”, gdzie każdy mógł wypożyczyć odpowiedni strój pogrzebowy.

Życie i śmierć były ze sobą powiązane. Uważano je za nierozerwalną jedność. Wystawny pogrzeb stał się właściwie najważniejszą chwilą w… życiu zmarłego. Pieniądze zbierano praktycznie latami, aby po śmierci pokazać, kim się było, i podkreślić pozycję społeczną i bogactwo [w malutkim Leibniz w 1906 r. pogrzeb najwyższej 1. klasy kosztował 500 koron; robotnik przemysłowy w 1900 r. zarabiał 16,3 korony tygodniowo – przyp. red]. Wiedeńczyków cechowała wyjątkowa, wręcz maniakalna gorliwość, z jaką troszczyli się o żywot pozagrobowy – nieporównanie bardziej niż o doczesny. Dbałość ta sięgała niemal granic absurdu. 1 kwietnia 1989 roku, z okazji śmierci ostatniej cesarzowej Austrii Zyty, orszak pogrzebowy wyruszył jak zwykle z katedry św. Szczepana, gdzie wykonano uroczyste requiem. W ostatnią drogę monarchini podążała w historycznym powozie dworskim, który służył jeszcze cesarzowi Józefowi I. Do karawanu zaprzęgnięto sześć karych koni pełnej krwi, oddanych do dyspozycji przez społeczeństwo komunistycznej jeszcze wtedy Czechosłowacji.

Uniform stangreta pochodził ze zbiorów Bestattungsmuseum. Trumnie towarzyszyli strzelcy tyrolscy odziani w kapelusze z jaskrawoczerwonymi piórami. Kondukt pogrzebowy poprzedzała gwardia honorowa z Węgier, również komunistycznych, dzierżąca wysoko sztandar cesarstwa z dwugłowym orłem. Tradycyjny „trójpodział Habsburgów” został przeprowadzony w ograniczonym zakresie: szczątki powędrowały do krypty Kapucynów, ale serce cesarzowej spoczęło w krypcie w klasztorze Muri w Szwajcarii. Historia ponownie zatoczyła koło i jak w wieku XIX, kiedy to znana była trasa przemarszu konduktu i anonsowano w prasie: „dysponuję apartamentem z oknami wychodzącymi na trasę żałobnego konduktu” [w 1898 r. podczas pogrzebu żony cesarza Franciszka Józefa Elżbiety von Wittelsbach, znanej jako Sisi, ceny dochodziły do 1000 koron – przy. red.], w kwietniu 1989 roku można było wynająć „lożę z widokiem na ostatnią drogę cesarzowej Zyty”. Mniej zamożni wiedeńczycy, a były ich setki tysięcy, utworzyli szpaler, aby oddać cześć krewnej uwielbianego cesarza Franciszka Józefa i małżonce ostatniego cesarza Karola. Ale owego dnia złożono do grobu coś więcej niż same szczątki kobiety – zauważa Erik Durschmied w „Schyłku wielkich dynastii”. Jeśli potrzebny był jakiś dowód, że sytuacja polityczna w Europie Wschodniej zmierza ku swej kulminacji, to stał się nim powszechny udział w uroczystościach. I rzeczywiście: zaledwie siedem miesięcy później runął mur berliński.