„Człowiek jest kowalem swojego losu”, „potrzeba 10 tysięcy godzin, by osiągnąć doskonałość w danej dziedzinie”… Nawet jeśli takie stwierdzenia są prawdą, to po spełnieniu określonych warunków. O tych warunkach samozwańczy guru psychologii popularnej nawet się jednak nie zająkną, przez co ich nauki mogą przynieść słuchaczom więcej szkody niż pożytku. Przyjrzyjmy się niebezpiecznym mitom szerzonym na szkoleniach i w poradnikach dla tzw. ludzi sukcesu.


1. Mit pracy zespołowej

 

Co łączy Alberta Einsteina, Franza Kafkę i Stephena Wozniaka? Wszyscy lubili pracować w samotności i tym tłumaczyli swoją ponadprzeciętną kreatywność. Tymczasem dziś kwitnie kult pracy zespołowej. Razem osiągniemy więcej – zapewniają guru biznesu. Należy do nich Clay Shirky, który w bestsellerze „Here Comes Everybody” zwraca uwagę, że „część fresków w Kaplicy Sykstyńskiej namalowali pod okiem Michała Anioła jego asystenci”. Jak się z tym nie zgodzić? Jest tylko jedno „ale”: Michał Anioł, w przeciwieństwie do swoich pomocników, był nie do zastąpienia. Bez dwóch zdań: w pojedynkę trudno przygotować wesele na sto osób lub wtaszczyć fortepian na dziesiąte piętro. Pewnym działaniom jednak samotność służy.

A może indywidualna praca dobra jest tylko dla geniuszy? Absolutnie nie. „Jednostki zebrane razem tworzą coś mniejszego niż suma pojedynczych części, a to dlatego, że rozdzielenie wysiłku na kilka osób prowadzi zarówno do rozmycia odpowiedzialności, jak i pomieszania ról” – argumentuje Robert Rowland Smith w książce „Śniadanie z Sokratesem”. Kiedy nasz wysiłek jest wkładem do wspólnej puli, angażujemy się mniej. Mamy nadzieję, że działowym raportem zajmie się kolega zza sąsiedniego biurka. Zjawisko to psycholodzy określają mianem próżniactwa społecznego. Każdy ogląda się na innych. W końcu nikt niczego nie robi (oprócz dobrego wrażenia). „Co gorsza – zaznacza Smith – »drużyna« zbiera się również wtedy, kiedy nie ma żadnego meczu do rozegrania, czyli wcale nie jest zespołem, ale wygodnicką grupą, która w ostateczności zaczyna wytwarzać pracę dla samej siebie”.

 

2. Wielozadaniowość kontra jedno zadanie

 

Dlaczego nie brać przykładu ze św. Tomasza z Akwinu, który równocześnie dyktował trzy traktaty filozoficzne? Robienie kilku rzeczy naraz to najlepszy sposób na wzrost efektywności i oszczędność czasu – twierdzą propagatorzy multitaskingu. Wielozadaniowość to bzdura – odpowiadają zwolennicy koncepcji jednej rzeczy. Przełączanie się z czynności na czynność – tłumaczą – skutkuje tym, że pacjent dostaje niewłaściwe lekarstwa, a niemowlę pozostaje w wanience bez opieki. Obie strony mają rację – a zarazem jej nie mają. Multitasking sprawdza się w przypadku prostych, rutynowych aktywności, które wykonujemy na autopilocie. Spacerując po parku, możemy jednocześnie karmić wiewiórki, podziwiać drzewa i pilnować, żeby dziecko nie wpadło do sadzawki. Lecz biada, jeśli wielozadaniowość praktykujemy także podczas prowadzenia auta w godzinach szczytu. Co równie ważne: łatwo z multitaskingu zrezygnować kasjerce w banku. Niestety, większość zawodów wymaga dzielenia uwagi między kilka zadań.

 

3. Ideał ekstrawertyka

 

Najlepszymi menedżerami są ekstrawertycy. To przekonanie wydaje się tak oczywiste, że nikt nie miał odwagi go podważyć. Aż pojawił się ekspert od zarządzania Jim Collins, który ze zdziwieniem odkrył, kto stoi na czele „zwycięskich organizacji” – firm odnotowujących nieprzerwany wzrost od co najmniej 15 lat. Wcale nie byli to przebojowi, pewni siebie gwiazdorzy, których urokowi trudno się oprzeć. Tylko skromni, zwyczajni ludzie, bez cienia narcystycznych skłonności – choć bezwzględnie zdeterminowani i zorientowani na wyniki!

Wbrew obiegowej mądrości, ekstrawertycy nie trzęsą również handlem, co wykazał Adam Grant, profesor psychologii w Wharton Business School. Na trzy miesiące trafił do firmy programistycznej, która do sprzedawania swoich produktów wykorzystywała call center. Poprosił ponad 300 telekonsultantów, by wypełnili kwestionariusz osobowości zawierający stwierdzenia typu „jestem nieśmiały w kontaktach z obcymi” lub „jestem duszą towarzystwa”. Następnie przyglądał się przychodom poszczególnych sprzedawców. Introwertywni handlowcy wypadli nieco gorzej – uzyskiwali średnio 120 dol. na godzinę, o pięć mniej niż ich ekstrawertywni koledzy. Ale jednych i drugich bili na głowę ambiwertycy. To osoby, które nie są ani skrajnie zdystansowane i skryte, ani krańcowo pobudzone i otwarte. Na skali introwersji-ekstrawersji sytuują się mniej więcej w środku. Jakie przychody osiągali badani przez prof. Granta ambiwertycy? Ich średnia to 155 dolarów na godzinę.