Raz na siedem lat, w tak zwanym roku szabatowym, pobożny żydowski rolnik powinien popaść w nędzę, a bankier zbankrutować. Tora stwierdza bowiem jednoznacznie: „Przez sześć lat będziesz obsiewał ziemię i zbierał jej płody, a siódmego pozwolisz jej leżeć odłogiem i nie dokonasz zbioru, aby mogli się pożywić ubodzy z twego ludu, a resztę zjedzą dzikie zwierzęta.

Tak też postąpisz z twoją winnicą i z twoim ogrodem oliwnym” (Ks. Wj 23,10- -12). I w innym miejscu: „Pod koniec siódmego roku przeprowadzisz darowanie długów (…) każdy wierzyciel daruje pożyczkę udzieloną bliźniemu, nie będzie się domagał zwrotu od bliźniego lub swego brata, ponieważ ogłoszone jest darowanie ku czci Pana. 

Od obcego możesz się domagać zwrotu, lecz co ci się należy od brata, daruje twa ręka” (Ks. Pwt 15,1-4). Tora została objawiona Mojżeszowi przez Boga, a sprzeciwienie się woli Stwórcy nie wchodziło w grę. Przestrzeganie Jego rozkazu rodziło jednak tak poważne problemy, że ani żydzi w diasporze, ani we własnym państwie nie mogli mu się w pełni podporządkować. Trzeba było znaleźć rozwiązanie, które nie naruszając boskiego prawa pozwoliłoby na rozwijanie gospodarstwa rolnego, firmy handlowej, banku. I znaleziono.

 

Darować, by nie darować

 

Uczeni w Piśmie orzekli, że zakaz uprawy dotyczy wyłącznie ziemi należącej do narodu wybranego. Wystarczyło więc dokonać fikcyjnej sprzedaży gruntu gojowi, by móc go dalej uprawiać. Tora nie mówi bowiem nic o pozostawianiu odłogiem ziemi należącej do innowierców ani o zakazie pracy na niej. Również dziś zdarza się, że żydzi w Izraelu zawierają takie transakcje z Arabami. W niektórych kibucach stosuje się mniej kontrowersyjny wybieg i rozwija hydroponikę, czyli uprawianie roślin nie na glebie, lecz w szklarniach, na pożywkach wodnych. 

Nieco więcej trudności nastręczało znalezienie kruczka prawnego pozwalającego ominąć nakaz darowania długów. Na pomysł, który umożliwił żydom zajmowanie się opartym na kredycie handlem i bankowością, wpadł w I w. n.e. rabin Hillel Starszy. Sformułował tzw. prawo prosbulu, które stanowi, że jeśli wierzyciel przeniesie należność na jakąś instytucję religijną, uniknie konieczności darowania długu. Instytucja nie była bowiem niczyim bratem ani bliźnim, zatem nie miała obowiązku anulowania należności. Mogła nadal ściągać raty i odsetki. Gdy minął rok szabatowy, przekazywała je osobie, która powierzyła jej swój dług i wszystko wracało do punktu wyjścia. Dzięki Hillelowi zamożni i przedsiębiorczy żydzi mogli z czystym sumieniem pomnażać majątek, bez ryzyka jego utraty.

Tora drobiazgowo reguluje każdy aspekt codziennego życia. Najwięcej rygorów dotyczy szabatu. Skoro w siódmym dniu po stworzeniu świata Bóg odpoczywał, człowiek również nie mógł wykonywać żadnej pracy, nawet tak prozaicznej jak rozpalanie ognia. W krajach o ciepłym klimacie nie sprawiało to problemów, świąteczne potrawy przygotowywano wcześniej, świece zapalano przed piątkowym zachodem słońca. Ale jak przetrwać bez ogrzewania zimę na chłodnej północy, na przykład w Polsce czy Ameryce? Najprostszym wyjściem było zatrudnienie „szabes goja”, czyli nie-żyda który napalił w piecu, podgrzał zamarznięte jedzenie, wymienił wypalone świece.

Co bardziej ortodoksyjni rabini uważali jednak, że płacenie innowiercom za to, by żydzi mogli omijać nakazy Boga, jest sztuczką szytą zbyt grubymi nićmi. Dlatego niezbędny okazał się kolejny wybieg. I zaczęto umawiać się z gojami, że nie pracują za pieniądze, lecz wyświadczają darmową przysługę. Zapłatę przekazywano im następnego dnia. Ale nie za pracę wykonaną w szabas. W niedzielę szabes goj musiał wykonać jakąś „hojnie opłaconą”, drobną czynność – umyć talerz, pokołysać dziecko, podnieść okruch z podłogi. Ten patent jest ciągle aktualny. Zwłaszcza wśród żydów amerykańskich.