Jan Stradowski: We Włoszech ruszył proces wytoczony uczonym przez rodziny ofiar trzęsienia ziemi z 2009 r. Ludzie twierdzą, że czują się „zdradzeni przez naukę”. Czy stawianie takich zarzutów w ogóle ma sens?
prof. Jacek Hołówka: Wszystkie nieszczęścia i klęski przyrodnicze mają to do siebie, że nie sposób bezpośrednio i jednoznacznie ustalić, co się zdarzy, a co nie. Nauka może jedynie ustalać prawdopodobieństwo, z jakim dane wypadki mogą zajść. Pewności nie ma nigdy – takie pojęcie występuje tylko w prawie i teologii. Jeśli oszacowane ryzyko jest niskie, to nie sposób mieć pretensji do uczonych, jeśli jednak dojdzie do katastrofy. Równie dobrze można by domagać się zamknięcia w więzieniu lekarzy, bo nadal jeszcze nie odkryli lekarstwa na raka.
J.S.: Ale społeczeństwo ma wobec nauki wielkie oczekiwania, a badacze są najczęściej opłacani z publicznych pieniędzy.
J.H.: Zadaniem nauki nie jest pilnowanie bezpieczeństwa społecznego. Za to odpowiadają stosowne służby publiczne. W każdym państwie są urzędnicy – także opłacani z publicznych pieniędzy – którzy zbierają dane z całego kraju i prognozują zjawiska, które mogą stanowić zagrożenie dla społeczeństwa. To oni podejmują decyzje, a nie naukowcy.
J.S.: Jednak na filmach widzimy często badaczy, którzy na własną rękę nagłaśniają ważne odkrycia...
J.H.: Gdy naukowiec sam coś ustali, podaje to do publicznej wiadomości i na tym w zasadzie może poprzestać. To nie geolog powinien dzwonić na policję czy do szpitali i żądać przygotowania się na katastrofę. Nie on powinien domagać się od władz lokalnych, by przeprowadziły ewakuację. Władze odpowiadają za bezpieczeństwo ludności i same powinny dbać o to, żeby naukowcy dostarczali im aktualnych informacji. Przypomnijmy sobie sytuację z 2009 r. Minister Ewa Kopacz zdecydowała, że nie ogłosimy stanu epidemii grypy i nie kupimy za granicą szczepionek. Zaryzykowała, ale czy zrobiła dobrze? Po fakcie wszyscy mówią, że tak, ale stała przed bardzo trudnym wyborem. Gdyby jednak doszło do epidemii, byłaby odpowiedzialna nie tylko politycznie, ale i moralnie. Wszyscy by mówili, że za tragedię odpowiada rząd. Pani minister mogła jedynie domagać się od odpowiednich służb – w tym naukowców – dokładnych danych epidemiologicznych dla Polski i krajów ościennych, by na tej podstawie podjąć decyzję.
J.S.: Pojawiają się głosy, że we Włoszech winę ponoszą właśnie urzędnicy, którzy ogłosili, że zagrożenia nie ma. Naukowcy przekazali im przecież, że ryzyko silnego trzęsienia ziemi wynosiło ok. 2 proc.
J.H.: Przy tak niskim prawdopodobieństwie nikt nie jest winien.
Szef działu nauki „Focusa”, z wykształcenia lekarz medycyny. Więcej – www.stradowski.net.
Możesz dodać ten artykuł do listy swoich ulubionych artykułów.
Copyright 2008 Gruner + Jahr Polska