Wyglądało to tak, jakbym znalazł się w długim tunelu z jaskrawym światłem na końcu. Wszystkie dźwięki stopniowo ucichły. Cały czas czułem jednak własne ciało, a szczególnie nagły chłód czegoś dotykającego skóry na moim brzuchu. Chciałem podnieść rękę, by zdjąć to coś – i nie mogłem. Nie mogłem poruszyć nawet małym palcem ani krzyczeć, gdy poczułem rozdzierający ból. Chciałem za wszelką cenę uwolnić się od cierpienia i w końcu poczułem, że wydostaję się z ciała i rozpływam w kojącej ciemności. Trwało to jednak ułamek sekundy – zaraz ktoś mnie poklepał w policzek, przez zamknięte powieki przesączyło się światło, a tuż obok mojego ucha rozległ się głos: „No już, budzimy się, budzimy, już po operacji”...

Nie, nie byłem umierający. W czasie operacji usunięto mi wyrostek robaczkowy, a dziwne doznania wynikały z wpływu środków znieczulających, które – akurat w moim przypadku – zadziałały później, niż przypuszczali lekarze, nacinający mi brzuch. Jednak podobieństwo między moimi przeżyciami a tym, co nazywa się doświadczaniem śmierci (ang. near-death experience, NDE) czy śmiercią kliniczną, jest zadziwiające. Na tyle zadziwiające, że zainspirowało naukowców do badań, a mnie – do podążania ich śladem.

Korzenie ludzkiej duchowości

Pierwsze znane opisy stanów przypominających NDE pochodzą sprzed ponad 2 tys. lat, ale z pewnością nasi praprzodkowie doświadczali ich, od kiedy tylko stali się istotami świadomymi. Stany nagłego zagrożenia życia były dla nich przecież codziennością – musieli zmagać się z drapieżnikami, żywiołami, agresywnymi współplemieńcami. Poczucie wyjścia z ciała i znalezienia się w innym świecie to coś, o czym trudno zapomnieć. Psychiatrzy wiedzą dziś, że NDE potrafi zmienić osobowość człowieka, nierzadko pozbawiając go strachu przed śmiercią, skłaniając do silniejszej wiary w życie pozagrobowe czy do altruizmu.

Dlatego prof. Thomas Metzinger, filozof umysłu z Johannes Gutenberg Universität Mainz, uważa, że doświadczanie śmierci stało się kamieniem węgielnym duchowości człowieka. Skoro można porzucić własne ciało, to znaczy, że istnieje coś więcej niż tylko ono – dusza, umysł, jaźń. Skoro można wówczas spotkać jakieś świetliste istoty, duchy przodków czy demony, to obok naszego świata musi istnieć jakiś inny, do którego trafiamy po śmierci, jeśli tylko przejdziemy przez ten ciemny tunel aż do wielkiej światłości. To przekonanie legło u podstaw nie tylko religii, ale i filozofii czy szeroko rozumianej kultury.

Tyle że po drodze ludzkość odkryła inne, mniej drastyczne sposoby komunikowania się z zaświatami. Wystarczyło zażyć pewne zioła albo grzyby, wejść w trans poprzez monotonne powtarzanie modlitwy lub rytualny taniec, a najlepiej wszystko naraz. Uwolnienie duszy okazało się łatwiejsze, niż można by przypuszczać, bo dziś wiemy też, że podobne do NDE efekty pojawiają się np. po zażyciu narkotyków, u pilotów samolotów odrzutowych, którzy doznają ogromnych przeciążeń, albo po uszkodzeniu niektórych rejonów mózgu. W czasach nowożytnych duszą zajęła się więc nauka – choć czasem w dość nietypowy sposób.

Złapać ducha na laptopa

Na początku XX w. amerykański lekarz Duncan Macdougal ważył umierających pacjentów, by sprawdzić, czy w chwili śmierci nie stają się lżejsi. Podobno tak było – a utrata wagi wynosić miała średnio 21 gramów – ale nikomu więcej nie udało się tego potwierdzić. Uczeni zajmujący się elektrycznością i falami radiowymi byli przekonani, że te „eteryczne” zjawiska są odpowiedzialne za istnienie duszy. Na to jednak także brak jakichkolwiek rzetelnych dowodów. Cóż można zrobić w takiej sytuacji?

Prof. Bruce Greyson postawił na eksperyment. Kieruje on jedną z nielicznych placówek naukowych zajmujących się badaniami zjawisk paranormalnych. „W roku 1968 wynalazca kopiarki Xerox, Chester Carlson, za namową żony przekazał część swojej fortuny z przeznaczeniem na badania nad kwestią egzystencji świadomości po śmierci. Uniwersytet pogodził się z tą decyzją i zaakceptował nowy zakład” – pisze Mary Roach w książce „Duch”. Oficjalna nazwa to Division of Perceptual Studies (zakład badań percepcyjnych) – część wydziału psychiatrycznego w University of Virginia School of Medicine.

Najbardziej znany z przeprowadzonych tu eksperymentów wyglądał bardzo obiecująco. Prof. Greyson zainstalował w sali operacyjnej laptop, na którego ekranie – widocznym tylko z perspektywy sufitu – wyświetlane były proste obrazy: żaba, samolot, liść, lalka. Jeśli pacjent podczas operacji otrze się o śmierć, a jego umysł wyjdzie z ciała i będzie się unosić nad nim (jak to często bywa podczas NDE), powinien dostrzec komputer i zapamiętać, co pokazywał. Potem wystarczy tylko odpytać przywróconą do życia osobę i dowód na istnienie duszy gotowy.

Eksperyment był zaplanowany na wiele lat, więc spytałem niedawno Mary Roach, czy zna jego wyniki. „Prof. Greyson porzucił ten projekt, bo miał problem z – o ile dobrze pamiętam nazwę – midazolamem. Ten lek podaje się pacjentom przed operacją, by nie mieli traumatycznych wspomnień. Żaden z badanych nie mógł sobie przypomnieć NDE po wybudzeniu” – odpisała. Sam uczony nie chce wracać do tego doświadczenia. „Obecnie prowadzę ponad tuzin innych eksperymentów dotyczących zjawiska NDE” – tak skwitował moje pytanie, nie podając jednak, niestety, szczegółów.

Między jawą a snem