Kukuczka marzył o zdobyciu wszystkich czternastu ośmiotysięczników. To marzenie się spełniło. Więc gdzie jeszcze tak gnał? Przyzwyczajenie, radość ze zdobytego szczytu, spokój i ukojenie, jakie daje obcowanie z górami, przyrodą, a może coś więcej, coś jeszcze, czego nie pojmiemy. Tę wiedzę miał tylko on. Mają ją wszyscy, którzy zdobywają „swoją górę” - fragm. książki "Lhotse’89. Ostatnia wyprawa Jerzego Kukuczki"

Prezentujemy fragment jej nowej książki "Lhotse’89. Ostatnia wyprawa Jerzego Kukuczki"

4 października

Fulviogrynacje

Rano wyszli Kukuś, Ryszard i Michał. Zostaliśmy w bazie w czwórkę: Yves, Witek, Leszek i ja.

Postanowiłam przeżyć kolejny raz męską przygodę i umyłam głowę w lodowatej wodzie. Była tak zimna, że krzyczałam, a moi serdeczni koledzy tylko się śmiali. Ha ha, bardzo śmieszne.

Wrócili Fulvio, Florek i Lucia. Fulvio znowu był niezadowolony. Nie za bardzo lubiłam z nim rozmawiać. Powiedział według mnie coś dziwnego – że Kukuś ma trzy telewizje na wyprawie (pewnie myślał, że Ballu to też telewizja), a nie zapłacił sześciuset dolarów za zezwolenie na filmowanie. Zrobiłam wielkie oczy. Odpowiedziałam, że nic o tym nie wiem i że pierwsze słyszę. „No to może za was zapłacił” – oznajmił. Na koniec rzucił, że ma już dość tej ekspedycji. Aż mnie zamurowało. Wszyscy traktowali ich jak święte krowy, a tu coś takiego.

Postanowiliśmy oczywiście powiedzieć o wszystkim Jurkowi, gdy tylko wróci. Teraz nie chcieliśmy go denerwować. Niech się w spokoju wspina.

Obiad był dobry, dyżur miał Yves i bardzo się starał.

Po obiedzie ja, Leszek i Witek graliśmy trochę w karty. Potem mała drzemka. Gdy wstałam, usiedliśmy z Witkiem w naszej mesie i pisaliśmy plan dalszych zdjęć. Co kręcimy jeszcze tutaj, oczywiście wypowiedzi po zejściu wszystkich ze ściany, i co po drodze. Ponieważ wiedzieliśmy już, że będziemy mieć trochę czasu w Katmandu, postanowiliśmy wybrać się do starej stolicy i zrobić trochę obrazków.

Podzieliłam się też z Witkiem pomysłem, że dobrze by było nakręcić film o Szerpach. Wprawdzie widziałam ich kilka, oczywiście filmów, ale jakoś wydawało mi się, że mało mówiły o prawdziwych zasługach wspinaczkowych Szerpów. Pomysł mu się spodobał. Powiedział nawet, że fajnie, bo może będziemy musieli tu wrócić.

W nocy miałam okropne sny. Najpierw źle mi się śniło o chłopakach, którzy wyszli, a potem o bazie.

Wieczorem na kolację Lucia zrobiła risotto. Wyszło fatalne, bo nie dogotowała ryżu i był zupełnie twardy. Pewnie zapomniała, że tu, na takiej wysokości, woda wrze w niższej temperaturze i trzeba gotować trochę dłużej.

Po kolacji Leszek nauczył mnie grać w wista. Najpierw grałam z Leszkiem i przegrałam, a potem z Witkiem i wygrałam.

Kukuś, Michał i Ryszard spali w obozie drugim, a Przemo, Tomek i Maciek w trzecim.

5 października

Stoi czwórka – 7100 m n.p.m.

Postanowiłam napisać dzisiaj kolejny artykuł. Jak przyjdzie Jurek, to go ewentualnie opracujemy jeszcze razem merytorycznie i wyślę go, kolejny już, do Polski.

Wczorajsza rozmowa z Witkiem tak mnie nastroiła pomysłami, że zaczęłam się zastanawiać nad następnym scenariuszem. Wymyśliłam, że trzeba również trochę poprawić ten pierwotny. Głównie chodziło mi o zamieszczenie więcej informacji o samej górze, Lhotse, bo ta była niesamowita i cholernie trudna. Jak nie ma pogody i warunków do wspinania, to w bazie można ześwirować, a góra się śmieje. I jak tu nie myśleć, że rzeczywiście uczy nas pokory.

Dzisiaj rano wyszli Fulvio i Florek.

W nocy było bardzo zimno. Spałam jak zwykle prawie we wszystkich ciepłych ciuchach. Jak to dobrze, że Daruś przed wyprawą kazał mi uszyć puchowe butki – czerwone. Nie dość, że wszystkim się podobały, to jeszcze chłopaki mi zazdrościli. Były bardzo przydatne, a przede wszystkim cieplutkie. Gdyby nie te butki, stopy na pewno by mi zamarzły.

Oglądałam chłopaków przez lornetkę. Są już wysoko, wrażenie niesamowite. Małe czarne punkciki bardzo wolno przesuwające się po ścianie. Trzeba przecież iść w największym skupieniu, a na takiej wysokości mózg się lasuje. I jeszcze muszą uważać na lawiny, ale czy się da na nie uważać? Na dodatek słońce grzeje niesamowicie.

Tak naprawdę potrzebne jest szczęście. Jurek zawsze mówi, że oprócz umiejętności, rozsądku i wiary trzeba mieć właśnie szczęście. Przypomniały mi się różne publikacje, które ukazywały się na temat jego wspinania, wywiady z nim. Wielokrotnie przewijało się słowo „szczęście”.

Patrzyłam pewnie przez godzinę albo i dłużej. Czasami było ich widać wyraźniej, po chwili zaś znikali w chmurach. Ważne, że parli cały czas do góry.

Żeby marzenia się spełniły, to trzeba marzyć. Marzyć o najwyższych górach, a potem walić do przodu. „Oni właśnie spełniają swoje marzenia” – pomyślałam.

Kukuczka marzył o zdobyciu wszystkich czternastu ośmiotysięczników. To marzenie się spełniło. Gdzie więc jeszcze tak gnał? Przyzwyczajenie, radość ze zdobytego szczytu, spokój i ukojenie, jakie daje obcowanie z górami, przyrodą, a może coś więcej, coś jeszcze, czego nie pojmiemy. Tę wiedzę miał tylko on. Mają ją wszyscy, którzy zdobywają „swoją górę”.

Do bazy wrócił Ryszard Warecki. Bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam. Z nim jest jakoś inaczej, fajniej oczywiście. Uczciliśmy jego powrót maleńką flaszeczką, którą przyniósł ze sobą.

Wieczorem połączyli się z bazą Przemek, Maciek i Tomek. Przekazali informację, że założyli obóz czwarty na wysokości 7100 m n.p.m.

Super.