7. GRZECH ROZWIĄZŁOŚCI

 

Z nakazu dochowania małżeńskiej wierności wynika zakaz uczestnictwa w wyuzdanych zabawach seksualnych i korzystania z usług prostytutek. Ale nie zawsze to, co według jednej religii woła o pomstę do nieba, jest odrażające dla innej. Chrześcijanie nie widzą nic zdrożnego w całowaniu przez gości weselnych panny młodej, dla muzułmanina jest to niewyobrażalne. Niektóre plemiona aborygenów posuwały się dalej i wieńczyły obrzędy ślubne spółkowaniem biesiadników z oblubienicą, co miało zapewnić jej pomyślność i płodność.

Współżycie w świątyni dla nas byłoby profanacją i bluźnierstwem. Tymczasem wiele kultur antycznych i plemiennych uważało stosunek z kapłankami prostytutkami za rodzaj „komunii” z boginiami i za magiczny rytuał wzmacniający siły witalne mężczyzny.

Herodot pisał, że w Babilonie kobiety raz w życiu powinny udać się do świątyni Isztar i za opłatą oddać się przypadkowemu mężczyźnie. Zarobione w ten sposób pieniądze składały na ofiarę. Młode i ładne dziewczęta wywiązywały się z tego obowiązku zaraz po przybyciu, stare i brzydkie spędzały w świątyni 3–4 lata, czekając „na wzięcie”. W zachodniej Afryce sakralną prostytucję uprawiano niemal do naszych czasów. Przykładem kilkaset kapłanek bogini ziemi w Nigerii, które w latach 30. XX w. pomagały mężczyznom w leczeniu bezpłodności, oddając się im w „świętych miejscach”.

W Indiach dopiero Anglicy zaczęli piętnować jako niemoralny proceder uprawiany przez devadasi – świątynne tancerki, które poza usługiwaniem bogom świadczyły także usługi śmiertelnikom. Oczywiście hinduizm jak każda religia nie pozwolił w sprawach seksu na pełną swobodę i szczegółowo uregulował zasady. Przede wszystkim zakazał oddawania się mężczyznom z niższych kast, co doprowadziło do tego, że wykorzystywali je niemal wyłącznie bramini (kapłani). Władze niepodległych Indii definitywnie zakazały tego procederu, ostatnie devadasi przetrwały w sanktuarium w Puri. Według spisu ludności, w latach 50. XX w. było ich 30, w latach 70. już tylko dziewięć i to bardzo wiekowych. Również w chrześcijaństwie pojawiały się herezje, których twórcy inaczej odczytywali biblijne wersy związane z erotyką. Adamici szczególne znaczenie przywiązywali do faktu, że choć w raju Adam i Ewa byli nadzy, nie odczuwali pożądania. By ich naśladować, zrzucali odzienie i paradowali publicznie w strojach prarodziców, przekonując, że niewolnikiem grzesznych żądz nie są oni, lecz ci, których na ich widok ogarnia podniecenie.

Jeszcze bardziej bezpruderyjni byli turlipini, którzy wyciągnęli skrajne wnioski z doktryny o dobrej duszy i grzesznym ciele. Uznali, że człowiek o duszy czystej nie musi zwracać uwagi na to, co robi jego ciało. Jedna z ich przywódczyń Margueritte Peretta pisała, że należy się uwolnić od wstydu, bo on świadczy o uzależnieniu duszy od zmysłów. Turlipini wędrowali więc po Francji i urządzali orgie. Władze nie zamierzały tolerować tych live-show. W 1313 r. spaliły na stosie Perettę i grono wyznawców. Mimo to naśladowcy turlipinów pojawiali się w każdej epoce, także dziś, gdy z jednej strony powstają ruchy neopogańskie nawiązujące do dawnych kultów płodności, a z drugiej sekty traktujące seks jako źródło świętości.

„Nie nazywajmy zakazanymi rzeczy dobrych, na które Bóg zezwolił” – mówi jeden z islamskich hadisów. Bez wątpienia Bóg zezwolił na współżycie, by ludzkość przetrwała, ale definicje tego, co jest w nim „rzeczą dobrą”, formują religie. I nie zawsze są to definicje jednoznaczne. Muhammad al-Nafzawi, autor „Pachnącego ogrodu” – utworu nazywanego islamską Kamasutrą, w XV w. cieszył się uznaniem, dziś oskarżony o propagowanie niemoralności siedziałby w więzieniu; Perettę spalono za niemoralność, dziś mogłaby zostać, potępioną co najwyżej przez Kościół, gwiazdą porno…