Choć trudno w to uwierzyć, przez pierwsze 115 lat istnienia Stanów Zjednoczonych przywódcy tego kraju nie opuszczali jego granic. Pierwszym, który pojechał w podróż zagraniczną, był dopiero 26. prezydent Theodore Roosevelt. W roku 1904 popłynął on na kilka godzin do Panamy i Portoryko, pozostał jednak na pokładzie amerykańskiego okrętu, nie chcąc narażać się na krytykę wyborców. W opinii ówczesnych Amerykanów zadaniem prezydenta było bowiem siedzieć w Stanach i pilnować spraw krajowych. Przekonał się o tym boleśnie Woodrow Wilson, który po zakończeniu I wojny światowej wyjechał na kilka ty-godni do Paryża na konferencję pokojową. Po tej eskapadzie jego popularność gwałtownie spadła – wkrótce przegrał wybory.

Trzeba było 25 lat i przyłączenia się Stanów Zjednoczonych do II wojny światowej, by 32. w ko-lejności prezydent USA Franklin Delano Roosevelt zdecydował się na transoceaniczną podróż – i to na pokładzie samolotu. Był to nie byle jaki wyczyn, ponieważ od pierwszego prze-lotu Charlesa Lindbergha nad Atlantykiem minęło wówczas zaledwie 16 lat. Podróż do Casablanki była jednak koniecznością – to właśnie tam Roosevelt miał spotkać się w cztery oczy z Winstonem Churchillem i ułożyć wspólnie z nim plan alianckiej kampanii w Europie. 11 stycznia 1943 roku wypożyczona od linii PanAm latająca łódź Boeing 314 o nazwie Dixie Clipper wystartowała z Miami. Towarzyszył jej bliźniaczy samolot Atlantic Clipper, na którego pokładzie lecieli urzędnicy administracji USA i agenci Secret Service.

Z logistycznego punktu widzenia wyprawa do Casablanki była koszmarem. Ze względu na niewielki zasięg maszyn, a także niemożność zapewnienia prezydentowi noclegu na pokładzie, samoloty najpierw poleciały do Port-of-Spain na Trynidadzie. Stamtąd następnego dnia wyruszyły do Belém w Brazylii, skąd – po uzupełnieniu paliwa – skierowały się w stronę Bathurst w brytyjskiej kolonii Gambia. Tam wózek inwalidzki prezydenta został wtoczony po specjalnej rampie na pokład transportowca C-54, który po dziewięciu godzinach lotu wy-lądował w końcu w Casablance. Podróż była utrzymywana w tajemnicy do momentu, aż sam prezydent – wciąż chyba niepewny reakcji obywateli – zdecydował się ujawnić ją kilka tygodni później. Jednak tym razem nastroje opinii publicznej były zupełnie inne. Roosevelt zaimponował Amerykanom: 3,5 dnia podróży w jedną stronę, z czego 42 godziny na pokładzie samolotu, były na prawdę heroicznym wyczynem dla 61-letniego, częściowo sparaliżowanego prezydenta. Poza tym ważyły się losy II wojny światowej, w którą Ameryka była zaangażowana od ponad roku. Liczył się każdy dzień, a podróż morska mogła trwać tygodniami. Tak właśnie rozpoczęła się era lotniczej dyplomacji prezydentów USA, bez której nie byłoby powojennej polityki Stanów Zjednoczonych.

ŚWIĘTA KROWA I SIUSIAJĄCY TRUMAN

Idąc za ciosem, Roosevelt kazał przygotować pierwszy samolot, przeznaczony specjalnie dla prezydenta USA. Był nim przebudowany transportowiec C-87A Liberator Express – transportowa wersja amerykańskiego bombowca B-24 Liberator. To właśnie na pokładzie tej maszyny Roosevelt poleciał na konferencję w Teheranie. W 1944 roku mający coraz większe problemy z poruszaniem się prezydent kazał przygotować kolejny samolot, lepiej dostosowany do jego potrzeb: w transportowcu Douglas C-54 Skymaster została zamontowana winda do wózka inwalidzkiego. W samolocie był także chroniony kuloodporną szybą, liczący ok. 8 m kw. gabinet i prymitywna kuchnia. Korpus prasowy Białego Domu nazwał tą maszynę Sacred Cow – Świętą Krową.

Święta Krowa była dowodem, że Roosevelt zamierza aktywnie uczestniczyć w budowie powojennego ładu na świecie. Jednak przed śmiercią zdążył odbyć na jej pokładzie tylko jeden lot – na Maltę – skąd popłynął krążownikiem do Jałty na Krymie. Samolot odziedziczył po nim następca Harry Truman.

Truman był pierwszym przywódcą USA, który postanowił wykorzystać prezydencki samolot jako narzędzie władzy. Jednak większą część podróży na konferencję w Poczdamie w lipcu 1945 roku odbył jeszcze na pokładzie okrętu wojennego. Ten środek transportu zapewniał wówczas o wiele lepszą łączność niż lotnictwo, a prezydent chciał być informowany na bieżąco przez wywiad o decyzjach innych przywódców, przede wszystkim Stalina. Lot Świętą Krową rozpoczął dopiero z Brukseli i wielu historyków uważa dziś, że to właśnie widok oglądanych z góry zbombardowanych miast skłonił Trumana do uruchomienia wielkiego planu odbudowy Europy.

W porównaniu z Rooseveltem, który zdążył odbyć trzy zagraniczne podróżne lotnicze, Harry Truman latał bardzo często. Święta Krowa wkrótce przestała wystarczać i kolejnym prezydenckim samo-lotem został czterosilnikowy Douglas DC-6. To był już zupełnie inny standard – zasięg ponad 7 tys. km, nowoczesna kabina ciśnieniowa, apartament prezydencki z wielkim obracanym fotelem i sofą obitą skórą łosia, 12 miejsc sypialnych. Później zainstalowano w nim także telewizor i Truman był pierwszym prezydentem USA, który oglądał wiadomości na pokładzie samolotu.

 

Był także pierwszym, który z przylotów prezydenckiej maszyny uczynił spektakle. W przeciwieństwie do Roosevelta, który z obawy przed szpiegami nie chciał, by jego samolot wyróżniał się spośród pozostałych, Truman pragnął, by każde lądowanie przyciągało tłumy widzów. Na jego polecenie przemalowano dziób DC-6 tak, by przypominał głowę orła – efekt był komiksowy, ale spełnił zadanie. Odtąd każde lądowanie prezydenckiego samolotu skrupulatnie relacjonowała prasa.

W sumie Truman odbył 61 podróży lotniczych, w czasie których podejmował ważne decyzje, jak te o powołaniu CIA i Departamentu Obrony. Pozwalał sobie też jednak na niewybredne żarty. Prosił na przykład swojego pilota, żeby ten informował go za każdym razem, gdy samolot będzie nadlatywał nad Ohio – rodzinnym stanem Roberta Tafta, największego politycznego rywala Trumana. Gdy już się tam znalazł, prezydent szedł do toalety, po czym kazał pilotowi opróżniać w powietrzu zbiornik z nieczystościami.

NARODZINY AIR FORCE ONE

W 1953 roku doszło nad Florydą do incydentu, który dał początek kryptonimowi Air Force One. Wiozący prezydenta Eisenhowera Lockheed C-121 został pomylony przez kontrolera lotu z innym, rejsowym samolotem. Prezydencka maszyna była oznaczona jako Air Force 610, a na lotnisko zmierzał w tym samym czasie samolot Eastern Airlines Flight 610.

Nic groźnego się nie wydarzyło, jednak prezydencki pilot Billy Draper zaproponował wówczas, by samoloty wiozące prezydenta używały odtąd na stałe kryptonimu Air Force One. Przy czym nazwa ta miała być przypisana nie do konkretnej maszyny, ale do każdego samolotu, na którego pokładzie znajduje się przywódca USA. Tak też się stało.

W opinii Drapera prezydent Eisenhower był idealnym pasażerem. Generał i bohater II wojny światowej na pokładzie samolotu bez mrugnięcia okiem podporządkowywał się poleceniom załogi, uważając, że w powietrzu dowódcą jest kapitan Air Force One. Potrafił nawet zasypiać na komendę, gdy Draper mówił mu, że zgodnie z czasem waszyngtońskim nadeszła właśnie pora na odpoczynek. Za jego czasów Air Force One wróciły do szarej wojskowej kolorystyki, jednak i Eisenhower miał swoje lotnicze upodobania. To właśnie od niego zaczął się zwyczaj wożenia prezydentów maszyną służbową także na wakacje.

Prezydentura Eisenhowera dała też początek epoce prezydenckich odrzutowców, chociaż początkowo nie był on przekonany do tego pomysłu. Przeważyła opinia sekretarza stanu Johna Fostera Dullesa, twierdzącego, że prestiż USA cierpi, gdy na między-narodowe konferencje przywódcy Związku Radzieckiego przybywają odrzutowcami, a prezydent USA – samolotem śmigłowym. Szybko zamówiono specjalną wersję czterosilnikowego Boeinga 707, którym w grudniu 1959 roku Eisenhower wybrał się w trzytygodniową podróż przez pół kuli ziemskiej, odwiedzając jedenaście europejskich, azjatyckich i afrykańskich stolic. Nowy Air Force One, ponaddwukrotnie szybszy niż poprzednie maszyny, był już potężnym narzędziem budowania globalnych wpływów.

Jednak Boeing 707 Dwighta Eisenhowera nie służył długo amerykańskim prezydentom. Już jesienią 1962 roku do bazy lotniczej Andrews dotarł nowy, zamówiony przez prezydenta Kennedy’ego Boeing 707 o numerze SAM 26000. Była to maszyna wyposażona w najnowocześniejszy wówczas, szyfrowany system łączności, umożliwiający prowadzenie rozmów z każdym miejscem na Ziemi i podejmowanie ważnych decyzji w czasie lotu. John Kennedy postanowił też wykorzystać kryptonim Air Force One, używany dotąd tylko przez pilotów i kontrolerów ruchu lotniczego, jako oficjalną nazwę prezydenckiej maszyny. Poprosił również żonę Jackie o zaprojektowanie nowej kolorystyki samolotu. To właśnie jej autorstwa są obowiązujące do dziś biało-niebieskie barwy Air Force One.

 

JAK ZABEZPIECZONY JEST AIR FORCE ONE

Kontrola prezydenckiego samolotu zaczyna się już w trakcie produkcji, której każdy etap jest ściśle nadzorowany, by wyeliminować niebezpieczeństwo zainstalowania w kadłubie aparatury podsłuchowej czy ładunków wybuchowych. W trakcie eksploatacji silniki samolotu są wymieniane znacznie częściej niż w zwykłych maszynach, a opony są zawsze nowe. W czasie lotu Air Force One inne samoloty mają zakaz zbliżania się na odległość poniżej 3 kilometrów (co jednak dość często się zdarza ze względu na ogromny ruch lotniczy nad USA). Oba jumbo jety przystosowane są do tankowania w powietrzu, a ich konstrukcja umożliwia przetrwanie naziemnego wybuchu jądrowego.

MASZYNA SIEDMIU PREZYDENTÓW

SAM 26000 stał się najsłynniejszym Air Force One w historii, służąc bez przerwy przez 36 lat. To właśnie na pokładzie tej maszyny Kennedy poleciał w czerwcu 1963 roku do Berlina, gdzie wygłosił słynne przemówienie „Ich bin ein Berliner”. Pięć miesięcy później ta sama maszyna wiozła go do Dallas i wracała z trumną z jego ciałem po tragicznym zamachu. Na pokładzie tego samolotu wiceprezydent Lyndon Johnson został zaprzysiężony na prezydenta USA przez sędzię federalną Sarah Hughes. Mimo tych dramatycznych wydarzeń SAM 26000 był ulubioną „zabawką” kolejnych sześciu amerykańskich prezydentów: Johnsona, Nixona, Forda, Cartera, Reagana i Busha (ojca). W porównaniu z poprzednikami była to naprawdę luksusowa maszyna, która szyb-ko stała się rozpoznawalnym na całym świecie symbolem Ameryki. Obszerny apartament prezydencki, sala konferencyjna, duża kuchnia i pokoje dla gości pozwalały zaprosić na pokład wielu współpracowników i zaufanych dziennikarzy, przed którymi prezydenci nie mieli tajemnic. Obowiązywała wówczas niepisana zasada, że spraw, które się widziało i słyszało na pokładzie Air Force One, nie ujawnia się publicznie.

Zdarzało się więc, że prezydent Kennedy udzielał wywiadu ubrany w same slipy lub owinięty ręcznikiem, Johnson wymyślał stewardom i rzucał szklankami o ziemię, kiedy podano mu zbyt słabą whisky, a na wieczornych spotkaniach nie brakowało seksistowskich żartów. Pokład Air Force One stał się „psychicznym azylem” dla prezydentów USA, a dla zaproszonych dziennikarzy jedyną okazją dla poznania prawdziwego „ja” przywódcy swojego kraju. Z relacji ludzi, którzy mieli okazję towarzyszyć prezydentom w podróży, wyłania się bardzo ciekawy obraz przywódców supermocarstwa. Nixon bał się latać w nocy, był samotnikiem, introwertykiem, do tego zupełnie pozbawionym zdolności technicznych. Za czasów Forda pojawił się zwyczaj, że wszyscy pasażerowie Air Force One – z prezydentem włącznie – za posiłki serwowane na pokładzie płacą z własnej kieszeni. Tak jest do dziś. Carter sam nosił do samolotu bagaże, natomiast Reagan nie lubił latać, za to do każdej wyprawy był perfekcyjnie przygotowany. Posiłki przed podróżą zaczynał jeść według czasu kraju, do którego się wybierał (nawet jeśli w Waszyngtonie był wówczas środek nocy). W rezultacie w czasie jego podróży na pokładzie Air Force One panowała pełna beztroska i relaks. Przeciwnicy Reagana brali to za przejaw lenistwa, jednak prawdziwą przyczyną luzu był fakt, że wszystko zostało wcześniej precyzyjnie zaplanowane. Reagan zabronił też palenia na pokładzie samolotu, w związku z czym przyjął się zwyczaj palenia w toaletach i wydmuchiwania dymu do próżniowych sedesów. Lubił też fotografować śpiących w dziwnych pozach współpracowników, po czym podrzucał im zdjęcia z odręczną dedykacją. W owym czasie budziło to spore zażenowanie, jednak dziś takie fotografie są niezwykle cennymi pamiątkami. Z kolei George Bush ojciec zakazał serwowania w pokładowej kuchni brokułów, których zapachu wyjątkowo nie znosił.

SAMOLOT NOWEJ ERY

Za czasów prezydentury Nixona pojawił się pomysł, by kolejnym Air Force One został jumbo jet – Boeing 747. W owym czasie na świecie było jednak zbyt mało lotnisk gotowych do przyjęcia tak wielkich maszyn. W 1972 roku zamówiono więc drugiego Boeinga 707 o nu-merze SAM 27000. Nowsza maszyna stała się podstawowym środkiem transportu kolejnych prezydentów, jednak korzystali oni z obydwu samolotów. Jeden boeing już nie wystarczał  – nawet nielubiący latać Ronald Reagan „zrobił” w czasie swej prezydentury na pokładzie Air Force One grubo ponad milion kilometrów. I to właśnie on zdecydował o zakupie dwóch jumbo jetów o numerach SAM 28000 i 29000, które wożą prezydentów USA od 1990 r. do dziś. Budowa obydwu maszyn, przedłużająca się z powodu problemów technicznych, trwała ponad dwa lata.

Reagan nie zdążył już skorzystać z nowych jetów. Pierwszym prezydentem, który wszedł na pokład SAM-a 28000, był dopiero George Bush ojciec. Potem z obydwu maszyn korzystał Bill Clinton, który ustanowił rekord prezydenckich podróży. W ciągu ośmiu lat przeleciał  2,25 mln kilometrów, spędzając za granicą w sumie 247 dni – tyle, ile jego poprzednicy w ciągu 20 lat. Clinton był jednak trudnym pasażerem, ponieważ pracował i podróżował głównie w nocy, co było spowodowane jego problemami z bezsennością. Poza tym słuchający głośnej muzyki prezydent z powodu przytępionego słuchu miał kłopoty z obsługą szyfrowanego systemu łączności. Jednak to nie za czasów Clintona, lecz jego następcy – George’a Busha syna – Air Force One miał wystąpić w swej najsłynniejszej roli: jako latający Biały Dom i powietrzne stanowisko dowodzenia.

Gdy 11 września 2001 roku nastąpiły największe zamachy terrorystyczne w historii Ameryki, nikt nie wiedział, co się jeszcze może wydarzyć. Wracający z Sarasoty na Florydzie prezydent Bush około godziny 10.32 odebrał telefon od wiceprezydenta Dicka Cheneya z informacją, że kolejnym celem ataku ma być Air Force One. Groźba pochodziła od niezidentyfikowanego rozmówcy, który zadzwonił do Białego Domu z krótkim komunikatem: „Angel is next” – Anioł jest następny. „Anioł” był tajnym kryptonimem prezydenckiego samolotu i Cheney doszedł do wniosku, że terroryści mogą mieć źródła informacji w samym Pentagonie. Nakazał więc przydzielenie Air Force One eskorty myśliwców.

 

Samolot z prezydentem Bushem na pokładzie leciał wtedy znacznie wyżej niż zwykle – na pułapie 12 tysięcy metrów nieosiągalnym dla większości rakiet ziemia-powietrze. W ciągu kilku godzin lotu, przerwanego lądowaniem w bazie wojskowej Barksdale w Kalifornii, George Bush zdążył podjąć kilka kluczowych decyzji. Łączność działała sprawnie, a procedury alarmowe okazały się skuteczne. Air Force One sprawdził się jako latające stanowisko dowodzenia. Niewiele osób wiedziało jednak, że do swojej dyspozycji prezydent USA miał wtedy jeszcze jeden samolot – jumbo jeta zwanego Doomsday Plane (Samolot Sądu Ostatecznego). Jest to naszpikowana nowoczesną elektroniką wojskowa maszyna, mogąca utrzymywać się w powietrzu dłużej i na większej wysokości niż Air Force One. Ma ona służyć jako stanowisko dowodzenia na wypadek wojny nuklearnej. Dotychczas jednak żaden prezydent USA nie wszedł  na pokład Doomsday Plane, obawiając się  paniki, jaką mogłoby to wywołać. Nie zrobił tego również George Bush feralnego 11 września 2001 roku.

W 2015 roku prezydenckie jumbo jety skończyły 24 i 25 lat – ich czas zbliża się do końca. Mają jeszcze służyć przez dwa lata, po czym zostaną zastąpione przez Boeingi 747 ósmej generacji, prawdopodobnie o numerach SAM 30000 i 31000. Pomimo podobnego wyglądu będą to konstrukcje znacznie bardziej niż obecne zaawansowane technicznie, wyposażone w najnowszej generacji systemy łączności oraz obrony przeciwrakietowej i przeciwatomowej. Luksusów, które znajdą się na ich pokładzie, można się na razie tylko domyślać. Rola nowych Air Force One jednak się nie zmieni  – wciąż będą potężnym narzędziem sprawowania globalnej władzy i symbolem supermocarstwa, tak samo rozpoznawalnym jak Biały Dom czy Statua Wolności.