W ostatnim sezonie polskiej ekstraklasy padły 532 bramki. Kibice najlepiej zapamiętają tę jedną, która zmieniła finisz walki o mistrzowski tytuł. Niestety, jej strzelec Mariusz Jop nie został bohaterem, bo była to bramka samobójcza. Kibice Wisły nie mają wątpliwości, że to właśnie przez Jopa Wisła straciła mistrzowski tytuł. – Ta sytuacja to koszmar – powiedział Jop w wywiadzie dla internetowego serwisu Wisły Kraków. Bramka samobójcza strzelona przez Mariusza Jopa była paskudna, ale daleko jej do najgorszego polskiego samobója, którego autorem był Janusz Jojko, kiedyś bramkarz Ruchu Chorzów. W 1986 r., podczas spotkania z Lechią Gdańsk, Jojko przez nikogo nie atakowany wyrzucał spod bramki. Nikt nie wie, jak to się stało, że choć rzucał przed siebie, piłka poleciała za jego plecy, do bramki. Samobój był idiotyczny i – co najgorsze – Ruch wskutek błędu Jojki po raz pierwszy w historii spadł do drugiej ligi. Po tym błędzie wielu chorzowskich kibiców znienawidziło Jojkę, ktoś spalił mu samochód – musiał odejść z klubu. Ale nie załamał się. Przeszedł do GKS Katowice, gdzie odnosił spektakularne sukcesy, dwa razy zdobył puchar i superpuchar Polski. Jedna wpadka nie zmieniła tego, że był świetnym bramkarzem.

Niestrzelony karny

Kiksy zdarzają się najlepszym. Angielski bramkarz Paul Robinson podczas meczu kwalifikacyjnego do mistrzostw Europy 2006 nie odebrał piłki kopniętej przez Gary’ego Neville’a; drużyna Albionu przegrała wtedy z Chorwacją. Tomek Kuszczak przepuścił gola strzelonego przez bramkarza Kolumbii z drugiego końca boiska. Co w takim momencie czuje piłkarz? Roman Kosecki, dawniej napastnik i kapitan reprezentacji biało-czerwonych, nie może zapomnieć półfinału Pucharu Francji 1997/1998. W meczu, który jego zespół (Montpellier HSC) rozegrał z drużyną z Bordeaux, o wyniku miały zadecydować rzuty karne. – Przed spotkaniem ustaliłem, że jeżeli będzie remis i trzeba będzie strzelać karne, to wejdę do gry dopiero jako jedenasty w kolejce. Niestety, żaden z dziesięciu moich poprzedników nie wywalczył przewagi i w końcu musiałem strzelać. Kopnąłem beznadziejnie i chybiłem, a potem dosłownie zapadłem się pod ziemię ze wstydu. Dlaczego? Bo zwycięskiego gola wbił nam bramkarz przeciwnika – wspomina Kosecki.

Doktorzy dusz

Sport to areny, kibice, błysk fleszy i obecność kamer. Każdy sportowiec musi się przyzwyczaić do obecności dziennikarzy. Popularność oszałamia jak szampan, ale w razie przegranej staje się zabójcza, bo i kibice, i żurnaliści potrafią być bezlitośni. Wystarczy jedno głupie potknięcie. Kiedy zawodnik przestaje dawać sobie radę, powinien wkroczyć psycholog. Bez takiego „doktora dusz” nie wyobraża sobie pracy Apoloniusz Tajner, trener m.in. Adama Małysza. – Gdy obejmowałem kadrę naszych skoczków, w ekipie nie było psychologa – mówi Tajner. – Poprzedni trener uważał jego obecność za zbędną, ale sami zawodnicy naciskali na mnie, żeby mogli uczestniczyć w zajęciach z psychologiem. Przez niemal pięć lat mieliśmy szczęście współpracować z Janem Blecharzem. Dzięki jego pomocy Adam (Małysz) potrafi się wyciszyć nawet w najgorszej opresji, pod totalną presją – twierdzi Tajner. – Na belce zawodnik jest sam i musi się skupić na skoku. Tymczasem to wcale nie jest łatwe, bo przecież często moment startu się odwleka, wieje zbyt silny wiatr lub ktoś upadnie przy wcześniejszych skokach. Pomoc przydaje się również, kiedy coś nie pójdzie, po słabych zawodach i pod ostrzałem wścibskich i nie zawsze grzecznych pytań dziennikarzy – kończy Tajner.

W jaki sposób psycholog pracuje nad wynikiem zawodnika? – Pracujemy w oparciu o metody i techniki, których celowość jest uzasadniona teoretycznie i potwierdzona empirycznie – mówi Paweł Habrat, psycholog sportu, który pomagał m.in. tenisistom Prokomu, a wcześniej wspierał narciarzy, biegaczy i zawodników uprawiających rowerowy four cross. – Skupiamy się na tych elementach działania, które mogą zwiększyć efektywność w sytuacji startowej lub zmniejszyć koszty emocjonalne związane z przegraną. Psychoedukacja oraz dostarczenie sposobów radzenia sobie z trudnymi sytuacjami może w znaczący sposób przyczynić się do zmiany niepożądanego zachowania, a co za tym idzie polepszenia wyników. Jeden z producentów obuwia sportowego nakręcił ostatnio reklamę telewizyjną, w której topowi piłkarze wyobrażają sobie dwie sytuacje – kiedy strzelają gola i publika szaleje lub kiedy przegrywają, co wywołuje jęk zawodu na widowni. Kluczem są w tym wypadku nasze myśli, wszak sama przyszłość jest nieprzewidywalna. Ważne jest to, na co mamy wpływ, a więc odpowiednie ustawienie ciała podczas strzału, skierowanie piłki we właściwą stronę itp. Aby taką wiedzę zdołali przyswoić sami sportowcy, rozmawiamy z nimi, zadając pytania i pozwalając im na wyciąganie wniosków.

Zatrzyj ręce, zamknij oczy

 

– Istotnym elementem pracy ze sportowcem jest wypracowanie przez zawodnika podejścia ułatwiającego start – twierdzi Habrat. – Często to nasze myśli, a nie sytuacja utrudniają nam optymalne przygotowanie się do zawodów. Istotnym elementem tej pracy będzie np. reatrybucja, czyli zmiana znaczenia sytuacji i nadanie jej nowego sensu. Start w Mundialu to z jednej strony wielki stres, ale też możliwość pokazania się z jak najlepszej strony. Zawodnik z psychologiem wypracowuje rutynę startową, a więc wzór zachowań do powielania w trudnych sytuacjach. – Lekkoatleci na chwilę przed występem powtarzają pewne czynności: zacierają ręce, unoszą wzrok lub zamykają oczy. To znak, że stosują wypracowany schemat zachowań w sytuacjach kryzysowych, ponad normę stresujących. Skupiają się na tym, co jest „tu i teraz” – kończy Habrat.

Do „wzmacniania” Małysza zastosowano urządzenie wykorzystujące biologiczne sprzężenie zwrotne BioFeedback, które działa podobnie do wariografu (wykrywacza kłamstw). Skoczek był stymulowany różnymi komunikatami, pozytywnymi i negatywnymi, a psycholog sprawdzał jego reakcje. Pod koniec ćwiczeń Małysz stał się – w sensie psychologicznym – twardy jak skała. „Dobrze odrobione” lekcje z psychologiem mogą sprawić, że zawodnik łatwiej pozbiera się po niepowodzeniach. – Najgorzej czułam się na ostatniej olimpiadzie w Pekinie, gdzie zajęłam piąte miejsce – mówi Monika Pyrek, mistrzyni w skoku o tyczce. – Aby się liczyć w walce o medale, musiałam skoczyć 4,75 m. Dwie pierwsze próby okazały się nieudane. W trzeciej pobiegłam, ale tuż przed tyczką zrezygnowałam. Nie wytrzymałam napięcia. Następne dni były ciężkie – ten start był jednym z najważniejszych w moim życiu. Odstawiłam wtedy gazety, bo gdybym chciała się przejmować tym, co o mnie napisano, musiałabym prawdopodobnie popełnić samobójstwo. Kto może pomóc? – Najbliżsi – dodaje Pyrek. – Od pewnego czasu korzystam też z pomocy psychologa. Prócz nauki, jak radzić sobie ze stresem, dużą wagę przykładamy do motywowania mnie do treningów. Po latach uprawiania skoków bywa z tym u mnie różnie – kończy Pyrek.

Dojść do siebie

Psychologowie przydają się też rajdowcom. Dr Jan Blecharz pomagał Januszowi Kuligowi, który po groźnym wypadku na jednym z rajdów musiał nauczyć się szybko jeździć od nowa. Motywacja Blecharza sprawiła, że Kulig błyskawicznie wrócił do formy i w 2001 r. kolejny raz zdobył tytuł rajdowego mistrza Polski. – Kiedy zdarzają się wypadki, często dochodzi dochodzi do pojawienia się silnej reakcji na stres oraz wystąpienia stresu pourazowego – tłumaczy Paweł Habrat. Po wypadku i sytuacji zagrożenia mózg zaczyna inaczej odbierać bodźce. Pisk kół lub odgłos silnika może być odbierany jako zagrażający, powoduje to wzrost czujności, której towarzyszy wzrost pobudzenia układu nerwowego. To z kolei nasila tendencje do unikania bodźców, które przed wypadkiem były neutralne. Kiedy taka reakcja utrzymuje się przez wiele miesięcy i ogranicza aktywność oraz wiąże się z niepokojem, wymaga pomocy specjalisty – psychologa klinicznego. W takich sytuacjach kierowca może sobie pomóc poprzez odtworzenie w pamięci wypadku i przeanalizowanie wszystkich jego elementów, co pomoże przeformułować widzenie tej sytuacji jako nieuchronnej i takiej, która będzie się zawsze powtarzać.

Zbawienny dystans

Nie wszyscy wierzą w „doktorów dusz”. – Moi biegacze nie potrzebują psychologów – mówi Aleksander Wierietielny, trener Justyny Kowalczyk. To prawda, Kowalczyk obywa się bez zewnętrznej pomocy, ale – jak podkreśla Grzegorz Mikuła, sekretarz generalny Polskiego Związku Narciarskiego – ta zawodniczka urodziła się już twarda, a więc sama radzi sobie z niepowodzeniami. Z usług psychologa nie korzysta też Sebastian Kawa, wielokrotny szybowcowy mistrz świata. – Żeby w sporcie nie zwariować, trzeba mieć dystans do siebie i tego, co się robi. Nigdy nie traktowałem niepowodzeń bardzo serio. Szybownictwo jest dla mnie odskocznią od codzienności, a nie sposobem na życie – zawodowo zajmuję się przecież czymś innym, jestem ginekologiem – mówi Kawa. Proste, prawda? Gdyby wszyscy sportowcy byli ginekologami, psychologowie sportowi nie mieliby nic do roboty.