Stan Cox, badacz z Instytutu Ziemi w Salina w USA, w pewne upalne, lipcowe popołudnie wybrał się na spacer po obrzeżach Phoenix. Zwiedzał  pozostałości cywilizacji Hohokamów, żyjących tu w latach 450–1450. „Jak nadzwyczajni musieli być ludzie, którzy zdołali stworzyć cywilizację, która przetrwała ponad tysiąc gorących lat, bez współczesnej klimatyzacji?” – zastanawiał się. Hohokamowie wykorzystywali wodę. W dolinach rzek Salt i Gila zbudowali system kanałów. Służyły im one jako drogi i miejsce dla ochłody, bujna roślinność na brzegach zapewniała żywność i cień. Życie toczyło się nie w chatach, ale na prowizorycznych werandach. 

Istniejąca tu obecnie aglomeracja Phoenix od lat chlubi się tytułem klimatyzowanej stolicy świata. Kanały zastąpił asfalt. Wskutek tzw. efektu wyspy gorąca, spowodowanego przez beton i asfalt, które utrzymują ciepło z nasłonecznienia, temperatura w mieście wzrosła w ciągu ostatnich dekad o prawie cztery stopnie. Tutejsze powietrze  zostało uznane przez American Lung Association za najbardziej zatrute w całych Stanach. Mieszkańców męczy smog, daje im się też we znaki pustynny pył. „Phoenix to wizja naszej przyszłości” – przestrzega Stan Cox, autor jednej z najbardziej kontrowersyjnych książek ostatnich lat „Losing Our Cool: Uncomfortable Truths About Our Air-Conditioned World”, w której opisuje zgubne dla cywilizacji skutki „przeklimatyzowania”. 

Szczęśliwy świat przed A/C

Choć już w II wieku n.e. chiński konstruktor Ding Huan stworzył pierwszy ręczny wiatrak, na elektryczną klimatyzację przyszło nam czekać do 1902 roku. Urządzenie skonstruowane przez Willisa Havilanda Carriera, inżyniera z Buffalo, służyło utrzymaniu w pomieszczeniach drukarni Sackett & Wilhelms właściwej wilgotności. Jeszcze w tym samym roku w klimatyzację już dla komfortu pracujących tam ludzi wyposażono budynek nowojorskiej giełdy. W ciągu kolejnych dekad powiew sztucznie ochładzanego powietrza ogarnął całą Amerykę, co umożliwiło wielką migrację ludzi i ekonomiczny rozwój gorących południowych stanów, takich jak Arizona, Teksas czy Floryda. „Chcąc uczynić nasze otoczenie bardziej komfortowym, uczyniliśmy je niezdatnym do życia” – zauważa historyk Marsha Ackermann, autorka „Cool Comfort: America’s Romance with Air-Conditioning”. „Używanie klimatyzacji to błędne koło. Produkowany w ten sposób dwutlenek węgla przyczynia się do zwiększenia efektu cieplarnianego, co sprawia, że jest nam coraz goręcej i potrzebujemy jeszcze więcej klimatyzacji” – tłumaczy „Focusowi” Stan Cox. 

Wynalazek ten zmienił naszą architekturę i zaburzył społeczne więzi. Zapewniające wentylację wysokie sufity obniżono, z mody wyszły domowe werandy. W miastach brakuje ciągów zieleni, które zapewniałyby cień podczas spacerów czy drogi do pracy. Nie idziemy więc do niej, ale jedziemy. 

 

„Naszym jedynym doświadczeniem gorącego dnia jest przebieżka w pełnym słońcu przez parking do klimatyzowanego auta. Zaczynamy wierzyć, że upał jest faktycznie nie do zniesienia” – tłumaczy Cox. A to ma fatalne skutki. Śmiercionośna fala upałów, która w 1995 roku nawiedziła Chicago, przyniosła wyższy odsetek zgonów niż dwa razy intensywniejsza ich fala w latach 30. XX wieku, czyli w czasach, które Cox nazywa „before A/C” (przed klimatyzacją). „W latach 30. ludzie mogli spać na werandach, osiedla były bardziej zacienione, a co ważniejsze zintegrowane – sąsiedzi troszczyli się o siebie. Wieczorami tętniło życie towarzyskie, ludzie spędzali wspólnie z sąsiadami czas na werandach, dzieci jeździły na rowerach i bawiły się na trawnikach. Dziś każdy siedzi zamknięty w klimatyzowanym domu i ogląda telewizję. Ulice są wyludnione, słychać tylko szum pracujących kompresorów”. 

W ciągu minionej dekady zużycie energii do zasilania klimatyzacji podwoiło się i równa się energii zużywanej przez całą Afrykę. Tylko 3 proc. klimatyzacji służy do chłodzenia ludzi. „Większość Amerykanów używa centralnej klimatyzacji, która chłodzi dom nawet, gdy jego mieszkańcy są w pracy i w szkole” – alarmuje Cox. 

Coraz większe zapotrzebowanie na energię potrzebną do funkcjonowania klimatyzacji zaspokaja się wciąż nie dzięki wykorzystaniu  np.  paneli słonecznych (w Arizonie to tylko 3 proc. energii), ale spalaniu węgla (kolejna porcja dwutlenku zwiększająca efekt cieplarniany) czy wykorzystaniu energii atomowej. Nadmierne zaludnienie takich terenów jak Arizona czy Floryda prowadzi też do degradacji tamtejszego środowiska naturalnego, w tym obszarów tak cennych przyrodniczo jak florydzkie bagna Everglades. Zajmowana przez nie przestrzeń w wyniku boomu budowlanego skurczyła się niemal o połowę.

Syndrom chorego budynku 

Na całym świecie dostęp do sztucznie chłodzonego powietrza jest synonimem komfortu, a w krajach Trzeciego Świata potwierdzeniem wysokiego statusu społecznego. Dlatego tylko w latach 1997–2007 liczba klimatyzowanych gospodarstw domowych w Chinach potroiła się, a w Indiach zwiększyła się dziesięciokrotnie. Zimne szaleństwo nie ma granic: na arabskich piaskach Dubaju funkcjonuje już w pełni klimatyzowany  zamknięty  wyciąg  narciarski, w budowie jest też sztucznie ochładzana plaża. W klimatyzację wyposaża się nie tylko domy czy auta, ale garaże, a nawet hotele dla psów. 

Klimatyzacja ma swoje zalety: trudno sobie dziś bez niej wyobrazić funkcjonowanie wielu dziedzin, na przykład opieki medycznej czy przemysłu farmaceutycznego. Niższe temperatury pozytywnie wpływają też na ludzką płodność. Prowadzone w Stanach wieloletnie badania pokazały, że w erze sprzed klimatyzacji każdy wzrost temperatury o 10 stopni  powyżej średniej miesięcznej  o 10 proc. obniżał wskaźniki urodzeń. Im goręcej, tym mniejsza ochota na seks. Po upowszechnieniu klimatyzacji wahania te znacząco zmalały. Niższe temperatury poprawiają też jakość spermy – plemniki są wtedy bardziej żywotne, co dodatkowo wpływa na płodność.

 

Mimo że aktywniejsi w łóżku, wcale nie jesteśmy jednak zdrowsi. Badacze z Brazylii, Stanów Zjednoczonych i Europy dowiedli, że ludzie, którzy pracują w klimatyzowanych pomieszczeniach, odwiedzają lekarzy częściej i mają gorszą kondycję niż ci pracujący bez klimatyzacji. Cierpią na podrażnienie błony śluzowej, podrażnienia skóry, bóle głowy, zapalenie zatok. Objawy te występują też przy tzw. syndromie chorych budynków (sick building syndrome), związanym ze złą jakością powietrza w budynku. Źródłami zanieczyszczeń mogą być materiały budowlane, a także systemy wentylacji i klimatyzacji (np. grzyby i mikroorganizmy żyjące w nieczyszczonych przewodach  klimatyzacyjnych). Z szacunków Światowej Organizacji Zdrowia wynika,  że syndrom SBS występuje aż w 30 proc. nowych budynków na świecie.

Otyły i z zapaleniem zatok

„Ważna jest też kwestia otyłości, na którą składają się trzy czynniki: nasz metabolizm przyspiesza i spala więcej energii i gromadzi mniej zapasów tłuszczu, kiedy znajdujemy się poza zasięgiem klimatyzacji. Po drugie jemy mniej, gdy jest nam ciepło, a po trzecie klimatyzacja w połączeniu z nowymi formami rozrywki sprawia, że spędzamy czas wewnątrz, zamiast na jakiejś fizycznej aktywności” – wylicza Cox. 

Zwolennicy klimatyzacji argumentują, że nieociekający potem pracownicy są bardziej produktywni. Ale niektóre badania temu przeczą. W 2004 roku prof. Alan Hedge z Human Factors and Ergonomics Laboratory przy Cornell University przez miesiąc monitorował komputery pracowników biur na Florydzie. Odkrył, że ilość błędów popełnionych podczas pisania spadła o ponad 40 proc., a produktywność wzrosła o 150 proc., gdy w biurze zwiększono temperaturę z 20 do 25 stopni Celsjusza. 

Zdaniem Coxa klimatyzację w części miejsc pracy mógłby z powodzeniem zastąpić powrót do starych, dobrych nawyków, takich jak sjesta w najgorętsze dni, możliwość noszenia przewiewnych, krótkich ubrań zamiast garniturów i instalowanie większej ilości wiatraków. 

Konkretne zmiany można zastosować również w domach. Badacz poleca takie rozwiązania architektoniczne jak np. izolacyjna warstwa zieleni czy domowe ogródki na dachach. Sam wieczory spędza na zacienionej werandzie, w dzień szuka cienia pod morwami w ogrodzie lub w domowej piwnicy. Wentylację zapewniają mu otwarte na oścież okna i zawieszone na sufitach wiatraki. 

W „Losing our Cool” Cox z nostalgią opisuje przypadek Harveya Froda, mieszkańca Hollywood na Florydzie, który w 1959 roku został pozwany przez sąsiadów za zakłócanie spokoju swą nowo zainstalowaną i pierwszą w okolicy klimatyzacją. „Nie można otwierać okien, bo ten okropny hałas wyrywa nas z łóżek w środku nocy” – skarżyli się sąsiedzi. Mimo to urządzeń przybywało i kolejni sąsiedzi zamykali swe okna (raz, aby nie słyszeć hałasu, dwa, aby zatrzymać wewnątrz bezcenny chłód z klimatyzacji).

 

Efekt? „Po przejściu tornado, które zabiło dwudziestu mieszkańców Lake County, politycy zaapelowali o instalację syren alarmujących mieszkańców o zbliżającym się zagrożeniu tornadem. Pomysł szybko storpedowano, bo jak przekonywali sami mieszkańcy, przez zamknięte okna i szum klimatyzacji syreny i tak nie byłyby słyszalne”. Cox przyznaje, że dzięki klimatyzacji możemy zasiedlić każdy zakątek świata, nawet bagna czy pustynie. Nie jest jednak pewny, czy rzeczywiście warto. 

Ameryka bez klimy i Busha

Stan Cox: „Gdyby nie klimatyzacja George Bush nie zostałby prezydentem USA. Wielka migracja po upowszechnieniu klimatyzacji sprawiła, że południowe stany, będące ostoją konserwatystów zwiększyły liczbę swoich miejsc w Izbie Reprezentantów oraz zyskały więcej głosów w Kolegium Elektorów. To specyficzna dla USA instytucja: kandydaci na prezydenta rywalizują ze sobą w każdym z 50 stanów, a ten, który zdobędzie przewagę w danym stanie, zgarnia całą pulę jego głosów w Kolegium Elektorów. Al Gore mógł zdobyć większość głosów w całym kraju, ale nie zdobył większości w Kolegium Elektorów, dlatego przegrał wybory. Jeśli jednak wyobrazimy sobie, że wybory w 2000 roku odbywałyby się przy takim podziale głosów elektorskich, jaki istniał w USA w 1960 roku, w czasach przed upowszechnieniem klimatyzacji, wtedy Gore zwyciężyłby zarówno pod względem ilości głosów ogółem, jak i tych w Kolegium Elektorów”.