Zaginął szyfrant. Zakładając najgorszy scenariusz, że uciekł za granicę, aby sprzedać obcemu wywiadowi tajemnice naszych szyfrów – wydawałoby się – szkody nie mogą być duże. Szyfry, a właściwie ich elementy, zostały zmienione i obcy wywiad nie może poznać treści nowych depesz. Ale tu chodzi o stare depesze. W historii już tak było. Amerykanie przez całą wojnę rejestrowali wszystkie depesze wysyłane drogą radiową z ambasady radzieckiej w Waszyngtonie i konsulatów w Nowym Jorku i San Francisco.

Zebrali w ten sposób dwa miliony depesz, których jednak nie mogli odczytać. Wśród nich było dwieście tysięcy depesz utajnionych za pomocą tzw. szyfru jednorazowego (jednonotatnikowego).

Leżały w archiwum, aż zespół TICOM kierowany przez komandora Howarda Campaigne’a, poszukujący w Europie niemieckich kryptologów i szyfrów, znalazł w kwietniu lub maju 1945 roku w bawarskim mieście Rosenheim maszynę deszyfrującą nazywaną „Swordfish”. Za jej pomocą niemieccy kryptolodzy łamali radzieckie szyfry jednorazowe, uważane za całkowicie bezpieczne. Przewieziona do Stanów Zjednoczonych rozpoczęła pracę przy odczytywaniu depesz z archiwum. Do dzisiaj Amerykanie nie ujawnili efektów. Dyrektor Agencji Bezpieczeństwa Narodowego przesunął termin udostępnienia dokumentów „Swordfish” na rok 2012.

Należy jednak przypuszczać, że odczytanie depesz umożliwiło FBI wyłapanie szpiegów wykradających tajemnice amerykańskiej bomby atomowej. Czy podobny kataklizm może spaść na nasze tajne służby? Niepokojące jest to, że informacja o zaginięciu szyfranta przeciekła do publicznej wiadomości. Akurat w tym przypadku ujawnianie takich faktów dowodzi, że ktoś rozgrywa swoją grę, kierując uwagę opinii publicznej w pożądanym dla siebie kierunku.

Część naszego społeczeństwa staje się przedmiotem manipulacji. Przykłady płyną ze świata. Jakże tu nie pamiętać o wielkich przygotowaniach Saddama Husajna do ataku nuklearnego, bakteriologicznego i chemicznego na demokratyczne mocarstwa? Satelity wykrywały na pustyni zakłady broni chemicznej, a zdjęcia te przeciekały do publicznej wiadomości. Inspektorzy z międzynarodowych komisji skarżyli się co chwila, że Irakijczycy nie wpuszczają ich do najbardziej podejrzanych fabryk. Biały proszek (zazwyczaj mąka) wysypujący się z listów stawiał w stan gotowości służby sanitarne, paraliżując życie w wielkich miastach.

Świat zagrożony irackim atakiem odetchnął z ulgą i pobłogosławił chłopców w hummerach i abramsach, gdy ci wjechali do Iraku i zmietli dyktatora z jego gwardią. Tyle że nie znaleźli ani jednej beczki z podejrzaną cieczą, ani jednej bomby atomowej. Nagle okazało się, że wielka akcja uzasadniająca inwazję była oszustwem. To odbiło się na wynikach ostatnich wyborów prezydenckich w USA. Historia jednak szybko zatoczyła koło i miejsce grożącego światu Saddama z jego bronią ABC zajął Mahmud Ahmadineżad, prezydent Iranu. Państwo to Bush umieścił na osi zła już w 2001 roku, chociaż ówczesny prezydent Iranu Mohammad Chatami udzielił poparcia USA w walce z afgańskimi talibami. Najwyraźniej było to nie w smak Bushowi, ale na szczęście dla niego urząd prezydenta objął wkrótce mało zrównoważony w swoich osądach historii i współczesności Ahmadineżad.

Okazało się, że Ameryka ma sposób na irańskie zagrożenie: tarczę rakietową. Zagrożone atakiem państwa nie powinny się więc zastanawiać nad udostępnieniem swego terytorium dla silosów i urządzeń, koniecznych do funkcjonowania tego systemu. Nie powinny również rozważać, czy same stają się celem dla rakiet, jakoby wymierzonych do tego czasu tylko w Stany Zjednoczone. Takie wątpliwości miały rozwiać obietnice udostępnienia systemów obrony antyrakietowej „Patriot”.

Co prawda te systemy wykazały się 20-procentową skutecznością w obronie Tel Awiwu przed stareńkimi irackimi „Scudami”. Do rosyjskich „Iskanderów” raczej w ogóle nie warto byłoby ich wystrzeliwać. Takie rozterki łatwo ukoiła obietnica dostawy „Patriotów” nowej generacji. Społeczeństwo uspokoiło się, widząc amerykański parasol ochronny na naszym niebie. Aż okazało się, że „Patrioty” przyjadą bez głowic bojowych. Czy i kiedy je dosłać – ma decydować dowództwo amerykańskie. I znowu wychynęła historia. W 1939 roku o udzieleniu pomocy walczącej Polsce miały decydować rządy w Londynie i w Paryżu, choć układy, jakie podpisały z Polską, były jednoznaczne. I zadecydowały…