„Błyskawica” w powstańczej Warszawie była jak Wolna Europa w okresie komunizmu. To dzięki niej świat dowiedział się o przebiegu warszawskich walk, usłyszał apele o zrzuty broni, „ujrzał” sylwetki bohaterskich żołnierzy, a nawet poznał poezję powstańczą.

Był to jedyny przypadek w okresie II wojny światowej, by okupowany kraj nadawał swój własny program radiowy - przedsięwzięcie na ogromną skalę, za udział w którym groziła natychmiastowa egzekucja. Konstruktor Antoni Zębik, godząc się na takie ryzyko, narażał nie tylko siebie. Miał żonę i dwoje dzieci. Tłumaczył później, że podjął tę trudną decyzję, gdyż za wszelką cenę chciał zawiadomić świat o tym, co dzieje się w okupowanej Polsce.

RYZYKOWNE WOJENNE DECYZJE

Historia powstania „Błyskawicy” rozpoczyna się od... niewykonania rozkazu. Już przed wojną Zębik był krótkofalowcem o znaku wywoławczym SP1ZA. W 1939 r. objął dowództwo radiostacji 7. Dywizji Piechoty. Na początku kampanii wrześniowej otrzymał rozkaz od gen. Janusza Gąsiorowskiego, aby zniszczyć radiostacje znajdujące się w budynku Poczty Głównej w Częstochowie. Zę- bik planował wysadzić urząd, by urządzenia nie wpadły w ręce Niemców. Po dotarciu na miejsce zobaczył jednak, że przebywają tam dziesiątki ludzi. Kryli się przed okupantem, przerażeni i bezdomni. Wykonanie rozkazu oznaczałoby skazanie ich na śmierć. Na szczęście Zębik wpadł na pomysł: rozmontował najważniejsze części radiostacji i ukrył je u swoich rodziców.

25-letni żołnierz nie miał pojęcia, jak zawiadomić dowództwo o swojej niesubordynacji. Kiedy mu się w końcu udało, dowódca uznał, że podjął słuszną decyzję. Teraz jednak zaczęły się prawdziwe kłopoty: w piętnastym dniu działań wojennych Niemcy rozbili oddział Zębika, a on sam dostał się do obozu jenieckiego (w czasie wojny za druty trafiał w sumie aż siedem razy!).

Z niewoli zbiegł szybko i ukrył się w miejscowości Nowa Wieś niedaleko Częstochowy. Wrócił do domu dopiero kilka miesięcy później. Okazało się, że wcześniej gestapowcy przeprowadzili tam rewizję. Sprawdzali wszystkich krótkofalowców. Na szczęście u niego niczego nie znaleźli. W przeciwnym razie rodzina mogła przypłacić to życiem.

CZĘŚCI Z SZAMBA

Matka Zębika wyjaśniła, że części do radiostacji (chodziło nie tylko o te z poczty, ale też o sprowadzoną z Ameryki lampę, którą zamówił jeszcze przed wojną) ze strachu przed rewizją zostały wrzucone do szamba, którego zbiornik znajdował się niedaleko kamienicy. „Ojciec często wspominał tę historię z uśmiechem - mówi Lidia Seliga, córka Zębika. - Mnie nie było jeszcze na świecie, a mój brat Andrzej był malutkim dzieckiem. Podobno początkowo ojciec wpadł w szał, gdy usłyszał od matki, że wyrzuciła lampy do szamba. Później jednak stwierdził, że być może była to najlepsza kryjówka...”.

Zębik zakasał więc rękawy i... sięgnął do szamba. Wyłowił wszystkie lampy. Niestety, część z nich zamokła i nie nadawała się do użytku. Te sprawne Zębik postanowił ukryć u siebie na strychu. Niebawem miały mu się przydać.