Tak pisaliśmy o nadchodzącej olimpiadzie w numerze sierpniowym Focusa.Zobaczcie na ile sprawdziły się nasze przypuszczenia - zapraszamy do dyskusji.

Olimpijski finał biegu na 100 m. sprinterzy unoszą się w blokach, pada strzał startera, kibice zaczynają krzyczeć i… zamierają z otwartymi ustami. Zawodnicy nie biegną, lecz powoli, równym krokiem idą do linii mety. Tuż przed jej przekroczeniem unoszą w górę flagi Tybetu i wykonują rundę honorową wokół stadionu… Tak mogłyby wyglądać igrzyska w Pekinie A.D. 2008. Ale nie będą.

„Karta olimpijska zabrania okazywania na obiektach sportowych przekonań politycznych” – wyjaśnia Irena Szewińska, jedyna przedstawicielka Polski w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim. „Jeśli sportowiec złamie przepisy, może nie zostać dopuszczony do startu lub zdyskwalifikowany”. Nie są to czcze groźby. W 1968 r., podczas ceremonii dekoracji zwycięzców sprintu na 100 m, czarnoskórzy Amerykanie Tommie Smith i John Carlos unieśli zaciśnięte dłonie w czarnych rękawiczkach. Był to gest protestu przeciwko dyskryminacji rasowej i symbol poparcia dla radykalnej murzyńskiej organizacji Czarne Pantery. Decyzją MKOl obu nie tylko odebrano medale i usunięto z wioski olimpijskiej, ale także dożywotnio zdyskwalifikowano!

Cena za akt ludzkiej solidarności może więc być dla sportowca niezwykle wysoka. Po wybuchu tegorocznych protestów na trasie sztafety ze zniczem, komitety olimpijskie Wielkiej Brytanii i Belgii natychmiast zakazały swoim zawodnikom wykonywania jakichkolwiek gestów protestacyjnych i zobowiązały ich do podpisania stosownych deklaracji. Prezes PKOl Piotr Nurowski ograniczył się do przypomnienia, że za naruszenie regulaminu igrzysk grożą surowe sankcje.

Czy zatem ktokolwiek ma moralne prawo naciskania na sportowców, by ryzykując zmarnowanie, i to na zawsze, efektów wieloletniej morderczej pracy okazywali swój stosunek do łamiących prawa człowieka władców Chin? „Mamy takie prawo” – mówi Piotr Cykowski, koordynator projektu Monitor Olimpijski i Programu Tybetańskiego Fundacji Inna Przestrzeń. „Mamy prawo pytać, czy są jedynie cyborgami, które nie widzą nic poza stadionem, wynikiem i nagrodami, czy też takie słowa jak godność, pokój, wolność coś dla nich znaczą. Nie domagamy się działań zagrożonych sankcjami MKOl, ale są przecież konferencje prasowe, na których mogą przedstawić swoje poglądy; są ulice i place poza wioską olimpijską, gdzie wolno im robić, co zechcą. Gdyby nawet, już po zawodach, zostali deportowani z Chin, niczego nie stracą, a reżim pokaże światu swoją prawdziwą twarz”. Prezes PKOl Piotr Nurowski potwierdza: „Sportowcy są wolnymi ludźmi, mogą mówić, co chcą. Nikt nie może ich za to karać”.

Nikt nie może też karać za gesty solidarności, które nie naruszają regulaminu. Ot, choćby takie, jak zapowiedź sztangisty Szymona Kołeckiego, że ogoli sobie głowę na znak solidarności z buddyjskimi mnichami. „Jesteśmy w kontakcie z międzynarodowymi organizacjami obrońców praw człowieka, wymieniamy się doświadczeniami, podpowiadamy sportowcom, co można zrobić” – dodaje Piotr Cykowski. „Pomysłów jest wiele i świat na pewno o nich usłyszy”.

BOJKOT OŚMIESZONY

Sprzeciw Francji wobec amerykańskiej interwencji w Iraku skłonił kilku republikańskich kongresmanów do apelu o bojkot produktów z tego kraju. Na pierwszy ogień poszły frytki, nazywane w USA french fries (francuskie frytki). Ponieważ rezygnacja z nich byłaby dla polityków zbyt wielkim wyrzeczeniem, wezwali do bojkotu … nazwy. I w restauracjach kongresowych zaczęto je serwować jako „frytki wolności”. Bojkot francuszczyzny stał się przede wszystkim pożywką dla satyryków i skończył się klapą. Dziś frytki wolności znów są francuskimi.

POLICZEK DLA DESPOTY