Tak pisaliśmy o nadchodzącej olimpiadzie w numerze sierpniowym Focusa.Zobaczcie na ile sprawdziły się nasze przypuszczenia - zapraszamy do dyskusji.

Olimpijski finał biegu na 100 m. sprinterzy unoszą się w blokach, pada strzał startera, kibice zaczynają krzyczeć i… zamierają z otwartymi ustami. Zawodnicy nie biegną, lecz powoli, równym krokiem idą do linii mety. Tuż przed jej przekroczeniem unoszą w górę flagi Tybetu i wykonują rundę honorową wokół stadionu… Tak mogłyby wyglądać igrzyska w Pekinie A.D. 2008. Ale nie będą.

„Karta olimpijska zabrania okazywania na obiektach sportowych przekonań politycznych” – wyjaśnia Irena Szewińska, jedyna przedstawicielka Polski w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim. „Jeśli sportowiec złamie przepisy, może nie zostać dopuszczony do startu lub zdyskwalifikowany”. Nie są to czcze groźby. W 1968 r., podczas ceremonii dekoracji zwycięzców sprintu na 100 m, czarnoskórzy Amerykanie Tommie Smith i John Carlos unieśli zaciśnięte dłonie w czarnych rękawiczkach. Był to gest protestu przeciwko dyskryminacji rasowej i symbol poparcia dla radykalnej murzyńskiej organizacji Czarne Pantery. Decyzją MKOl obu nie tylko odebrano medale i usunięto z wioski olimpijskiej, ale także dożywotnio zdyskwalifikowano!

Cena za akt ludzkiej solidarności może więc być dla sportowca niezwykle wysoka. Po wybuchu tegorocznych protestów na trasie sztafety ze zniczem, komitety olimpijskie Wielkiej Brytanii i Belgii natychmiast zakazały swoim zawodnikom wykonywania jakichkolwiek gestów protestacyjnych i zobowiązały ich do podpisania stosownych deklaracji. Prezes PKOl Piotr Nurowski ograniczył się do przypomnienia, że za naruszenie regulaminu igrzysk grożą surowe sankcje.

Czy zatem ktokolwiek ma moralne prawo naciskania na sportowców, by ryzykując zmarnowanie, i to na zawsze, efektów wieloletniej morderczej pracy okazywali swój stosunek do łamiących prawa człowieka władców Chin? „Mamy takie prawo” – mówi Piotr Cykowski, koordynator projektu Monitor Olimpijski i Programu Tybetańskiego Fundacji Inna Przestrzeń. „Mamy prawo pytać, czy są jedynie cyborgami, które nie widzą nic poza stadionem, wynikiem i nagrodami, czy też takie słowa jak godność, pokój, wolność coś dla nich znaczą. Nie domagamy się działań zagrożonych sankcjami MKOl, ale są przecież konferencje prasowe, na których mogą przedstawić swoje poglądy; są ulice i place poza wioską olimpijską, gdzie wolno im robić, co zechcą. Gdyby nawet, już po zawodach, zostali deportowani z Chin, niczego nie stracą, a reżim pokaże światu swoją prawdziwą twarz”. Prezes PKOl Piotr Nurowski potwierdza: „Sportowcy są wolnymi ludźmi, mogą mówić, co chcą. Nikt nie może ich za to karać”.

Nikt nie może też karać za gesty solidarności, które nie naruszają regulaminu. Ot, choćby takie, jak zapowiedź sztangisty Szymona Kołeckiego, że ogoli sobie głowę na znak solidarności z buddyjskimi mnichami. „Jesteśmy w kontakcie z międzynarodowymi organizacjami obrońców praw człowieka, wymieniamy się doświadczeniami, podpowiadamy sportowcom, co można zrobić” – dodaje Piotr Cykowski. „Pomysłów jest wiele i świat na pewno o nich usłyszy”.

BOJKOT OŚMIESZONY

Sprzeciw Francji wobec amerykańskiej interwencji w Iraku skłonił kilku republikańskich kongresmanów do apelu o bojkot produktów z tego kraju. Na pierwszy ogień poszły frytki, nazywane w USA french fries (francuskie frytki). Ponieważ rezygnacja z nich byłaby dla polityków zbyt wielkim wyrzeczeniem, wezwali do bojkotu … nazwy. I w restauracjach kongresowych zaczęto je serwować jako „frytki wolności”. Bojkot francuszczyzny stał się przede wszystkim pożywką dla satyryków i skończył się klapą. Dziś frytki wolności znów są francuskimi.

POLICZEK DLA DESPOTY

 

Świata do potępienia chińskiej polityki w Tybecie czy Sudanie nie trzeba wcale przekonywać. Prawdziwy problem to przebicie się do adresatów protestu, czyli Chińczyków. Już wiadomo, że obsługująca igrzyska telewizja będzie przekazywać sygnał z kilkusekundowym opóźnieniem; to wystarczy, by usunąć wszystkie niewygodne dla reżimu obrazy. Gdyby więc nawet ktoś rozwinął tybetańską flagę, i tak nikt tego nie zobaczy. „Nie przebijemy się do miliarda Chińczyków, zresztą ze względu na odcięcie od prawdziwych informacji większość z nich nie zrozumiałaby, o co chodzi protestującym” – mówi Piotr Cykowski. „Ale do tych, którzy są najważniejszymi adresatami, do rządzących i opozycjonistów, przekaz dotrze. I o to przede wszystkim chodzi”.Nerwowe reakcje Pekinu na wycofanie się Stevena Spielberga z przygotowania artystycznej oprawy igrzysk czy wypowiedź Sharon Stone sugerującej, że tragiczne trzęsienie ziemi było skutkiem złej karmy, zdają się przyznawać mu rację.„Despotyczne reżimy zawsze bardziej niż rządy demokratyczne odczuwają tzw. utratę twarzy. Jest to dla nich znacznie boleśniejsze niż wycofanie się jakiejś firmy z produkcji czy sprzedaży czegoś tam. Jeśli nie stać nas na zlikwidowanie jakiegoś paskudnego reżimu, to dajmy mu właśnie symbolicznie po gębie” – zauważa ekonomista prof. Jan Winiecki. Jego zdaniem bojkot byłby działaniem kosztownym, nieskutecznym i niemoralnym, gdyż dotknąłby nie tych, których powinien.Obrońców praw człowieka najbardziej irytuje dwuznaczna postawa MKOl. Jego członkowie nieustannie zapewniają, że chcą wpływać na politykę rządu chińskiego, ale w rzeczywistości nie robią nic. Na ostatnim posiedzeniu przed igrzyskami, 5 czerwca w Atenach, nie upomnieli się nawet o dopuszczenie dziennikarzy do obserwowania przemarszu przez Tybet sztafety z ogniem olimpijskim. „To oznacza, że tak jak sobie tego życzy rząd chiński, MKOl godzi się na ukrywanie prawdy o tym, co dzieje się w Tybecie” – mówi z goryczą Piotr Cykowski i pyta retorycznie: jakie moralne prawo do osądzania zachowania sportowców ma więc ta instytucja?Prezes MKOl Jacques Rogge broni się przed oskarżeniami, przekonując na konferencjach prasowych, że mieszanie polityki ze sportem nigdy nie zmieniało polityki, a zawsze szkodziło sportowi. Jest w tym ziarno prawdy, gdyż ruch olimpijski ma za sobą serię bojkotów, które omal go nie zniszczyły.

BOJKOT NAJDŁUŻSZY

W 1948 r., równolegle z proklamowaniem niepodległości Izraela, państwa arabskie ogłosiły jego bojkot. Miał polegać na dwóch rodzajach działań – odmowie utrzymywania jakichkolwiek kontaktów gospodarczych, politycznych, kulturalnych z Izraelem oraz na karceniu firm zagranicznych, które z nim współpracują. Do nadzorowania i koordynowania tych przedsięwzięć powołano Centralne Biuro Bojkotowe z siedzibą w Damaszku. W odpowiedzi Stany Zjednoczone przyjęły ustawy antybojkotowe, które zapewniły pomoc państwa dla przedsiębiorstw i osób narażonych na arabskie sankcje. Osłabiło to skuteczność restrykcji na tyle, że chociaż bojkot trwa już 60 lat, nie wpłynął w znaczący sposób na sytuację Izraela. Utrudnia natomiast życie turystom, gdyż posiadanie w paszporcie wizy izraelskiej czy jakichkolwiek dowodów potwierdzających pobyt w tym kraju uniemożliwia wjazd do wielu państw arabskich i muzułmańskich.

AFRYKAŃSKI PRECEDENS

„Wszyscy wiedzieli, że policja jest bezwzględna wobec pokojowych protestów” – pisała w szokującej relacji z Soweto południowoafrykańska dziennikarka Heidi Holland. Nikt się jednak nie spodziewał, że policja będzie z zimną krwią strzelać do dzieci.16 czerwca 1976 r. w tym miasteczku na przedmieściach Johannesburga siły porządkowe brutalnie spacyfikowały protest uczniów przeciw wprowadzeniu obowiązkowej nauki języka białych – afrikaans. RPA była już wówczas formalnie objęta sankcjami ONZ, ale dysponowała atutami w postaci olbrzymich złóż złota, diamentów, uranu i innych surowców, więc bez trudu obchodziła restrykcje.Traf chciał, że dokładnie miesiąc po wydarzeniach w Soweto rozpoczynały się igrzyska olimpijskie w Montrealu. Państwa afrykańskie, które ze względu na swą słabość gospodarczą i polityczną nie miały do tej pory żadnych środków nacisku na trwające przy polityce apartheidu kontynentalne mocarstwo, dostrzegły nagle szansę i zdecydowały się na bezprecedensowe działania. Chcąc wymusić na krajach łamiących nakaz izolowania RPA, wykluczonej m.in. z ruchu olimpijskiego, zażądały bojkotowania tych, którzy nie przestrzegają bojkotu!I zagroziły wycofaniem się z igrzysk, jeśli zostaną do nich dopuszczeni sportowcy Nowej Zelandii, której reprezentacja rugby rozegrała niedawno mecz w RPA. Ponieważ MKOl odmówił, kraj za krajem ogłaszał decyzję o bojkocie. Do rozpoczęcia ceremonii otwarcia igrzysk nie było wiadomo, kto wystartuje, a kto się wycofa. Takie potęgi lekkoatletyczne jak Kenia i Etiopia odwołały swoich sportowców już po ich przylocie do Kanady, reprezentacja Algierii zawróciła tuż przed wejściem na stadion. Ostatecznie w olimpiadzie wzięły udział jedynie dwa państwa afrykańskie – Senegal i Wybrzeże Kości Słoniowej.Po tej bolesnej nauczce wszystkie federacje sportowe zerwały ostatnie kontakty z RPA. Afrykanie mogli czuć się usatysfakcjonowani, ale okazało się, że otworzyli puszkę Pandory i był to dopiero początek czarnej serii olimpijskich bojkotów.

BOJKOT KARYKATUR

Po opublikowaniu przez duński dziennik „Jyllands-Posten” karykatur Mahometa, w państwach muzułmańskich wezwano do bojkotu produktów z Danii. W sklepach rozdawano ulotki informujące, jakich towarów nie kupować. Według danych duńskiego urzędu statystycznego, najbardziej ucierpieli eksporterzy produktów mleczarskich, których obroty w roku 2006 spadły aż o 85%. W Arabii Saudyjskiej, Iranie i na Bliskim Wschodzie praktycznie zamarła sprzedaż zabawek, nawet tak popularnych jak klocki Lego.

PRZYGASZONY ZNICZ

 

Uzyskanie prawa goszczenia igrzysk niebywale podnosi prestiż kraju, który je organizuje. Wiedzieli o tym doskonale władcy Związku Radzieckiego i tak usilnie zabiegali o ten przywilej, że MKOl mimo licznych ostrzeżeń zaryzykował i na miejsce olimpiady w 1980 r. wybrał Moskwę. Kreml zyskał wyjątkową okazję do rozreklamowania „osiągnięć” komunizmu, więc reżimowa propaganda natychmiast zaczęła zapowiadać, że będą to „igrzyska, jakich świat jeszcze nie widział”. I faktycznie były.

W grudniu 1979 r., na siedem miesięcy przed zapaleniem znicza, Armia Czerwona dokonała inwazji na Afganistan. Tym razem nie poszło jej jednak tak łatwo jak podczas tłumienia antykomunistycznego powstania na Węgrzech i praskiej wiosny. Interwencja, która miała się zakończyć szybkim zainstalowaniem w Kabulu posłusznego Moskwie reżimu, przerodziła się w długotrwałą wojnę. Tymczasem Karta Olimpijska stwierdza jednoznacznie, że państwo organizujące igrzyska nie może pozostawać z nikim w stanie wojny. Co ciekawe, członkowie MKOl zdawali się nie dostrzegać, że ich wybraniec łamie tę najważniejszą zasadę. Bardziej spostrzegawczy był prezydent USA Jimmy Carter, który po konsultacji z grupą stu najwybitniejszych amerykańskich zawodników i działaczy sportowych wezwał do bojkotu.

Byłoby oczywiście naiwnością sądzić, że kierował się wyłącznie duchem olimpijskim. Ze względu na swą potęgę ZSRR był odporny na jakiekolwiek sankcje gospodarcze czy polityczne, można jednak było dotkliwie uderzyć w jego prestiż. I Carter wykorzystał tę szansę.

Do bojkotu przyłączyło się 56 krajów, ekipy kilkunastu innych, w tym Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch, wystąpiły nie pod flagami narodowymi, lecz olimpijskimi. Miał być wielki propagandowy triumf Kremla, skończyło się na najbardziej nieudanych igrzyskach, które w naszej pamięci zapisały się przede wszystkim gestem Kozakiewicza.

Cztery lata później Rosjanie wzięli rewanż i wezwali do bojkotu olimpiady w Los Angeles. Posłużyli się idiotycznym pretekstem, wywodząc, że nadmiernie zanieczyszczone powietrze zagraża zdrowiu sportowców, a przestępczość – ich życiu. Rosyjska propaganda posunęła się do tego, że przechrzciła Miasto Aniołów na Miasto Morderców.

Nakazom Kremla podporządkowało się 16 państw, w tym Polska rządzona przez generała Jaruzelskiego. Do Los Angeles pojechała natomiast po raz pierwszy w historii reprezentacja komunistycznych Chin. Warto o tym pamiętać, analizując wydarzenia ostatnich miesięcy. Skoro Chińczycy wsparli Amerykanów wtedy, łatwiej zrozumieć, dlaczego dziś prezydent Bush tak niechętnie zareagował na apel o zbojkotowanie ceremonii otwarcia pekińskiej olimpiady.

BOJKOT EKOLOGICZNY

6 mln dolarów zarobili w 1993 r. norwescy wielorybnicy, którzy mimo protestów obrońców środowiska nie zrezygnowali z połowu waleni. Obserwatorzy relacjonowali przebieg jednego z połowów: „Załoga statku Ulla złowiła 18 samic i 2 samce. 14 samic było ciężarnych, jednemu z samców zmiażdżono jądra, poranione zwierzęta konały przez kilkadziesiąt minut”. Wobec uporu Norwegów Greenpeace wezwał do bojkotu wszystkiego, co norweskie. Oddźwięk był ogromny, straty sięgnęły 100 mln dolarów. Presji uległa m.in. sieć Burger King, która odmówiła zakupu produktów rybnych z Norwegii. Obecnie Greenpeace koncentruje swoje działania na Japonii, która ma największą flotę wielorybniczą na świecie. Do najbardziej udanych akcji ekologów należała groźba bojkotu firm kosmetycznych, testujących produkty na żywych zwierzętach. Opisy królików, którym zalewano oczy perfumami aż do oślepnięcia, podtruwano i parzono chemikaliami skórę, tak przemawiały do wyobraźni konsumentów, że straty koncernów mogły być gigantyczne. Dlatego niemal natychmiast ogłosiły, że ograniczą proceder do minimum i rezygnują z doświadczeń powodujących cierpienia zwierząt.

KAPITAN BOYCOTT

Gdyby polityka nadal rządziła sportem, mogło dojść do trwałego podziału ruchu olimpijskiego i organizowania dwóch igrzysk – pod patronatem ZSRR i USA. Przymiarek do tego w postaci zawodów „Przyjaźń-84” w Moskwie już nawet dokonano. Na szczęście po upadku komunizmu podział świata na dwa obozy skończył się i bojkot – jako forma protestu – zniknął ze stadionów. Przetrwał natomiast w sferach, w których się narodził – w życiu towarzyskim, a zwłaszcza w gospodarce.

W roku 1873, po przejściu w stan spoczynku, kapitan Charles Boycott, oficer angielskiej armii, przyjął posadę ekonoma w majątku lorda Erne, w irlandzkim hrabstwie Mayo. Administrował nim po wojskowemu – podnosił czynsze, żądał uiszczania świadczeń.

Kapitan Boycott tak naraził się lokalnej społeczności, że ludzie zaczęli ignorować jego rozkazy. Sąsiedzi go olewali, służba przestała mu sprzątać, sklepikarze nie obsługiwali, listonosz nie doręczał poczty. Gdy podczas żniw w roku 1880 Boycott żądał skoszenia zboża, potraktowano go jak powietrze. Zdesperowany zwrócił się o pomoc do władz. Do Mayo skierowano robotników z innych hrabstw i policjantów mających zapewnić łamistrajkom bezpieczeństwo. Dziennikarze relacjonowali przebieg konfliktu. Gazety wybijały tytuły typu: „Nieustępliwy Boycott”, „Boycott trwa” i nazwisko ekonoma zaczęło się odrywać od nosiciela, zmieniając w nowe słowo – w Polsce stało się „bojkotem”.

Straty, jakie spowodował bojkot Boycotta, były wielokrotnie większe od korzyści wynikających z jego uporu. Historyk Robert F. Foster ustalił, że wartość zebranych plonów wyniosła 350 funtów, a koszty sprowadzenia łamistrajków i ich ochroniarzy sięgnęły 10.000.

Bojkot ekonomiczny może się stać skutecznym środkiem nacisku. Siedem lat po wydarzeniach w Mayo brytyjski parlament uchwalił ustawę uzależniającą dopuszczenie zagranicznych produktów na rynki imperium od umieszczenia na nich informacji o kraju pochodzenia. Tak powstały znaki „Made in France”, „Made in Germany”, później także „Made in Poland”. Nikt nie mówił wprost, że chodzi o ułatwienie ewentualnego bojkotu, ale podtekst był oczywisty. Dlatego Francuzi próbowali protestować, jednak niczego nie wskórali. Zwłaszcza że przewrotni Niemcy, zamiast krytykować Anglików, podchwycili ich pomysł i obrócili na swoją korzyść. Znakiem „Made in Germany” opatrywali nie tylko produkty przeznaczone na eksport, ale też na własny rynek, co miało być gwarancją najwyższej jakości.

„Bojkot gospodarczy państwa może się w pełni udać tylko wtedy, gdy wspiera go blokada militarna portów lub granic oraz istnieje duża przewaga sił blokującego nad blokowanym” – ocenia prof. Winiecki.

Wprowadzając nakaz oznaczania produktów, Anglicy nie przypuszczali, że sami padną jego pierwszą ofiarą. W roku 1919, po masakrze zebranych na pokojowym wiecu hinduskich chłopów, Mahatma Gandhi spalił stos odzieży i wezwał do bojkotu produktów importowanych z Wielkiej Brytanii.

W Indiach nie było zakładów mogących konkurować z nowoczesnymi fabrykami w Manchesterze, a tym bardziej je zastąpić. Gandhi podsunął jednak rodakom inne rozwiązanie. Mieli wrócić do tradycyjnych kołowrotków i tkać odzież. Sam już do końca życia nosił wykonany przez siebie biały burnus. Winston Churchill pokpiwał z pomysłów „półnagiego fakira”. Jeden biedny Hindus nie znaczył dla gospodarki brytyjskiej co prawda nic, ale 300 milionów Hindusów tworzyło olbrzymi rynek zbytu. Jego utrata zmuszała przedsiębiorców do zmniejszania produkcji i zatrudnienia.

Zainicjowany przez Gandhiego bojkot nie rzucił imperium na kolana. Pogarszał jednak nastroje na Wyspach i wzmacniał pozycję tych, którzy opowiadali się za przyznaniem Indiom niepodległości. Wybuch II wojny światowej odsunął podjęcie decyzji, ale już trzy lata po jej zakończeniu Wielka Brytania uznała suwerenność swej najważniejszej kolonii.

 

BOJKOT REFERENDALNY

Wobec pogarszającej się sytuacji gospodarczej kraju, władze PRL wpadły w roku 1987 na pomysł przeprowadzenia referendum, w którym społeczeństwo miałoby poprzeć kolejny plan „udoskonalenia” komunizmu, określany jako drugi etap reformy gospodarczej. „Czy jesteś za pełną realizacją przedstawionego Sejmowi programu radykalnego uzdrowienia gospodarki, zmierzającego do wyraźnego poprawienia warunków życia, wiedząc, że wymaga to przejścia przez dwu–trzyletni okres szybkich zmian?”. Opozycja przełożyła to na wersję bardziej zrozumiałą: „Czy chcesz, żeby ci było lepiej, ale jeszcze nie teraz?”, a Lech Wałęsa w imieniu zdelegalizowanej „Solidarności” wezwał do bojkotu. Odmowa udziału w głosowaniu wymagała odwagi, mimo to frekwencja wyniosła tylko 67%, co w czasach komunizmu było niskim wynikiem. Ważniejsze było jednak to, że tylko 44% spełniło oczekiwania władz i udzieliło odpowiedzi pozytywnej.

PÓJDZIEMY PIESZO


1 grudnia 1955 r. kierowca autobusu w Montgomery (Alabama) zażądał od czterech czarnych pasażerów, by zgodnie z przepisami ustąpili miejsca białemu. Rosa Parks odmówiła. Już sam fakt, że kobieta ma zwalniać miejsce mężczyźnie, był upokarzający, ale w myśl rozporządzeń o segregacji rasowej, jeśli chociaż jedno siedzenie zostało zajęte przez białego – czarni musieli opuszczać cały rząd. Do takiej sytuacji doszło w Montgomery.

Policja aresztowała niepokorną pasażerkę. Wywołało to oburzenie, miastu groził wybuch zamieszek. Zapobiegł im pastor kościoła baptystów Martin Luther King, który wezwał do innej, wzorowanej na hinduskiej, formy protestu. Czarni mieszkańcy Montgomery przestali wsiadać do autobusów. Lekceważono ich, próbowano zastraszyć, w końcu stało się jasne, że przedłużanie bojkotu doprowadzi firmy przewozowe do bankructwa. I władze miejskie zniosły segregację w środkach komunikacji.

Sukces dodał skrzydeł obrońcom praw człowieka. Martin Luther King wyrósł na przywódcę ruchu antyrasistowskiego, którego członkowie inicjowali bojkoty restauracji, sklepów, kin i teatrów na amerykańskim Południu. Organizowali też marsze protestacyjne i kampanie prawne – skutecznie. W 1964 r. prezydent Johnson podpisał ustawę o prawach obywatelskich (Civil Rights Act), która zakazała dyskryminacji z powodu koloru skóry.

BOJKOT BANKOWY

W 1996 r. amerykańscy adwokaci Edward Fagan i Robert Swift złożyli w imieniu rodzin ofiar Holocaustu zbiorowy pozew przeciwko bankom szwajcarskim. Domagali się wypłaty 20 miliardów odszkodowania za depozyty osób zamordowanych przez nazistów. Do pozwów przyłączyły się organizacje żydowskie. Ponieważ bankierzy odmówili rozliczenia się z przeszłością, zagrożono im bojkotem. W maju 1997 władze Los Angeles wycofały kilkadziesiąt milionów dolarów z funduszu emerytalnego, należącego do jednego ze szwajcarskich banków. Podobne decyzje zapowiedziały władze Nowego Jorku oraz kilku zamożnych stanów. Przyparci do muru finansiści ustąpili i zgodzili się wypłacić odszkodowanie w wysokości 1250 milionów dolarów.

MALUTCY KONTRA GIGANCI


Bojkoty w Indiach i USA dowiodły, że tam, gdzie nie udaje się przemówić do sumienia i rozumu, trzeba przemówić do kieszeni. Jak pisał ekonomista Murray Rothbrat: „jeśli akcja ma zasięg masowy i jest dobrze zorganizowana, nawet malutcy mogą zmusić do uległości najpotężniejszych”. Przekonała się o tym dobitnie firma Nike, gdy amerykańskie ruchy obrońców praw człowieka odkryły, że w swych azjatyckich fabrykach zatrudnia dzieci, a dorosłych traktuje jak niewolników. Koncern próbował zaprzeczać, więc wezwano do bojkotu jego produktów. Efekt był piorunujący. W ciągu roku zyski Nike spadły o połowę. Zarząd zobowiązał się do poprawy warunków pracy i ustalenia dolnej granicy wieku przyjmowanych robotników.

Dwa lata wcześniej kilkaset milionów dolarów stracił naftowy Shell, który naraził się ekologom projektem zatopienia w Atlantyku wyeksploatowanej platformy Brent Spar.

Gdy zainicjowany przez Greenpeace bojkot stacji Shella zaczął się rozkręcać, kierownictwo koncernu zapowiedziało, że odholuje platformę do brzegu i tam zostanie zdemontowana.

W zglobalizowanym świecie bojkot wielkich korporacji ma szanse powodzenia wtedy, gdy nabierze charakteru międzynarodowego. Co oznacza, że przyświecająca mu idea musi być powszechnie zrozumiała i akceptowana. Sformułowanie jej nie jest łatwe, dlatego wiele akcji kończy się niepowodzeniem. Przykładem – wezwania do bojkotu wyszukiwarki Yahoo, której zarządcy zgodzili się na cenzurowanie przez Chińczyków i przekazali im numery IP, pozwalające identyfikować autorów krytycznych wobec władz komentarzy. Przez kilka dni internauci „debatowali” co robić, po czym wszystko wróciło do normy.

BOJKOT RUBINOWY

Po krwawym stłumieniu protestów buddyjskich mnichów, reżim w Birmie dla zrekompensowania poniesionych strat zorganizował wielką aukcję kamieni szlachetnych. Wystawił 5 tys. okazów rubinów, uznawanych za najpiękniejsze i najlepsze na świecie. Liczył na 300 mln dolarów zysku. Plany próbowały mu pokrzyżować organizacje broniące praw człowieka, które wezwały do bojkotu aukcji. Kampania prowadzona pod hasłem „nie kupuj kamieni krwi” mogła zaszkodzić wizerunkowi takich firm jak Cartier czy Tiffany, więc światowi potentaci zrezygnowali z wyjazdu do Birmy. Podobną decyzję podjęła największa amerykańska sieć sklepów jubilerskich Jewellers of America. Wydawało się, że bojkot zakończy się sukcesem, ale w Rangunie stawiło się ponad 2000 kupców z Chin i Tajlandii, którzy storpedowali przedsięwzięcie.

DŁUGI MARSZ

 


Z tych samych powodów na niepowodzenie były skazane apele o bojkot produktów Made in China. Pekin ma zbyt potężnych sojuszników w koncernach robiących kokosowe interesy na chińskim rynku i w niezliczonej rzeszy konsumentów, by wymagający wyrzeczeń protest zyskał powszechną aprobatę. Wystarczy wspomnieć doświadczenia George'a Clooneya, który jako ambasador reklamowy marki Omega próbował namówić firmę do zbojkotowania igrzysk. Usłyszał od jej przedstawicieli, że w pełni go rozumieją, podziwiają jego zaangażowanie w słuszną sprawę, ale zamówiony przez Chińczyków sprzęt do pomiaru czasu dostarczą w terminie.

Gdyby z europejskich sklepów nagle zniknęły wszystkie produkty z Chin, opustoszałaby co piąta półka. W sklepach z elektroniką i sprzętem AGD nie pozostałoby prawie nic, gdyż niemal w każdym komputerze, telewizorze czy lodówce znajdują się jakieś części i podzespoły wytworzone w Państwie Środka. Ale nawet jeśli bojkot okazałby się skuteczny, to przecież nie dotknąłby tych, których powinien. Zasada, że „rząd się sam wyżywi”, jest prawdziwa nie tylko w Polsce. Rachunek zapłaciliby nie ci, którzy wysyłają wojsko do Tybetu, lecz robotnicy z chińskich fabryk, którzy straciliby pracę i jedyne źródło dochodów.

„Nie chcemy wykopywać przepaści między nami a Chińczykami, wręcz przeciwnie, zależy nam na zbliżeniu, dlatego nie wzywamy do bojkotu czy innych sankcji. Nasze działania nie mają charakteru antychińskiego, nie są wymierzone w ludzi, lecz w reżim. Nie liczymy też na natychmiastowe efekty, gdyż wsłuchujemy się w głos samych Tybetańczyków, którzy mówią, że igrzyska potrwają dwa tygodnie, i ważniejsze od tego, co wydarzy się w czasie ich trwania, będzie to, co nastąpi po nich” – mówi Piotr Cykowski.

To jest istota problemu. Pamięć o dramatycznych gestach, nawet tak wymownych jak bojkot ceremonii otwarcia igrzysk, żyje krótko. Najgorsze, co można zrobić ludziom, którzy cierpią już ponad pół wieku, to rozbudzić nadzieje, że świat wreszcie zainteresował się ich losem i na pewno pomoże, a potem o nich zapomnieć i pozostawić sam na sam z prześladowcami. Mahatma Gandhi walczył niemal przez 30 lat, Martin Luther King ponad 10. Ten, kto naprawdę chce się zaangażować w pomoc dla Tybetańczyków, powinien być przygotowany na długi marsz.