Bomba jądrowa i tak musiała powstać. Czy naukowcy rozprawiają czasem o moralności?

W dniu udanego testu bomby atomowej nauka utraciła niewinność. „Teraz wszyscy jesteśmy skurwysynami” – stwierdził wtedy Kenneth Bainbridge, współpracownik Roberta Oppenheimera3, ojca amerykańskiej superbroni.
źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna
źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

Wyobrażamy sobie, że naukowców, którzy stworzyli bombę atomową, do końca życia męczyło poczucie winy. Moralne rozterki Roberta Oppenheimera3 i innych uczonych były jednak zbyt złożone, by zamknąć je w pojęciu „poczucie winy”. Niewątpliwie czuli się odpowiedzialni za niszczycielskie dzieło swych umysłów, dlatego po wojnie angażowali się w walkę o to, by nie dopuścić do ponownego użycia broni nuklearnej. Wiedzę o liczbie osób, które zginęły w Hiroszimie i Nagasaki, i świadomość, że ocaleni cierpieli tak bardzo, że zazdrościli zmarłym, znieść pozwalało przekonanie, że użycie bomb pozwoliło szybko zakończyć wojnę na Pacyfiku i uniknąć znacznie liczniejszych ofiar. Większość uczonych była przy tym przekonana, że broń taka powstać musiała, bo nie da się zatrzymać postępu w nauce: to, co może być zrobione, wcześniej czy później zrobione będzie.

„I WSZYSTKO TO ZNIKNIE”

W styczniu 1939 r. fizycy nie mówili o niczym innym jak o rozszczepieniu jądra uranu przez Ottona Hahna i Fritza Strassmanna oraz obliczeniach Lise Meitner. Oznaczały one, że uran może posłużyć do stworzenia superpotężnej broni. George Uhlenbeck podpatrzył swojego przyjaciela Enrica Fermiego, gdy spoglądał przez okno na Manhattan i mówił do siebie: „Mała bomba – i wszystko to zniknie”. Na tablicy w pokoju Roberta Oppenheimera3 tydzień po wiadomości o rozszczepieniu pojawił się rysunek bomby. Leó Szilárd6, który do USA przybył z Węgier, zrozumiał, że jego nowa ojczyzna musi mieć tę bombę wcześniej niż hitlerowskie Niemcy i postanowił działać.

Chciał napisać list do prezydenta Roosevelta, ale był „nikim”. Miał jednak wpływowych znajomych. List ostrzegający prezydenta przed skutkami zbudowania bomby atomowej przez Niemców zgodził się podpisać Albert Einstein1. Napisany w sierpniu 1939 r. list do rąk Roosevelta trafił dopiero 11 października i dał początek powolnym pracom nad amerykańską bombą atomową. Dopiero po kolejnych naciskach uczonych pod koniec 1941 r. ruszył program nazwany później Projektem Manhattan – ogromna efektywna machina, która zaangażowała w prace nad bombą 130 tys. osób.

Niemcy uruchomili program budowy bomby atomowej wcześniej. Uczeni zawiadomili władze o możliwości militarnego wykorzystania rozszczepienia uranu już w kwietniu 1939 r. Mimo początkowej przewagi niemiecki program atomowy utknął w martwym punkcie. Gdy w 1942 r. fizyk Werner Heisenberg7 dał do zrozumienia przedstawicielom władzy, że Hitler musiałby na bombę atomową czekać jeszcze wiele lat, Rzesza straciła zainteresowanie. Również  uczeni radzieccy dali się wyprzedzić Amerykanom i pierwszej próby jądrowej dokonali dopiero w 1949 r.

„PO PROSTU NIE MYŚLAŁEM”

„Silna nienawiść emigrantów wobec Hitlera wprawiła to wszystko w ruch” – pisał niemiecki fizyk Max von Laue8 w liście do syna. Istotnie, w USA jedną z najważniejszych motywacji naukowców do pracy nad bombą atomową stanowił lęk, że Niemcy zbudują ją wcześniej. Bomba w rękach Hitlera oznaczałaby koniec cywilizacji. Wielu uczestników Projektu Manhattan było uciekinierami z Europy ogarniętej przez faszyzm, którego skutki zdążyli odczuć na własnej skórze. Prace nad bombą opóźniły się jednak na tyle, że użycie jej w Niemczech straciło sens. Już w maju 1943 r. jako najlepszy cel wysuwano japońską bazę wojskową w Mikronezji. Tymczasem naukowcy zaangażowani w Projekt Manhattan tak zapamiętali się w pracy, że ten fakt jakby im umknął.

Mówił o tym w 1981 r. Richard Feynman9: „Pierwotna przyczyna rozpoczęcia tego projektu, a było nią zagrożenie ze strony Niemców, sprawiła, że zaangażowałem się w ten proces (…). Wypróbowaliśmy wszystkie możliwości, starając się zrobić tak, żeby otrzymać jak najgroźniejszą bombę. (…) Ale w tym, co robiłem, niemoralne – muszę powiedzieć – było to, że nie pamiętałem o przyczynie, dla której to robiłem i kiedy przyczyna się zmieniła, Niemcy zostali zwyciężeni, przez myśl mi nie przeszło, że to oznaczało, że muszę przemyśleć, dlaczego robię to dalej. Po prostu nie myślałem”.

Decyzje o przystąpieniu do Projektu Manhattan były świadome i dobrowolne. Nie brakowało uczonych, którzy z różnych powodów, niekoniecznie ideowych, odmówili: Linus Pauling10 nie chciał się przeprowadzać, a Isidor Rabi11 uważał, że lepiej przysłuży się ojczyźnie, kontynuując pracę nad radarem. Nie ukrywał też, że uwierała go myśl, że kulminacją trzech wieków fizyki będzie broń masowego rażenia.

„W KAŻDYM RAZIE TO DOBRA FIZYKA”

Ważny element motywacji naukowców nie miał jednak nic wspólnego z wojną. Jak to ujął Enrico Fermi5, była to „dobra fizyka”. Pasjonujący problem, zespół wybitnych naukowców zjednoczonych wspólnym celem, świetne warunki pracy, nieograniczone środki – temu trudno się oprzeć. Nie bez znaczenia było też przekonanie, że nie da się zatrzymać rozwoju nauki i że nauka sama w sobie jest wartością. „Nie było wyboru – mówił Fermi. – Jeśli zdobyliśmy jakąś wiedzę, każda próba zapobieżenia jej użyciu będzie równie bezcelowa jak nadzieja, że da się zatrzymać ruch Ziemi wokół Słońca”. Amerykański fizyk Richard Feynman9 podpierał się metaforą: „Każdy człowiek otrzymuje klucz do bram niebios. Ten sam klucz otwiera wrota piekieł. Tak samo jest z nauką . (…) Czy powinniśmy wyrzucić klucz i nigdy nie wstąpić do nieba? Czy raczej powinniśmy się mocować z problemem, w jaki sposób najlepiej skorzystać z otrzymanego klucza? To, oczywiście, bardzo poważna kwestia, ale nie możemy, jak sądzę, zaprzeczać, że klucz do bram niebios jest cenny”.

Można odnieść wrażenie, że największe poczucie winy po zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki męczyło naukowców, którzy nie brali udziału w ich konstruowaniu. Na przykład Alberta Einsteina1 – popularnie kojarzonego z bombą, nad którą nie pracował. Wzór E=mc2 funkcjonuje w kulturze niemal jako przepis na bombę atomową, choć ma z nią związek odległy. Podpisanie listu Szilárda do prezydenta Roosevelta Einstein nazywał po latach największym błędem swego życia, choć może niepotrzebnie się nim zadręczał, bo i bez listu USA przystąpiłyby do budowy bomby atomowej. Listem tym często podpierali się politycy – jak tu krytykować bombę, skoro poparł ją sam największy fizyk wszech czasów?

Otto Hahn, współodkrywca zjawiska rozszczepienia jądra atomowego, po wieści o ataku na Hiroszimę poczuł się, jakby sam popełnił zbrodnię. Przebywał w tym czasie w Anglii z dziewięcioma innymi niemieckimi uczonymi internowanymi przez aliantów w wiejskiej posiadłości Farm Hall w pobliżu Cambridge. Budynek był naszpikowany urządzeniami podsłuchowymi, które zarejestrowały m.in. reakcję naukowców na wieść o ataku atomowym na Japonię. Hahn wspomniał o samobójstwie. „Chciałem, żeby nie było to prawdą – zapisał w dzienniku. – Cieszę się, że nie mieliśmy sposobności ani środków, żeby skonstruować bombę (…) Nie zazdroszczę Amerykanom sławy”.

Część jego kolegów żałowała jednak, że to nie Niemcy pierwsi zbudowali bombę atomową. Walther Gerlach bał się, że w ojczyźnie będzie traktowany jak zdrajca, bo nie dość się starał. Werner Heisenberg wyraził żal, że badania nad bronią atomową nie miały w Rzeszy takiego finansowania jak prace nad rakietami, choć sam w 1942 r. skutecznie zniechęcił polityków do bomby. Carl Friedrich von Weizsäcker kreował w swych wypowiedziach alternatywną wersję historii, mówiąc o wyższości moralnej Niemców nad Amerykanami i twierdząc, że jego rodacy nigdy nie próbowali zbudować bomby atomowej.

„STAŁEM SIĘ ŚMIERCIĄ, BURZYCIELEM ŚWIATÓW”

Pierwsza próba jądrowa przeprowadzona na pustyni Alamogordo w Nowym Meksyku 16 lipca 1945 r. zrobiła na obserwujących ją naukowcach ogromne wrażenie. „Wiedzieliśmy, że świat już nie będzie taki sam” – wspominał Robert Oppenheimer, dodając, że kilku ludzi się śmiało, kilku płakało, a on przypomniał sobie wers z indyjskiego eposu „Bhagawadgita”: „Teraz stałem się śmiercią, burzycielem światów”. Tego samego dnia z portu w San Francisco wypłynął statek wiozący do bazy lotniczej na wyspie Tinian bombę, którą 6 sierpnia Amerykanie zrzucili na Hiroszimę.

Leó Szilárda już wcześniej dopadły wątpliwości, czy prace nad bombą powinny być kontynuowane. Nie podobał mu się pomysł użycia bomby w Japonii, bał się, że sprowokuje to nuklearny wyścig zbrojeń ze Związkiem Radzieckim. Jego wysiłki, by wpłynąć na władzę, tym razem spełzły ma niczym. Prezydent Roosevelt zmarł, nim Szilárd zdołał przekazać mu swe obawy, a do Harry’ego Trumana nie zdołał dotrzeć. W lipcu 1945 r. Szilárd napisał petycję z protestem przeciwko zrzuceniu bomby w Japonii bez ostrzeżenia. Edward Teller – później współtwórca bomby wodorowej – tak tłumaczył Szilárdowi brak swego podpisu: „Nie mam nadziei na oczyszczenie swego sumienia. Rzeczy, nad którymi pracujemy, są tak przerażające, że żadne protesty ani bawienie się w politykę nie uratują naszych dusz”. Petycja nigdy nie dotarła do Trumana.

W inspirowanej przez wojsko ankiecie na temat zrzucenia bomby atomowej w Japonii spośród pięciu wariantów odpowiedzi najwięcej uczonych wybrało: „demonstrację militarną w Japonii, by dać jej szansę na kapitulację bez dodatkowych ofiar, przed użyciem bomby w pełnej skali”. Choć wyniki były bliskie treści petycji Szilárda, wojsko wolało zinterpretować je jako poparcie naukowców dla zrzucenia bomby atomowej w Japonii.

„Skruchę, którą odczuwam, biorąc udział w zabijaniu i okaleczeniu tego ranka tysięcy cywilów japońskich, łagodzi nadzieja, że ta straszliwa broń, którą stworzyliśmy, może zjednoczyć wszystkie państwa na świecie i zabezpieczyć przed wojnami w przyszłości” – napisał w liście do syna fizyk Luis Alvarez15, który poleciał nad Hiroszimę w jednym z samolotów towarzyszących bombowcowi Enola Gay. Tymczasem w Los Alamos świętowano sukces, atmosfera przypominała karnawał. Feynman9 tak wspominał ten dzień: „Jedyna reakcja, jaką pamiętam (może byłem zaślepiony moją własną reakcją), to ogromna duma i podniecenie. Organizowano przyjęcia, ludzie się upijali i stanowiło to bardzo ciekawy kontrast: to, co działo się w Los Alamos i w tej samej chwili w Hiroszimie. Brałem udział w tym świętowaniu, pijąc i grając na bębnach, w tym podnieceniu ogarniającym całe Los Alamos wtedy, kiedy ludzie umierali i cierpieli w Hiroszimie”. Naukowcom udało się zrealizować plan, bomba wybuchła, więc wojna musiała się wkrótce zakończyć, o czym wszyscy marzyli. Nella Fermi, córka Enrica, wspomina, że z pierwszymi słowami krytyki spotkała się dopiero, czytając list od siostry ojca z Włoch. Ciotka pisała, że ma nadzieję, że to nieprawda, co podają włoskie media, że Enrico brał udział w budowie bomby. Dla Nelli był to szok – w USA byli bohaterami.

CI FIZYCY PRZYCZYNILI SIĘ DO POWSTANIA BOMBY ATOMOWEJ

  1. ALBERT EINSTEIN fizyk niemiecki, w 1933 roku wyemigrował do USA; twórca teorii względności, otrzymał Nagrodę Nobla w 1921 roku za wyjaśnienie zjawiska fotoelektrycznego
  2. KENNETH BAINBRIDGE fizyk amerykański, w Projekcie Manhattan kierownik pierwszego naziemnego testu broni atomowej (Trinity)
  3. ROBERT OPPENHEIMER fizyk amerykański, dyrektor naukowy Projektu Manhattan, „ojciec bomby atomowej”; po wojnie propagator międzynarodowej kontroli wykorzystania energii jądrowej
  4. OTTO HAHN fizykochemik niemiecki, w 1944 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za odkrycie zjawiska rozszczepienia jądra atomowego
  5. ENRICO FERMI fizyk włoskiego pochodzenia, w 1938 roku wyemigrował do USA, laureat Nagrody Nobla za rok 1938 za odkrycie reakcji jądrowych wywołanych przez wolne neutrony i wykazanie istnienia nowych pierwiastków chemicznych wytwarzanych w tych reakcjach; uczestnik Projektu Manhattan
  6. LEÓ SZILÁRD fizyk węgierski, w 1938 roku wyemigrował do USA; współtwórca pierwszego reaktora jądrowego; pomysłodawca amerykańskiej bomby atomowej,  uczestnik Projektu Manhattan
  7. WERNER HEISENBERG fizyk niemiecki, za wkład w stworzenie mechaniki kwantowej uhonorowany Nagrodą Nobla w 1932 roku; podczas wojny uczestniczył w pracach nad niemiecką bombą atomową
  8. MAX VON LAUE fizyk niemiecki, w 1914 roku otrzymał Nagrodę Nobla za odkrycie zjawiska dyfrakcji promieniowania rentgenowskiego na kryształach; otwarcie krytykował nazizm
  9. RICHARD FEYNMAN fizyk amerykański, współtwórca relatywistycznej elektrodynamiki kwantowej, za co otrzymał Nagrodę Nobla w 1965 roku; uczestnik Projektu Manhattan
  10. LINUS PAULING amerykański chemik i fizyk, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii (1954) za badania wiązań chemicznych i ich wykorzystanie do wyjaśnienia struktury substancji złożonych, oraz Pokojowej Nagrody Nobla (1962)za działalność na rzecz ustanowienia zakazu prób jądrowych
  11. ISIDOR RABI fizyk amerykański, w 1944 roku otrzymał Nagrodę Nobla za zastosowanie metod rezonansowych do pomiaru właściwości magnetycznych jąder atomowych; konsultant Projektu Manhattan
  12. WALTHER GERLACH fizyk niemiecki, zajmował się m.in. badaniami w dziedzinie teorii kwantów i budowy atomu; podejrzewany przez aliantów o prace nad bombą atomową
  13. CARL FRIEDRICH VON WEIZSÄCKER fizyk niemiecki, w czasie wojny uczestniczył w pracach nad bombą atomową; jego młodszym bratem był Richard, późniejszy niemiecki prezydent
  14. EDWARD TELLER fizyk węgierski, w 1935 roku wyemigrował do USA, uczestnik Projektu Manhattan, „ojciec bomby wodorowej”
  15. LUIS ALVAREZ fizyk amerykański, laureat Nagrody Nobla w 1968 roku za osiągnięcia w dziedzinie badań cząstek elementarnych, w szczególności za uruchomienie dużej wodorowej komory pęcherzykowej; uczestnik Projektu Manhattan
  16. ANDRIEJ SACHAROW fizyk rosyjski, współtwórca radzieckiej bomby wodorowej, laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 1975 roku za działalność na rzecz praw
  17. NIELS BOHR fizyk duński, laureat Nagrody Nobla (1922) za badania nad strukturą atomu. W 1943 r. uciekł z Danii, by uniknąć zatrzymania przez Niemców.

„NIE CHCĘ WIĘCEJ WIDZIEĆ TEGO BEKSY”

Gdy Oppenheimer powiedział Trumanowi, że czuje krew na swych rękach, okropnie zirytował tym prezydenta. To Trumana – człowieka, który bombę wykorzystał, powinny nękać ewentualne moralne rozterki. Oppenheimer tylko bombę stworzył. Prezydent nazwał go beksą i powiedział, że nie chce go więcej widzieć w Białym Domu. Feynman9 miał czarne myśli. „Widziałem ludzi budujących most – wspominał w 1981 r. – i powiedziałem: »Nie zdają sobie sprawy«. Naprawdę wierzyłem, że nie miało sensu budowanie czegokolwiek, bo wkrótce to i tak miało zostać zniszczone. Ale oni tego nie rozumieli, a ja patrzyłem w ten dziwny sposób na każdą budowę, jaką widziałem. Za każdym razem myślałem, jacy oni są głupi, że starają się coś zbudować. Wpadłem w prawdziwą depresję”.

Naukowcy wypełnili misję i rozjechali się. Wielu kontynuowało pracę nad energią jądrową, ale nad jej pokojowym wykorzystaniem; wielu nie dało się nigdy więcej namówić na pracę nad militarnym zastosowaniem nauki.

„MAM NADZIEJĘ, ŻE CI SIĘ NIE UDA”

Do zrobienia była jeszcze super-bomba: termojądrowa. Według Szilárda prace nad nią opóźniły się o jakieś pięć lat, bo – jak mówił – „Hiroszima, która nastąpiła zaledwie trzy tygodnie po teście w Alamogordo, napełniła wielu uczonych odrazą moralną do prac nad bronią”. Sam Teller zszokowany, że w 1949 r. ZSRR skonstruował już bombę atomową, uznał, że USA muszą natychmiast wziąć się do pracy nad bombą wodorową. Fermi5 powiedział mu: „Rób, jeśli musisz. Mam nadzieję, że ci się nie uda”. Lecz mimo przekonania, że superbomba nie powinna powstać, pomagał jej twórcom jako konsultant.

Tymczasem w 1950 r. do zespołu konstruującego radziecką bombę wodorową dołączył Andriej Sacharow16. Nikt go nie pytał, czy chce – zdecydowały tak władze. Przyszły laureat Pokojowej Nagrody Nobla za walkę o prawa człowieka zaczął pracę z przekonaniem, że bomba wodorowa jest konieczną przeciwwagą dla broni USA, gwarancją pokoju. Momentem przełomowym stała się druga radziecka próba termojądrowa w 1955 r., podczas której zginął żołnierz zasypany w transzei i dziewczynka w zawalonym przez falę uderzeniową schronie. Sacharow wspominał też o cierpieniach poparzonych zwierząt doświadczalnych umieszczonych w pobliżu miejsca eksplozji. „Nie obciążałem siebie winą, ale też nie mogłem całkowicie uwolnić się od odpowiedzialności za to” – wspominał. Z biegiem czasu rozpoczął starania o zaprzestanie testów w atmosferze i przez kolejne lata, choć nadal pracował nad doskonaleniem broni jądrowej, robił wszystko, by zminimalizować skutki jej użycia, nie bojąc się nawet osobistego konfliktu z Chruszczowem.

„W GÓRĘ DO PRZEŁĘCZY”

Także uczeni w innych krajach za obowiązek uznali ostrzeganie przed skutkami użycia bomb atomowych i dążenie do kontroli zbrojeń. Oppenheimer, zapytany jakie ograniczenia ma bomba atomowa, odparł, że jedno: nikt nie chce, żeby na niego spadła. W tym żarcie zawarł istotę równowagi strachu, która sprawiła, że choć arsenały państw dysponujących bronią nuklearną były wypełnione, kolejna wojna światowa nie wybuchła. Wprawdzie – twierdził Oppenheimer – i bez bomby atomowej wojna była czymś strasznym i niechcianym, ale to bomba atomowa sprawiła, że perspektywa przyszłej wojny stała się nie do zniesienia. „Dzięki niej zrobiliśmy kilka ostatnich kroków w górę do przełęczy, a za nią rozciąga się już zupełnie inny kraj” – mówił poetycko, do czego miał talent. Rzadko wychodził poza okrągłe słowa, nie był aktywistą jak np. chemik Linus Pauling.

W 1962 r. obaj zostali zaproszeni przez prezydenta Johna F. Kennedy’ego na przyjęcie dla amerykańskich laureatów Nagrody Nobla. Oppenheimer był gościem specjalnym, Pauling otrzymał wcześniej nagrodę w dziedzinie chemii (a wkrótce miał zostać też laureatem nagrody pokojowej). Oppenheimer po prostu przybył na obiad, Pauling zaś pojawił się przed Białym Domem już dzień wcześniej i dołączył do pikiety przeciw wznowieniu prób z bronią jądrową w atmosferze. Wcześniej w telegramie odważnie pytał prezydenta, czy zamierza przejść do historii jako najbardziej niemoralny człowiek wszech czasów i jeden z największych wrogów ludzkości. Podczas uroczystego obiadu Kennedy uścisnął Paulingowi dłoń i wyraził nadzieję, że naukowiec nie przestanie otwarcie wyrażać tego, co czuje. 

Jako osobę, która zainspirowała go do walki o pokój na świecie, Pauling wymieniał Alberta Einsteina. Aktywistą został po tym, jak Einstein zaprosił go do Emergency Committee of Atomic Scientists, który założył z Szilárdem w 1946 r., by promować pokojowe wykorzystanie energii atomowej i ostrzegać przed niebezpieczeństwami związanymi z bronią nuklearną. Była to jedna z pierwszych organizacji powołanych w tym celu przez uczonych. Angażowali się chętnie – pod petycją o zaprzestanie testów broni jądrowej w atmosferze, przekazaną w 1958 r. przez Paulinga sekretarzowi generalnemu ONZ, widniało aż 11 021 podpisów naukowców z 50 państw. Protestowali też uczeni niemieccy. W 1957 r. 18 wybitnych badaczy (m.in. Gerlach, Hahn, Heisenberg, von Laue) wystosowało do kanclerza Adenauera tzw. Manifest z Göttingen, sprzeciwiając się uzbrojeniu armii RFN w broń jądrową.

Mark Wolverton, biograf Oppenheimera, zastanawiał się, dlaczego to ten badacz został symbolem targanego poczuciem winy naukowca, choć do końca życia uważał zrzucenie bomb na Hiroszimę i Nagasaki za krok słuszny. Według biografa źródłem tego stereotypu jest nasza potrzeba wiary w moralność nauki i naukowców. Większość ludzi nie rozumie nauki (i nie ma się czego wstydzić, bo stała się tak wyspecjalizowana, że nawet uczeni nie rozumieją do końca, co robią ich koledzy), a tymczasem jej możliwości i moc wpływania na losy świata i ludzi są coraz większe. Nie mamy wyjścia i musimy ufać, że fizykami, genetykami, nanotechnologami kierują dobre intencje. Musimy wierzyć, że także oni mają ludzkie uczucia, stąd łatwo popadamy w pułapkę stereotypów.