Brytyjska szkoła piłkarska przez wiele lat opierała się na prostym „kick and run” („kopnij i biegnij”). Dlatego trudno uwierzyć, że to właśnie Wyspiarze zaszczepili zamiłowanie do futbolu znanym z finezyjnej gry Latynosom. Jednak na przełomie XIX i XX w. piłka nożna była towarem eksportowym Brytyjczyków. Dotarła do najdalszych zakątków świata, także nad Amazonkę.

Na przełomie XIX i XX w. do Brazylii przyjechało wielu Brytyjczyków. Budowali tam koleje, inwestowali w plantacje, osiedlali się i zakładali rodziny. Według wielu historyków futbolu pierwsza piłka trafiła do Brazylii właśnie za sprawą młodego Brytyjczyka Charlesa Millera, syna Szkota i Brazylijki angielskiego pochodzenia. W 1894 roku, wracając ze studiów w Southampton, młody Charles zabrał ze sobą na statek dwie niechlujnie uszyte futbolówki (znacznie różniące się od Brazuki - naszpikowanej technologią oficjalnej piłki tegorocznego mundialu w Brazylii - więcej o Brazuce na stronie 102). Wkrótce rozegrano pierwszy w historii mecz na brazylijskiej ziemi, w którym wzięli udział Anglicy zatrudnieni w kompaniach gazowych i kolejowych. Gra wciągnęła lokalnych mieszkańców, więc Miller zaangażował się w promocję dyscypliny w mieście. Do futbolu udało mu się przekonać nawet zawodników dużego klubu krykietowego Sao Paulo AC. Okolicę ogarnął futbolowy szał.

Tylko dla elit

Na początku XX w. piłka nożna była grą towarzyską. Podobnie jak krykiet traktowano ją jako zajęcie dla dobrze urodzonych, zamożnych obywateli. Początkowo piłkę kopali niemal wyłącznie wykwalifikowani imigranci pracujący dla miejscowych firm. Stopniowo dołączający do nich na boiskach Brazylijczycy także byli przedstawicielami wyższych warstw społecznych. Pierwszy klub dla miejscowych graczy powstał przy elitarnym college’u Mackenzie. Nazwa szkoły jednoznacznie wskazuje, że jej absolwentami raczej nie byli mieszkańcy faweli.

Ekskluzywny charakter piłki nożnej prowadził do swoistego futbolowego rasizmu. Aż do 1922 roku żadna drużyna mająca w składzie ciemnoskórego zawodnika nie odniosła choćby jednego zwycięstwa w rozgrywkach ligowych.

Mimo takich ograniczeń zainteresowanie piłką nożną wśród Brazylijczyków rosło błyskawicznie. Wciąż działo się tak za sprawą Brytyjczyków - mecze z udziałem angielskich klubów przybywających na wielotygodniowe tournée wzbudzały sensację i ściągały na trybuny tysiące widzów. Były też tematem gorączkowych relacji w lokalnych gazetach.

W 1910 roku do Brazylii zawitał amatorski angielski klub Corinthians. Goście dali prawdziwą szkołę sześciu kolejnym rywalom. Zrobili przy tym tak wielkie wrażenie, że na ich cześć nazwano wkrótce nowy miejscowy klub (który zresztą już kilka lat później wywołał spore zamieszanie na brazylijskiej scenie piłkarskiej).

Oryginalni Koryntianie wrócili do Brazylii w 1913 roku. Przegrali wprawdzie jeden mecz, a drugi zremisowali, w pozostałych jednak bezwzględnie pokonali lokalne kluby. Aż dziw bierze, że pasmo porażek nie zniechęciło Brazylijczyków do dalszej gry.

 

Rasowy futbol

Pierwsze istotne zwycięstwo Brazylijczycy odnieśli 21 lipca 1914 roku. Wprawdzie Rio de Janeiro gościło wówczas Exeter City, klub zaledwie trzecioligowy, ale jego przyjazd zmobilizował miejscowych do sklecenia swojej pierwszej reprezentacji narodowej. Brazylia pokonała Exeter i odniosła historyczne zwycięstwo. Sukces, choć błahy, został przyjęty z euforią. To był przełom i symboliczne wyzwolenie się spod brytyjskiej dominacji. Jak twierdzi angielski historyk sportu Tony Mason, od 1914 roku zaczęła się też „kreolizacja” brazylijskiej piłki nożnej.

Przekonanie, że piłka nożna to sport wyłącznie dla białych dżentelmenów, obejmowało nie tylko zawodników, ale i widzów - na trybunach wciąż przeważali dystyngowani panowie w garniturach w towarzystwie równie eleganckich dam. Kiedy w 1913 roku na boiskach pojawili się lokalni robotnicy z klubu Corinthians Sao Paulo, ligę natychmiast - w ramach protestu - opuściły drużyny arystokratyczne. To niewątpliwie ułatwiło debiutantom zdobycie pierwszego mistrzostwa.

Podobna sytuacja powtórzyła się dekadę później. W 1923 roku wielkie emocje wywołał debiut w lidze stanowej Rio de Janeiro klubu Vasco da Gama. W jego szeregach znaleźli się czterej piłkarze czarnoskórzy i czterej Mulaci. Skład uzupełniali biali analfabeci. Tego już było za wiele - w ramach protestu pięć czołowych klubów wycofało się z rozgrywek. „Nieczyste” Vasco da Gama zostało mistrzem.

A tymczasem w Polsce:

  • W roku 1914 odbył się pierwszy oficjalny mecz pomiędzy reprezentacjami Brazylii i Argentyny. A co w tym czasie działo się w polskim futbolu?
  • Wybuch I wojny światowej przerwał Mistrzostwa Galicji, Mistrzostwa Wielkopolski i Mistrzostwa Łodzi.
  • Tournée po polskich ziemiach odbyła Sparta Praga, wówczas prawdziwa europejska potęga. Praski klub pokonał reprezentację Warszawy 11:1, Cracovię 15:0, a reprezentację Łodzi 14:0 i 16:0.
  • Wisła Kraków doczekała się pierwszego stadionu na krakowskich Oleandrach.

Równość na stadionach

Na przełomie lat 20. i 30. dawna elita zaczęła się stopniowo godzić z obecnością na boisku ciemnoskórych i gorzej wykształconych piłkarzy. Co prawda utrzymano niektóre dyskryminacyjne przepisy, które utrudniały udział w rozgrywkach najbiedniejszym, jednak coraz bardziej oczywiste stawało się, że w fawelach rosną niezwykle utalentowani piłkarze, którzy podnoszą poziom gry.

Zmiany w podejściu do kwestii rasowych obrazuje historia dwóch największych gwiazd przedwojennego brazylijskiego futbolu. Arthur Friedenreich dziewięć razy zostawał królem strzelców ligi stanowej Sao Paulo, dwukrotnie z reprezentacją kraju zdobywał mistrzostwo Ameryki Południowej (w 1919 roku został najlepszym strzelcem imprezy). Według niektórych źródeł Friedenreich podczas całej kariery strzelił więcej bramek niż wielki Pelé. Kiedy jednak chciał zagrać w meczu przeciwko kojarzonemu ze społeczną elitą klubowi Fluminense, musiał rozjaśniać twarz pudrem. Inaczej nie dało się zakamuflować odcienia skóry, którą znany jako „El Tigre” piłkarz odziedziczył po brazylijskiej matce (ojciec był niemieckim imigrantem).

Kilkanaście lat później głównym herosem rodzimego futbolu stał się Leonidas. „Czarny Diament” nie mógł, ale i nie musiał się maskować. Boiskowe wyczyny, w tym doprowadzenie do zdobycia przez reprezentację pierwszego medalu mistrzostw świata, wystarczyły, aby stał się narodowym bohaterem. Sprawdziło się przytaczane przez Marcina Kulę w „Historii Brazylii” powiedzenie, że „pieniądz wybiela” W latach 30. wybielał już także futbol.

 

Pieniądze i duma narodowa

Mecze ligowe i reprezentacyjne wzbudzały coraz większe zainteresowanie i przynosiły duże zyski. Polski podróżnik Janusz Makarczuk we wspomnieniach z 1929 roku odnotował, że wydatki „brazyljan” sprowadzały się głównie do biletów na widowiska sportowe.

W latach 20. pojawiało się coraz więcej głosów domagających się wprowadzenia zawodowstwa. O ile bowiem w początkach XX w. dyscyplinę uprawiali bogaci panowie, mogący sobie pozwolić na długie i dalekie podróże, o tyle późniejsze, jak to ujął Tony Mason, „zejście w dół społecznej drabiny” oznaczało wbiegnięcie na boiska osób biedniejszych, które oczekiwały zapłaty za swoje popisy.

Opór był silny, piłkarscy działacze długo głosili hasła o „szlachetnej walce nieskażonej groszoróbstwem” W efekcie w drugiej połowie lat 20. zaczął się exodus utalentowanych graczy do Europy oraz do sąsiednich Argentyny i Urugwaju.

Dopiero wtedy pogodzono się z nieubłaganymi realiami.

W tym czasie Brazylia z zazdrością przyglądała się zaciekłej rywalizacji kadr narodowych Argentyny i Urugwaju. Reprezentacje tych państw przez pierwsze czternaście lat XX wieku zagrały przeciw sobie aż 41 razy! Brazylia tymczasem, z powodu ogromnej powierzchni kraju, animozji między najważniejszymi metropoliami i wspominanych problemów z dyskryminacją, nie potrafiła stworzyć silnej reprezentacji, z którą mogliby się utożsamiać wszyscy mieszkańcy Kraju Kawy. Przez wiele lat dochodziło zatem wyłącznie do pojedynków z udziałem dość przypadkowo dobieranych drużyn, które nigdy nie zostały uznane za oficjalne.

Dopiero na fali euforii wywołanej zwycięstwem nad angielskim klubem Exeter Brazylijczycy wysłali swoją reprezentację do Buenos Aires. 20 września 1914 roku doszło do pierwszej konfrontacji - Argentyna wygrała 3:0. Jednak już tydzień później Brazylii udało się zrewanżować - żółto-zieloni odnieśli skromne, ale ważne zwycięstwo 1:0.

W kolejnych latach triumfy nie przychodziły jeszcze łatwo. Przez pierwsze dekady rywalizacji Brazylia miała bardzo niekorzystny bilans meczów z Argentyną i Urugwajem. Ustępowała tym krajom także podczas mistrzostw Ameryki Południowej (przed II wojną światową wygrała tylko dwa turnieje, oba rozgrywane na własnych stadionach; w tym okresie Argentyna zwyciężała w Copa America pięć razy, a Urugwaj - aż siedem razy).

Także w rywalizacji z drużynami z innych kontynentów lepiej radzili sobie zawodnicy z Montevideo i Buenos Aires. To Urugwaj niespodziewanie wygrał turnieje olimpijskie w latach 1924 i 1928, zyskując wielkie uznanie. Reprezentacja Urugwaju „demonstruje nowy styl gry w piłkę nożną, oparty na kuglarskim wprost opanowaniu techniki” - pisali w roku 1946 bracia Tadeusz i Jerzy Grabowscy w książce „Piłka nożna”. Brazylia sama odebrała sobie możliwość takiego określania, skoro w latach przedwojennych ani razu nie zagrała w igrzyskach olimpijskich.

 

Droga na tron

Kiedy w 1930 r. zorganizowano pierwsze piłkarskie mistrzostwa świata, znowu to Urugwaj i Argentyna wykorzystały swoją szansę - rozegrały między sobą finał turnieju. Brazylia zarówno wówczas, jak i cztery lata później we Włoszech (za ocean udali się wyłącznie gracze z Rio) przegrywała i nic nie wskazywało, że może wkrótce zdominować światowy futbol.

Wszystko zaczęło się zmieniać dopiero w 1938 roku, gdy żółto-zieloni zajęli trzecie miejsce na mistrzostwach świata. Pierwszą przeszkodę w drodze na podium stanowili Polacy. Mecz w Strasburgu (pierwsza runda mistrzostw) był niezwykle emocjonujący, dramaturgię zwiększyła ulewa, która w drugiej połowie pozwoliła naszej reprezentacji odmienić niekorzystny wynik. Ostatecznie Ernest Wilimowski pokonał w strzeleckim pojedynku słynnego Leonidasa 4:3, ale cały mecz po dogrywce wygrali Brazylijczycy 6:5. „Przegląd Sportowy”, mimo zaskakująco krytycznej oceny poszczególnych graczy, docenił postawę polskiej drużyny, która „stawiła czoło wirtuozom piłki z Brazylii”. Zwracano uwagę na kunszt przeciwników, przede wszystkim Leonidasa - przedstawiono go jako „bezkonkurencyjny fenomen”, którego „każde dojście do piłki sprawiało nam drżączkę”

Ostatecznie Brazylia zajęła trzecie miejsce, choć niewykluczone, że osiągnęłaby we Francji więcej, gdyby nie nadmierna pewność siebie. Tym bowiem tłumaczono pozostawienie podczas półfinału największych gwiazd, m.in. Leonidasa (króla strzelców turnieju), na trybunach - po to, by oszczędzali siły na finał. Taka strategia nie przyniosła oczekiwanego zwycięstwa, a mistrzostwa zakończyły się niedosytem. Brazylijczycy pokazali jednak wreszcie potencjał swoich piłkarzy, a świat otrzymał pierwszy sygnał, że oto pojawiła się nowa futbolowa potęga. Zdobycie mistrzostwa było tylko kwestią czasu - jak się później okazało dwóch dekad.

Magia Brazylii

Trudno jednoznacznie określić powody, dla których to właśnie Brazylijczycy tak bardzo nas oczarowali. Być może odpowiedź znalazł Joao Saldanha. Ten trener przygotowujący canarinhos do mundialu w 1970 roku stwierdził, że na potęgę brazylijskiej piłki wpłynęły cztery czynniki: klimat, bieda motywująca do rywalizacji, zróżnicowanie etniczne kraju, mające tworzyć swego rodzaju magiczną mieszankę, oraz fakt, że futbol jest w jego ojczyźnie prawdziwą namiętnością.

Dziś można się jednak zastanawiać, jak potoczyłaby się historia światowego futbolu, gdyby Brytyjczycy okazali się bardziej przewidujący i na statki płynące przez Atlantyk nie zabierali piłek. Można też pofantazjować, że wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby Ernest Wilimowski nie poprzestał na czterech bramkach i polska reprezentacja pokonała Brazylię w roku 1938.

Jeśli jednak ktoś uważa, że to wyłącznie przypadek mógł decydować o losach całej dyscypliny, ten nie rozumie rzeczy podstawowej. Tej mianowicie, że futbol został stworzony dla Brazylijczyków. Inaczej być nie mogło. Jeśli pochodząca z Sao Paulo pisarka i eseistka Betty Milan twierdzi, że Brazylijczycy nie istnieją bez futbolu, my możemy tylko zapytać: czy futbol mógłby istnieć bez Brazylijczyków?