Brexit był w tym roku na Wyspach najczęstszym tematem żartów primaaprilisowych. „Daily Express” doniósł pierwszego kwietnia, że w Brukseli przygotowano nowy projekt brytyjskiej flagi. Od tej pory w jej centralnym punkcie miał się znaleźć pierścień unijnych gwiazdek. Z kolei „The Telegraph” straszył, że opuszczenie Wspólnoty może oznaczać wykluczenie brytyjskich drużyn z piłkarskich Mistrzostw Europy. O ile jednak żarty prasowe znane są i w innych krajach, to zaskakujący był gest jednego z polityków. Nigel Farage, przewodniczący eurosceptycznej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa i główny orędownik Brexitu, zademonstrował na Twitterze woltę. Poinformował, że odtąd będzie wspierał pozostanie w Unii Europejskiej! I to są prawdziwe jaja po angielsku. My tu się martwimy, snujemy pesymistyczne scenariusze, liczymy potencjalne straty i zagrożenia, a oni się śmieją.

Aż do połowy XX wieku stereotypowego Anglika postrzegano na świecie jako dystyngowanego dżentelmena o nienagannych manierach, bardzo eleganckiego i wyznającego konserwatywne poglądy. Taki obraz Brytyjczyków już od kilku dekad ma jednak niewiele wspólnego z prawdą. Od roku 1929 rząd Jej Królewskiej Mości przez sześć lat współtworzyła lewicowa Partia Pracy, a statystyczny mężczyzna, którego spotkamy na ulicach Londynu, prędzej będzie miał na sobie koszulkę klubu futbolowego niż smoking.

Na taki grunt natrafili komicy z grupy Monty Pythona, kiedy w latach 60. ubiegłego wieku zaczęli przygotowywać swoje rewolucyjne skecze. Ich humor – w znacznej mierze oparty na absurdzie i nonsensie – stał się w drugiej połowie XX wieku niejako synonimem brytyjskości. Komicy z Latającego Cyrku nauczyli mieszkańców Zjednoczonego Królestwa śmiać się ze wszystkich i ze wszystkiego. Wcześniej czy później musiało też dojść do żartów z monarchii. Brytyjska rodzina królewska z całą swoją archaicznością i dostojnością nieprzystającymi do współczesnego świata aż się prosiła o porządny skecz.

Dziś w Londynie czy Liverpoolu żartuje się już i  z religii, historii, z wielkich postaci, szarych ludzi i całych narodów. Przede wszystkim jednak z hipokryzji, kołtuństwa i ludzkiej głupoty. I doprawdy, obrażać się za żarty tu nie wypada. Przecież istotną cechą tego surrealistycznego humoru jest dystans do samego siebie. Kto się pogniewa, wyjdzie na małostkowego bufona.

Czasem żartami z Wysp rykoszetem obrywają też inne nacje. Francuzi nie byli zachwyceni sposobem, w jaki zostali sportretowani przez Anglików w serialu BBC „Allo Allo”, a Meksykanie prawie obrazili się się za żarty wygłaszane w... programie motoryzacyjnym. Panowie z „Top Gear” nigdy nie ograniczali się do oceny mocy silników i palenia gumy na wyścigowych torach. Któregoś razu zajęli się potomkami Azteków. Określili ich jako „ludzi grubych, leniwych, niedołężnych i nadętych, wciąż gapiących się na kaktusy”. Ostatecznie przedstawiciele BBC musieli przeprosić za te słowa, bo protest złożył sam meksykański ambasador.

Serial komediowy „Obywatel Khan”, który kilka lat temu przyciągał przed ekrany miliony telewidzów, opowiadał o losach pewnej pakistańskiej rodziny z Birmingham. Film wzbudził kontrowersje, bo według wielu obserwatorów wyśmiewał islam i jego wyznawców. Jednak –  jak to w Anglii – uznano, że żartować wolno ze wszystkiego. „Obywatel Khan” bił rekordy popularności, a tytułowy aktor do dziś jeździ z występami stand-up od jednego miasta do drugiego.

Prawdziwie brytyjskim poczuciem humoru wykazali się jednak Londyńczycy, zagrywając na nosie niesamowicie poważnym i smutnym lokalnym nacjonalistom. Wybory na mera brytyjskiej stolicy, które odbyły się w maju, wygrał pochodzący z Pakistanu Sadiq Khan, stając się pierwszym muzułmańskim włodarzem europejskiej stolicy.