Każdy, kto miał problem z natrętnymi ssakami – myszami, kretami czy kunami – słyszał zapewne o elektronicznych odstraszaczach. Emitowane przez nie dźwięki są tak nieprzyjemne dla ucha (często również ludzkiego), że zwierzaki wolą trzymać się na dystans. Nic dziwnego, że konstruktorzy postanowili zastosować podobny wynalazek do poskramiania ludzi. Firma Sierra Nevada Corporation zainteresowała amerykański Departament Obrony urządzeniem o nazwie Medusa. To najnowszy – dosłownie – krzyk mody w dziedzinie tzw. broni niezabójczych (non-lethal weapons), które mają nie wyrządzać człowiekowi krzywdy, a jedynie go odstraszać.

Po co? A choćby po to, żeby odłożył petardę i skończył demonstrację. Albo żeby nie wchodził, gdzie nie proszą. Stare XX-wieczne metody „humanitarnego” rozpędzania tłumu sprowadzały się do polewania wodą i rozpylania gazu łzawiącego. Jak pokazuje nasze narodowe doświadczenie, była to broń niezbyt skuteczna, a w przypadku gazu łzawiącego również obosieczna – pacyfikujące demonstrację służby albo używały niewygodnych masek przeciwgazowych, albo były tak samo podatne na gaz jak demonstranci.

Departament Obrony USA, który coraz częściej ma do czynienia z rozwścieczonym tłumem, od dawna szuka czegoś na miarę XXI wieku. Generalnie pomysły są dwa. Pierwszy sprowadza się do zastosowania subtelnej formy przemocy fizycznej – rozgrzania skóry mikrofalami, sklejenia ubrania lepką mazią, rozlania oleju, na którym nikt nie będzie w stanie się utrzymać. Problem w tym, że z subtelnością bywa różnie: może zdarzyć się, że akurat ktoś z tłumu zostanie ciężko poparzony albo złamie sobie nogę przy upadku...

Stąd drugi kierunek badań, koncentrujący się na na psychice. Na przykład atak smrodem. Można sobie wyobrazić zapach tak obrzydliwy, że ludzie będą pod jego wpływem wpadać w panikę lub wymiotować – te części mózgu, które odpowiadają za powonienie, są ewolucyjnie bardzo „stare” i łączą się z ośrodkami odpowiedzialnymi za emocje. Departament Obrony przygotował nawet listę zapachów odrażających bez względu na uwarunkowania kulturowe (by broń działała na całym świecie). Znalazły się na niej palone włosy i skóra, gnijące ryby, wymiociny... Od samego czytania robi się niedobrze.

Ale przecież zawsze można zatkać nos. Równie łatwo można obronić się przed innym środkiem psychologicznym – głośnym, nieprzyjemnym dźwiękiem. No chyba, że tak naprawdę go nie słychać, bo rozbrzmiewa on tylko w twojej głowie! Tak właśnie ma działać Medusa, która opiera się na zjawisku znanym od dawna: tzw. słuchowym efekcie mikrofalowym. Po raz pierwszy zaobserwowali go podczas II wojny światowej pracownicy stacji radarowych, którym ciągle coś „klikało w głowach”. Okazało się, że impulsy mikrofalowe mogą wzbudzać drgania tkanek wokół ucha wewnętrznego, co daje efekty podobne do przewodnictwa kostnego (dzięki któremu zawsze słyszymy chrupanie przy gryzieniu orzecha, nawet gdy mamy zatkane uszy). Wystarczyło dopasować częstotliwość promieniowania, by zamiast „klikania” – w głowie człowieka pojawiły się dźwięki znacznie bardziej nieprzyjemne.

Inżynierowie z Sierra Nevada Corporation (SNC) wynaleźli antenę pozwalającą bardzo precyzyjnie kierować wiązką „akustycznych” mikrofal. Gdy trzeba, obejmują one szeroki obszar, kiedy indziej pozwalają nękać tylko jedną osobę. Zatykanie uszu czy chowanie się za plecami innych nic nie pomoże. Jedynym sposobem uniknięcia nieprzyjemnego dźwięku jest ucieczka. Czy faktycznie MEDUSA będzie skuteczna? Przekonamy się wkrótce, bo firma deklaruje, że będzie miała działający prototyp za półtora roku. Niewykluczone zresztą, że słuchowy efekt mikrofalowy znajdzie także inne zastosowania. Odpowiednio modulując fale, można transmitować do czyjejś głowy również dźwięki artykułowane. To otwiera pole do popisu konstruktorom mikrofalowych aparatów słuchowych, słuchawek hi-fi, krótkofalówek czy telefonów komórkowych, a nawet – niestety – urządzeń szepczących nam do ucha wewnętrznego kuszące reklamy.

Metoda na pozór elegancka kryje jedną wielką niewiadomą. Generowanie cichych dźwięków za pomocą mikrofal nie tylko się udaje, ale także jest nieszkodliwe. Jednak nikt nie wie, co się stanie, gdy do czyjejś głowy wojskowi spróbują przekazać głośny jazgot. Zbyt intensywne mikrofale mogą dosłownie ugotować mózg, a wówczas trudno będzie mówić o „niezabójczej” broni...