Za co kocham naukę? Za te odkrycia, które podpowiadają, jak zmienić swoje życie na lepsze, dokonując jedynie mikrokorekty codziennych nawyków. Za podpowiedzi, co mogę poprawić tu teraz, i co - w ramach wisienki na torcie - nie wymaga zrozumienia np. teorii strun.

Takiego właśnie odkrycia dokonała Pam Mueller z Princeton University. Pani psycholog sięgnęła do własnych doświadczeń z czasów, gdy chodziła na wykłady. Spostrzegła wówczas, że wynosi z nich znacznie więcej, gdy zatrzaskuje klapkę laptopa i robi odręczne notatki. Podobne wrażenie odniósł współpracujący z nią profesor psychologii Daniel Oppenheimer. „Raz podczas spotkania wydziału Daniel robił notatki na komputerze. W pewnej chwili podniósł wzrok i zorientował się, że w ogóle nie ma pojęcia, co notuje” - opowiada Mueller.

(My, dziennikarze naukowi, prof. Oppenheimerowi sporo zawdzięczamy: w 2006 r. ogłosił pracę, w której wykazał, że nadużywanie przez naukowców długich i trudnych słów, żeby dowieść słuszności swojej tezy, jest nieskuteczną strategią. Jego artykuł zatytułowany „Konsekwencje nadużywania uczonego żargonu: problemy ze stosowaniem długich słów bez potrzeby” został słusznie uhonorowany IgNoblem.)

Do przetestowania teorii prymatu długopisu nad klawiaturą zostali wykorzystani studenci. 65 chętnych obejrzało pięć wykładów z konferencji TED, robiąc notatki odręcznie lub na laptopach. 30 minut później, po wykonaniu paru zadań na odwrócenie uwagi, mieli odpowiedzieć na pytania związane z wykładami. Pytania dzieliły się na dwa rodzaje: pamięciowe (np. „kiedy istniała cywilizacja Inków?“) i koncepcyjne („czym Japonia różni się od Szwecji w podejściu do kwestii równości?“).

Co się okazało? Kiedy mamy wykuć coś na blachę, wszystko jedno, jak notujemy. Zapisanie daty bitwy pod Grunwaldem wywołuje w naszym umyśle podobny skutek niezależnie od formy, w jakiej to robimy (zieeew). Podobnie dzieje się, gdy mamy notować na laptopie: bezrefleksyjnie kopiujemy to, co słyszymy.

Jeśli jednak jesteśmy skazani na nauczenie się czegoś ze zrozumieniem, powinniśmy sięgnąć po długopis lub ołówek. Dlaczego? Bo pisząc ręcznie nie przepisujemy w słowo w słowo, tylko notujemy to, co według nas ważne. Dokonujemy skrótów, na nowo formułujemy myśl wykładowcy. Krótko mówiąc: wykonujemy owocną pracę intelektualną, po której więcej zostaje nam w głowach.  

Napisałam powyższe i pomyślałam: hm… A dlaczego niby użytkownicy laptopów - zdaniem badaczy z Princeton - mają przypominać średniowiecznych mnichów kopiujących słowo w słowo starożytne księgi? Dlaczego nie dokonują selekcji tego, co słyszą? Co takiego jest w laptopach, że zamieniają nas w maszynki do przepisywania?

Pytania wysłałam do Pam Mueller. Odpowiedzi nie dostałam. Czy dlatego, że pisałam na komputerze?

Więcej o poprawianiu pamięci