Karolina W. sądziła, że jest zainfekowana tajemniczym grzybem. Ciągle źle się czuła, miała przeróżne bóle – mimo że wykonała dziesiątki badań, które nie wykazały u niej żadnych chorób, a zwłaszcza obecności rzekomego grzyba, uważała, że lekarze się mylą. Wymyśliła sobie, że tajemniczy grzyb mieści się w piwnicy, tuż pod jej mieszkaniem w spółdzielczym bloku. Zaczęła angażować ekipy, które nieustannie czyściły i dezynfekowały piwnicę. Ona biegała po lekarzach. Kazała się badać również swojej córce. Doszło do tego, że zgoliła sierść swojemu psu, a potem uśpiła go w przekonaniu, że jest nosicielem owego rujnującego jej życie grzyba. W końcu kobieta trafiła do szpitala psychiatrycznego.

Prof. Łukasz Święcicki, ordynator Oddziału Chorób Afektywnych Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, który opisał ten przypadek, nie mówi swoim pacjentom, że są hipochondrykami. Leczy ich na „zaburzenia somatyzacyjne”. To taka psychiatryczna poprawność polityczna. „Hipochondryk to określenie przestarzałe. Bardzo źle w naszym społeczeństwie kojarzone” – tłumaczy. I ma rację. W powszechnym odczuciu hipochondryk to wręcz mięczak przewrażliwiony na swoim punkcie. Zwykły histeryk – wystarczy, że kichnie, a już leci do lekarza.

 

Moda na HIV

Tymczasem to „przewrażliwienie” może dosłownie zrujnować życie. „Kiedyś wśród takich osób bardzo częste było przekonanie, że mają kiłę. A ostatnio dużo pacjentów uważa, że ma HIV. Wystarczy, że podjęli jakieś ryzykowne działanie, na przykład zdradzili swoją partnerkę, i natychmiast, wręcz jako coś w rodzaju nieuchronnej kary za ten czyn, pojawia się u nich przeświadczenie, że z pewnością są zakażeni wirusem. Nawet jeśli nie ma ku temu żadnych racjonalnych podstaw” – opowiada prof. Święcicki.

Taki pacjent potrafi robić badanie na obecność wirusa co 2 dni. Negatywny wynik bynajmniej nie jest żadnym dowodem na zdrowie. W mniemaniu hipochondryka – przeciwciała jeszcze nie zdążyły się rozwinąć i zapewne lada dzień wynik kolejnego badania pokaże straszliwą prawdę. Lekarze opowiadają o przypadkach, kiedy takie osoby żądały również od swoich partnerów, aby zrobili badania, w przekonaniu, że ich też już zarazili. Na jednym z forów medycznych kobieta o nicku Olga błaga o radę. Obsesyjnie wierzy, że ma HIV, choć jedynie całowała się z mężczyzną. „Od 2 dni źle się czuję... boli mnie gardło... węzły chłonne... itd... czuję się okropnie zmęczona...” – pisze. Zaznacza, że przeczytała już wszystko na temat możliwości zakażenia wirusem HIV, ale mimo to jest przekonana, że ona jest tym wyjątkowym przypadkiem, kiedy do przeniesienia wirusa doszło przez ślinę.

Ilu jest hipochondryków, tak naprawdę nie wiadomo. Choćby z tego względu, że w wielu przypadkach ich postawa nigdy nie zostanie odkryta. Próbę ostrożnych szacunków podjęli Amerykanie, którzy – przyjmując spory margines błędu – wyliczyli, że w samych Stanach Zjednoczonych na tę przypadłość cierpi od 0,8 do nawet 8,5 proc. dorosłych. Z badań przeprowadzonych przez Amerykanów wynika również, że prawie 60 proc. osób ze zdiagnozowaną hipochondrią ma też inne zaburzenia o podłożu psychicznym – najczęściej depresję i różnego rodzaju zaburzenia lękowe.

 

Poza kontrolą

Współczesny świat sprzyja hipochondrii – na wyobraźnię osób o takich skłonnościach natychmiast działają ostrzeżenia o wszelkich pandemiach, publikacje dotyczące statystyk występowania chorób przewlekłych, ale też ogromna wiedza na temat chorób dostępna w internecie (mówi się nawet o zjawisku cyberchondrii – czyli przypisywaniu sobie chorób wyszukanych w internecie).