Wystrzelenie w kosmos nowej rakiety SpaceX to oczywiście sukces technologii i firmy, ale czy rzeczywiście umieszczenie w przestrzeni kosmicznej samochodu zbliża nas o krok do lepszego świata?

Trzeba przyznać, że firma Muska wraz ze swoimi ekspertami od PR odrobiła lekcję na szóstkę: sprzedano nam narrację, że samochód w kosmosie to kolejny krok w wysłaniu ludzkości na Marsa, dowód na potęgę nauki i przełamywanie barier.

Nowy Steve Jobs

Miłośnicy science fiction dostali nawiązania do “Autostopem przez galaktykę”, fani motoryzacji – kosmicznego Stiga rodem z “Top Gear”, a wychowani na muzyce rockowej – oprawę w postaci piosenek Davida Bowie. Jest też coś dla ekologów – promocja samochodów elektrycznych i odnawialnych źródeł energii. Dlaczego więc się czepiamy?

Jak każde wcześniejszy wydarzenie związane z Elonem Muskiem tutaj także obiektywy i światła zwrócone były w stronę charyzmatycznego miliardera i założyciela Tesli i SpaceX. Musk doskonale odrobił lekcję z kreowania wizerunku, którą dał wszystkim wcześniej Steve Jobs.

Swego czasu każde publiczne wystąpienie szefa Apple traktowano z uwagą i pietyzmem równym objawieniom religijnym. Na prezentacje kolejnych urządzeń spod znaku jabłka dziennikarze, blogerzy i recenzenci czekali podgrzewając atmosferę do białości. Efekt? Oczywiście gigantyczna sprzedaż produktów. Nic więcej. Bo niezależnie od tego jak wielkimi hasłami reklamują się gigantyczne marki (a uwielbiają narrację o zmianie świata na lepszy) – celem jest zysk, szkoda tracić czas na złudzenia.

SpaceX Falcon heavy booster jest najpotężniejszą obecnie rakietą świata – potrafi wynieść w kosmos 63,8 ton ładunku. Więc korzystając z tych naprawdę imponujących możliwości wystrzeliwujemy w kosmos... samochód?