To nie panaceum na wszystkie choroby, ale bardzo skuteczny lek, suplement diety łagodzący objawy i wspomagający terapię wielu chorób – mówi mgr Eliza Walczak, socjolog i prezes fundacji Zjednoczone Eksperymenty Społecznej Tolerancji (ZEST). Opierając się na doświadczeniach z Kalifornii i Izraela, od 2010 r. zabiega o legalizację leczniczej marihuany w Polsce w ramach projektu „Feniks”. Inicjatywę poparli m.in. prof. Jerzy Vetulani (zmarły w kwietniu 2017) i były minister zdrowia dr Marek Balicki.

„Polscy pacjenci uprawiają marihuanę po kryjomu, żyją w lęku, nie mając możliwości skonsultowania się z lekarzem. Na razie możemy ich odsyłać do badań naukowych dotyczących medycznego zastosowania cannabis, kontaktować ze sobą, by mogli wymieniać doświadczenia i wspierać się nawzajem, np. na naszym portalu www.medicine-cannabis.eu” – mówi mgr Walczak. Fundacja ZEST chce doprowadzić do powstania zamkniętego systemu upraw i dystrybucji, dostosowanego do potrzeb chorych i ich opiekunów. Kluczową kwestią jest tu jednak oddzielenie aspektów medycznych od polityki antynarkotykowej, wymierzonej przeciwko nadużyciom i czarnemu rynkowi marihuany. Czy nasze władze zdecydują się na ten krok?

 

Sprawa Buszki

W 1964 roku dr Raphael Mechoulam z Uniwersytetu w Tel Awiwie wyizolował z konopi substancję psychoaktywną THC delta-9. Badania potwierdziły, że substancja ta zabija komórki glejaka (nowotworu mózgu) i zmniejsza ciśnienie wewnątrzgałkowe, co pomaga przy leczeniu jaskry. Ten ostatni przypadek był zresztą przyczyną komicznej sytuacji. W 1978 roku niejaki Robert Randall został aresztowany za używanie marihuany. Ponieważ udowodnił, że była mu potrzebna do leczenia jaskry, sąd nakazał rządowi USA rozpoczęcie uprawy cannabis i dostarczania Randallowi 300 skrętów miesięcznie. Wkrótce programem zostało objętych 13 innych osób, 7 korzysta z niego do dziś. Produkcja i sprzedaż leków z konopi jest jednak wciąż zabroniona w większości krajów świata (w tym w Polsce), mimo że byłyby tanie i skuteczne.

Jednym z nielicznych wyjątków są Czechy. To właśnie od leków zaczęła się tam „konopna rewolucja”, a jej ikoną stała się 45-letnia pani. „W 2008 roku Libusza (Buszka) Bryndova została postawiona przed sądem za uprawę konopi. Wytwarzała z nich maść leczniczą na zwyrodnienie stawów dla siebie i znajomych” – mówi Jakub Gajewski ze stowarzyszenia Wolne Konopie, wspieranego przez 25 tys. sympatyków. „Robiła to za darmo, tak jak zielarze setki lat temu. Maść pomagała także na inne schorzenia: łuszczycę, migreny i reumatyzm. Kiedy Buszka została oskarżona, mnóstwo ludzi stanęło w jej obronie”.

Gajewski podkreśla, że walkę o legalizację konopi w Czechach rozpoczęli nie młodzi ludzie, jak w Polsce, ale właśnie 50-latkowie. „Może dlatego sprawę potraktowano tam poważniej?” – zastanawia się. Faktem jest, że aż siedem tysięcy czeskich lekarzy podpisało się pod petycja z zadaniem dopuszczenia leków z konopi.

Od początku 2012 roku Czesi mogą legalnie kupować je w aptekach. Rzecznik Wolnych Konopi zapewnia, że w projekcie ustawy przygotowanej przez jego stowarzyszenie jednym z głównych punktów jest również zalegalizowanie leków z cannabis. Jednak główny nacisk Gajewski kładzie na zmiany wprawie, które zdjęłyby odium „przestępcy” z tysięcy ludzi, skazanych za to, ze mieli przy sobie gram suszonych konopi.

 

Wojna bez sensu

Pierwsze badania nad wpływem konopi na zdrowie ludzi zostały przeprowadzone w 1895 roku na zlecenie rządu brytyjskiego. Od tamtej pory zrobiono ich dziesiątki. Nie stwierdzono, by zażywanie cannabis prowadziło do fizycznego uzależnienia jak wprzypadku „twardych” narkotyków. Śmiertelna dawka tej rośliny to aż 1/3 masy ludzkiego ciała – 50 razy więcej niż wprzypadku alkoholu. Konopie mogą jednak uzależniać psychicznie jak inne używki, np. czekolada czy kawa.

2 sierpnia 1937 roku konopie zostały wyjęte spod federalnego prawa Stanów Zjednoczonych

Pierwsze stanowe ustawy zakazujące palenia marihuany, które pojawiły się w USA na początku XX wieku, były skierowane przeciw Meksykanom. Jednak wprowadzenie w tym kraju prohibicji (w 1919 roku) spowodowało wielki wzrost zapotrzebowania na „trawkę”. Szybko stała się tez elementem „kultury jazzu”, co tylko pogłębiło jej rasistowskie konotacje.

Wkrótce pojawili się ludzie, którzy postanowili to wykorzystać. W 1930 roku Harry Jacob Anslinger został pierwszym szefem Federalnego Biura ds. Narkotyków. Rekomendował go na to stanowisko Andrew Mellon, miliarder ibyły sekretarz skarbu USA. Anslinger znalazł wpływowego sojusznika. Był nim prasowy magnat William Randolph Hearst. Jego tabloidowe gazety szybko zapełniły się sensacyjnymi artykułami o Murzynach i Latynosach, którzy pod wpływem marihuany gwałcą białe kobiety i zabijają mężczyzn.

W 1935 roku uzbrojony wwycinki zbrukowców Anslinger rozpoczął przepychanie przez Kongres ustawy, całkowicie zakazującej uprawy i używania konopi. Działania te były do tego stopnia utajnione, że nawet konsultujący nowe przepisy przedstawiciel Amerykańskiego Stowarzyszenia Medycznego (AMA), lekarz iprawnik William C. Woodward, dopiero wostatniej chwili zorientował się, że pod nazwa marihuana kryje się powszechnie stosowany przez lekarzy cannabis. Jego protesty na niewiele się zdały – 2 sierpnia 1937 roku konopie zostały wyjęte spod federalnego prawa Stanów Zjednoczonych.

Szybko okazało się, kto na tym najwięcej skorzystał – koncern chemiczny Du Pont, który w tym samym roku opatentował technologie przemysłowej produkcji papieru z pulpy drzewnej i włókien z ropy naftowej. Do tej pory 75 proc. tych produktów wytwarzano z konopi. Nowe technologie były kosztowne i zanieczyszczały środowisko, więc wyjęcie spod prawa ekologicznych roślin było koncernowi bardzo na rękę. A że bankierem Du Ponta był Andrew Mellon? Niewątpliwie delegalizacja konopi była jednym znajbardziej cynicznych przykładów wykorzystania agencji rządowej winteresie wielkiego biznesu.

 

Co straciliśmy?

W ciągu dwóch lat po zakazaniu stosowania konopi oskarżono trzy tysiące lekarzy, którzy nadal przepisywali chorym preparaty z nich zrobione. Opór stawiały też władze lokalne. Nic to nie pomogło. W latach 60. Stany Zjednoczone skłoniły do podpisania zakazu uprawy cannabis wiele innych państw.

 Z jednego hektara konopi można uzyskać od 8 do 20 ton suchego włókna do produkcji papieru w ciągu 120 dni!

Nawet uprawa konopi przemysłowych (zawierających mniej niż 0,2 proc. substancji psychoaktywnych) została objęta takimi restrykcjami, że przestała się rolnikom opłacać. Rozpoczęta w 1973 roku przez prezydenta Nixona „wojna z narkotykami” jeszcze bardziej zaostrzyła kary za uprawę i sprzedaż konopi: w Ohio można było dostać za to nawet 20 lat więzienia!

Najgorsze było jednak to, że trwająca od niemal 40 lat prohibicja nie przyniosła żadnych dobrych rezultatów. Do XX wieku 75–95 proc. papieru produkowano z konopi. Nadają się do tego idealnie: ich włókna są mocne, można je wielokrotnie przetwarzać, wykonany z nich papier nie żółknie. Z jednego hektara konopi można uzyskać od 8 do 20 ton suchego włókna do produkcji papieru i to w ciągu zaledwie 120 dni. To więcej niż w przypadku drewna, na którego pozyskanie potrzeba kilkadziesiąt lat.

Obecnie na świecie produkuje się 370 mln ton papieru tektury rocznie: aby wytworzyć taką ilość, trzeba ściąć prawie sześć miliardów drzew. Produkcja papieru z drewna wymaga też użycia wielu szkodliwych chemikaliów, niepotrzebnych w przypadku konopi. Konopie są naturalnie odporne na szkodniki, nie potrzebują więc pestycydów.

To też jeden z powodów, dla których zostały wyklęte przez przemysł chemiczny. Dla porównania: uprawy bawełny zużywają niemal połowę wszystkich środków ochrony roślin stosowanych na świecie. Olej z konopi może być używany jako ekologiczny napęd do samochodów. Mało kto wie, że Rudolf Diesel pierwotnie zaprojektował swój silnik na takie właśnie paliwo...

 

Profity dla mafii

Lata propagandy, stawiającej konopie- -marihuanę na równi z opium, kokainą czy syntetycznymi narkotykami w rodzaju amfetaminy, zrobiły jednak swoje.

Jeszcze w roku 1995 utajniony został rozdział raportu Światowej Organizacji Zdrowia, porównujący zdrowotne i psychologiczne skutki używania alkoholu, konopi, nikotyny narkotyków opartych na opium. Z tekstu ujawnionego trzy lata później przez magazyn „New Scientist” wynikało, że najmniej szkodliwa jest marihuana. Nie zmieniło to jednak w niczym amerykańskiej polityki.

Za prezydentury Billa Clintona, który sam przyznał, że palił „trawkę”, za jej posiadanie aresztowano trzy miliony Amerykanów. W Polsce około 30 tys. przestępstw rocznie jest związanych zposiadaniem, uprawa lub sprzedażą marihuany – wynika zdanych Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii.

Z tego powodu 9–10 tys. ludzi rocznie staje przed sądem. Każda taka sprawa kosztuje podatników co najmniej kilkanaście tysięcy złotych. Tymczasem 95 proc. tych przypadków dotyczy bardzo niewielkich ilości konopi. Nawet jeśli za posiadanie jednego grama marihuany sad wyda wyrok w zawieszeniu, skazany musi potem żyć przez lata z piętnem przestępcy.

 

W 2005 roku 530 amerykańskich ekonomistów – w tym laureaci Nagrody Nobla Milton Friedman i George Akerlof – w liście otwartym do prezydenta George’a Busha zaapelowało o legalizacje konopi. Bezskutecznie. Opór administracji wynikał m.in. zfaktu, ze na walkę z marihuana wydaje się w USA prawie osiem miliardów dolarów rocznie.

Dzięki takim pieniądzom amerykańska agencja antynarkotykowa DEA wyrosła na potęgę, której trudno się sprzeciwić nawet prezydentom USA. Mimo że prowadzona przez nią wojna z narkotykami okazuje się całkowicie bezskuteczna. Dowody?

Po pierwsze: ktoś na tym zarabia. W kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska, gdzie uprawa konopi nie jest karana, wyprodukowanie z 10 roślinek 1,3 kg marihuany to koszt ok. 2 tysięcy dolarów. Przemycona do Kalifornii kosztuje już 8 tysięcy, a do Kentucky – 10,5 tysiąca dolarów. Każda kwota powyżej 2 tysięcy dolarów to zarobek organizacji przestępczych, które zdobywają w ten sposób środki na produkcję i dystrybucję bardziej dochodowych kokainy czy amfetaminy.

Po drugie: zakazy nie działają. Według danych ONZ w latach 1998–2008, kiedy prowadzono na świecie antynarkotykową krucjatę, spożycie heroiny i opium wzrosło o 34,5 proc., a kokainy o 27 proc. Najmniej marihuany – o 8,5 proc. Mimo zakazów aż 42 proc. Amerykanów chociaż raz w życiu spróbowało konopi.

Skutek jest taki jak w czasie alkoholowej prohibicji w USA: miliony obywateli łamie bezsensowne prawo, przestępcy bogacą się, a państwo musi wydawać coraz większe pieniądze na wojnę, której i tak nie wygra.

W 2011 roku amerykańscy naukowcy Mark Anderson i Daniel Rees przeanalizowali konsekwencje liberalizacji dostępu do marihuany w 13 amerykańskich stanach, gdzie można uprawiać konopie na własny użytek na podstawie recepty od lekarza. Przepisy te (chociaż sprzeczne z prawem federalnym) spowodowały kilka pozytywnych zjawisk. O jedną czwartą spadło spożycie alkoholu w grupie ludzi od 20 do 30 lat, co zmniejszyło liczbę śmiertelnych ofiar wypadków samochodowych o 9 procent. W niektórych stanach (np. Vermont) liberalizacja nie spowodowała wzrostu spożycia konopi. W żadnym ze stanów nie stwierdzono wzrostu spożycia marihuany przez nieletnich.

 

Zamrożone pieniądze

Swoje kalkulacje przeprowadzili także ekonomiści. Inicjator listu do Busha Jeffrey Miron policzył, że legalizacja konopi indyjskich i obłożenie ich podatkiem od dóbr konsumpcyjnych spowodowałoby wzrost dochodów państwa o trzy miliardy dolarów rocznie. Gdyby podatek był taki jak na alkohol i papierosy, kwota ta wzrosłaby do sześciu miliardów dolarów. Dzięki legalizacji konopi sama Kalifornia mogłaby zaoszczędzić na policji i więziennictwie 250 mln dolarów rocznie.

Rachunki te są oparte na realistycznym założeniu, że żadne społeczeństwo nie będzie nigdy wolne od narkotyków. Dlatego np. Portugalia już 10 lat temu przestała więzić swoich obywateli za posiadanie marihuany. Nie jest to legalne, ale nie jest też przestępstwem, lecz wykroczeniem, karanym najczęściej niezbyt wysoką grzywną. W coraz większej liczbie krajów można na własny użytek uprawiać kilka krzaków konopi – w Czechach do pięciu.

Jednak jak widać, droga do legalizacji konopi indyjskich i całkowitego „uwolnienia” upraw jeszcze daleka. Nie chodzi tu bowiem tylko o zalegalizowanie przyjemności amatorów „trawki”, ale o prawdziwą rewolucję w światowej gospodarce, która oznaczałaby rzucenie rękawicy interesom wielkich koncernów farmaceutycznych, chemicznych i petrochemicznych. A bez poparcia rządów takich krajów jak Stany Zjednoczone raczej się to nie uda.