Agnieszka Niezgoda: Czytałam manifest Andersa Breivika jak sagę Tolkiena „Władca Pierścieni”. Wykreował alternatywną, lecz spójną baśń: etos rycerski, cel moralny, medale. To błyskotliwa opowieść obłąkanego artysty.

Stephen Diamond: Istnieje tajemnicza zależność między szaleństwem a twórczością. Podobnie błyskotliwy był manifest Teda Kaczyńskiego, Unabombera, który przez dwadzieścia lat terroryzował Stany Zjednoczone przesyłkami z bombami. Wybitnie inteligentny, z IQ wynoszącym około 170 punktów (średnie IQ to 100 punktów, wśród seryjnych morderców podgrupa „podkładaczy bomb” charakteryzuje się najwyższym IQ – średnio 138 punktów – przyp. A.N.), zdał na Harvard w wieku szesnastu lat, zrobił doktorat. Potem zaszył się na odludziu w Montanie, gdzie próbował żyć samowystarczalnie, i zauważył, jak przemysł dewastuje dziewiczą przyrodę. W swoim manifeście wymieniał zagrożenia czyhające na świat ze strony technologii – co do niektórych dziś jesteśmy zgodni. I rozpoczął swoją krucjatę. To, że ktoś szalony, niepoczytalny, psychopatyczny jest w stanie wykreować fantastyczną alternatywną rzeczywistość, nie zaskakuje.

A.N.: Breivik był także racjonalnym strategiem. Z precyzyjną logiką zalecał „braciom”, aby dla kamufl ażu założyli firmę rolniczą na dwa lata przed pierwszym zamówieniem chemikaliów, nosili koszulki Lacoste, chadzali do solarium i jeździli hyundaiem. 

S.D.: Żonglował rzeczywistością i urojeniami, przeplatał te dwa porządki, by na ich fundamencie wykreować odrębny, unikatowy świat. To znany mechanizm w psychozach. Jared Laughner, który w 2011 roku zastrzelił sześć osób i ranił czternaście na wiecu poparcia posłanki Gabrielle Giffords w Arizonie, tak dalece wycofał się w swój wyimaginowany świat, że całkiem stracił kontakt z realnym. Został zdiagnozowany jako schizofrenik. W przypadku Breivika zaskoczyło mnie natomiast, jak długo planował swój „projekt” – poświęcił na to niemal dekadę! Wydał na niego mnóstwo pieniędzy, latami rozbudowywał system urojeń. Czuł się rycerzem słusznej sprawy. To była jego projekcja. 

A.N.: Możemy powiązać obsesję Breivika – czystości, seksualnego purytanizmu – z osobistym problemem, o którym wspomina? Chodzi o to, że jego matka poślubiła mężczyznę, który miał wcześniej pięćset partnerek seksualnych.  

S.D.: Prawdopodobnie. Chciał dla Europy tego, czego w rzeczywistości pragnął dla siebie  – oczyszczenia. 

A.N.: Oczyszczenia z muzułmanów i lewicy, ale także restauracji patriarchatu. Wielu psychologów uważa, że tzw. wyższa sprawa terrorystów to tylko fasada dla ich osobistego bólu, odrzucenia, alienacji. Pan podkreśla natomiast wagę kultury. 

S.D.: Podkreślam oba aspekty, osobisty i społeczny, bo nie możemy odrzucić wpływu kultury na jednostkę. Spójrzmy przez okno na dzisiejsze Stany – ileż tu narastającej frustracji społecznej! Dużo więcej niż w poprzednich latach. Jednocześnie nie mamy dla niej ujścia. Frustracja rodzi złość. Zygmunt Freud mówił o  podświadomości jednostki, Carl Jung o podświadomości zbiorowej. Kultura to taki zbiorowy człowiek ze spychanymi lękami, zaniedbaniami, cierpieniami. Za każdym razem, kiedy zdarza się tragedia na wzór historii Breivika, widzimy nie tylko eksplozję osobistego problemu jednostki, ale także manifestację jungowskiego „cienia”. 

A.N.: Czym jest dziś jungowski „cień”? 

S.D.: To złość. To, co widzimy w przypadku Breivika czy wielu publicznych strzelanin w USA, nazywam „wicked rage for recognition” – diaboliczną wściekłością o uznanie. Ludzie dzisiaj czują się nieważni, pomijani, niedostrzeżeni. Tymczasem wszyscy potrzebujemy zdrowego narcyzmu: uznania, akceptacji, pochwały. Ich brak to źródło frustracji. Frustracja rodzi złość, złość może się przerodzić we wściekłość. 

A.N.: Wielu ludzi bywa wściekłych, niewielu z tego powodu strzela do tłumu.  

S.D.: Coraz więcej, niestety. Mamy oto podświadomy strumień, zbiorowy „cień”: złość. Tymczasem współczesna cywilizacja złość wypiera. Odmawiamy jej prawa do istnienia. Nie tworzymy dla niej ujścia. Od małego jesteśmy wychowywani w przeświadczeniu, że nie wypada się złościć. Dzieci wściekają się dużo częściej niż dorośli – my jednak karzemy je za złość, uczymy ją wypierać. Chcemy być mili. Religia także odrzuca złość jako nieduchową. Tymczasem Jezus wściekł się przecież na handlujących w świątyni. 

Nasza kultura wmawia nam, że złości nie powinniśmy ani odczuwać, ani okazywać. Przypina jej metkę „niedojrzałej” i „narcystycznej”. Patologizuje ją. Złość to jedna z najtrudniejszych emocji i jesteśmy z nią pozostawieni sami sobie, bez wsparcia. Przypuszczam, że Breivik był wściekłym, młodym człowiekiem. 

A.N.: Żył dostatnio w zasobnej Norwegii. Mógł spokojnie łowić łososie.  

S.D.: Wygoda to fasada. Człowiek może żyć komfortowo w swojej rozpaczy. Breivik mógł się czuć rozgoryczony, niezauważony, wyalienowany. Co wiemy o jego relacji z ojcem? Rodzice rozwiedli się, kiedy był małym dzieckiem; kiedy miał 16 lat, ojciec zerwał z nim kontakty. Miał swoje powody do złości i prawdopodobnie brak ujścia dla niej. Brak poczucia sensu.