Pamiętacie z dzieciństwa zieloną mdłą papkę na talerzu oraz napominania „jedz, bo szpinak ma dużo żelaza?” U niektórych ludzi awersja do szpinaku pozostała na całe życie i nie zmienił tego nawet bohater kreskówki marynarz Popeye, który w krytycznych momentach pochłania puszkę szpinaku i dokonuje rzeczy niemożliwych. Kto odmawiał w przedszkolu jedzenia zielonej papki, nie musi tak bardzo obawiać się anemii. Wbrew powszechnemu mniemaniu szpinak nie zawiera wcale dużo żelaza. Ludzie od dziesięcioleci wierzą w jego życiodajną moc i lecznicze właściwości wskutek drobnego błędu w zapisie wyników badań.

Szpinak warzywny Spinacia oleracea w 91 proc. składa się z wody. Resztę stanowią węglowodany, błonnik i białko. W stu gramach rośliny jest 3,5 miligrama żelaza.  Dla porównania w stu gramach soi znajduje się 15 mg, fasoli 10 mg, ziemniaka 7 mg. „Szpinak nie jest lepszy od marchwi, brukselki czy brokułu. Lepszym źródłem żelaza dla Popeya byłoby żucie puszek” – pisał w 1981 r. Terry Hamblin w brytyjskim czasopiśmie „Medical Journal”. Wiadomo to co najmniej od 1890 roku, gdy niemiecki fizjolog Gustav von Bunge określił skład chemiczny szpinaku. Potwierdził tym samym wyniki badań, które 20 lat wcześniej przeprowadził inny Niemiec Emil von Wolf. Dlaczego więc ludzie wierzą, że zielone listki szpinaku są bogate w żelazo?  

Firma Mizuho Securities straciła na giełdzie 225 mln dolarów. Zamiast wystawić na sprzedaż akcje po 610 tys. jenów za sztukę, pracownik Mizuho sprzedał 610 tys. akcji po jednym jenie każdą

Istnieją dwie teorie. Według pierwszej pomyliła się sekretarka profesora von Wolfa. Podczas protokołowania wyników badań postawiła w niewłaściwym miejscu przecinek i z 3,5 zrobiło się 35. Błąd powielali później inni,  w tym amerykańscy specjaliści Jacques Rolland i Carol Sherman. To na ich prace powoływali się w latach trzydziestych twórcy filmu „Popeye”, którego emisja doprowadziła w USA do wzrostu konsumpcji szpinaku o jedną trzecią. W 1937 roku wykryto błąd, lecz do dzisiaj nie udało się zmienić nawyków żywieniowych bardzo wielu ludzi.

Druga teoria na temat powstania błędu głosi, że von Bunge analizował pod mikroskopem susz szpinaku. W tej postaci szpinak zawiera wielokrotnie więcej żelaza niż świeża roślina. Profesor uniwersytetu w Bazylei nie odnotował tego faktu i świat nauki opacznie odczytał wyniki badań, odnosząc je do zielonego szpinaku. Przez dziesiątki lat badacze powielali błąd, aż stał się żywieniowym dogmatem, trudnym do podważenia.

W przypadku szpinaku przesunięcie przecinka raczej nikomu nie zaszkodziło. Zdarzały się jednak błędy interpunkcyjne, które powodowały ogromne szkody.

Kosmiczna katastrofa z powodu braku myślnika

Sonda Mariner 1 miała być dumą NASA i dowodem wyższości amerykańskiego programu kosmicznego nad osiągnięciami ZSRR. Gdy w 1961 r. Rosjanie ponieśli fiasko podczas próby wysłania sondy kosmicznej na Wenus, Amerykanie zakasali rękawy i w ciągu roku skonstruowali na podstawie projektu sondy księżycowej Ranger – wenusjański pojazd Mariner 1. 22 lipca 1962 r. sonda wyruszyła w misję z przylądka Canaveral. Problemy zaczęły się zaraz po starcie. Rakieta nośna zboczyła z kursu i stało się jasne, że za chwilę może rozbić się nad uczęszczanymi szlakami żeglugowymi albo nawet spadnie na tereny zamieszkane przez ludzi. Dlatego w 293 sekundzie misji zdecydowano o zdalnym wysadzeniu statku kosmicznego.

 

Przeprowadzone potem dochodzenie wykazało, że katastrofie winien był brak myślnika w kodzie komputerowym sterującym lotem Marinera. Pracujący w pośpiechu programista po prostu go przeoczył, przez co komputer Marinera zaczął błędnie interpretować parametry lotu. Sonda, mająca być dumą programu NASA, zboczyła z kursu.

Brak myślnika kosztował agencję  i amerykańskich podatników 18 milionów dolarów (w przeliczeniu na obecną wartość amerykańskiej waluty to około 120 mln). Trudno dociec, czy programista z NASA poniósł jakieś konsekwencje za przeoczenie kreski w programie komputerowym. Sądy w każdym razie nie zajmowały się tą sprawą. Inaczej niż w przypadku pracownika jednej z nowojorskich firm prawniczych, który zapomniał w umowie o trzech zerach, wywołując lawinę procesów sądowych i pozwów opiewających na grube miliony.

Za mało zer w umowie

Przed stratą prawie 93 milionów dolarów Prudential Insurance CO. uchronili prawnicy. Po długich bataliach sądowych, w ostatecznym rozrachunku pomyłka sekretarki kosztowała giganta na rynku ubezpieczeń „tylko” 11 milionów dolarów. Chodziło o pożyczkę, udzieloną w 1978 roku zadłużonej linii transportowej United States Lines (USL). Armator pożyczył od Prudentialu 160 milionów pod zastaw ośmiu kontenerowców. Na początku 1986 roku, gdy USL zostało do spłacenia jeszcze prawie 93 mln dolarów, linia żeglugowa poprosiła o odroczenie dalszych płatności z powodu kłopotów finansowych spółki. Dokonano więc zmian w umowie, które w imieniu Prudentialu przeprowadziła renomowana kancelaria prawnicza Haight, Gardner, Poor & Havens.

Kilka miesięcy później United States Lines ogłosiła bankructwo. Upadająca firma zakomunikowała, że jej zobowiązania wobec Prudentialu wynoszą tylko 92.885 dolarów. Na dowód prawnicy USL przedstawili poprawioną przez nowojorskich prawników umowę kredytową, w której widniała taka właśnie suma. Było jasne, że osoba, która sporządziła dokument, pominęła trzy zera. Błąd został powtórzony w prawie stu różnych dokumentach. Papiery przeszły przez ręce prawników z Haight, Gardner, a także doradców Prudentialu i nikt nie zauważył pomyłki!

Przedsiębiorstwo żeglugowe zaapelowało o niepodważanie wiarygodności dokumentów. Zaczęła się batalia prawna, w której Prudentialowi udało się przekonać sąd, że była to pomyłka. Firma zażądała odszkodowania od kancelarii, które dopuściły do obiegu dokumentów z błędem – kosztowało to Prudential co najmniej 31 mln dolarów. Skończyło się ugodą, lecz do dzisiaj przypadek ten funkcjonuje w środowisku nowojorskiej palestry jako przykład wyrachowania prawników, cynicznie grających na oczywistych błędach.    

O znacznie wyższe odszkodowanie walczyła w sądzie japońska firma ubezpieczeniowa Mizuho Securities. W grudniu 2005 roku Mizuho postanowiło sprzedać na giełdzie przejętą wcześniej spółkę. Trader Mizuho błędnie wprowadził jednak do systemu transakcyjnego zlecenie i zamiast oferty sprzedaży jednej akcji po 610 tysięcy jenów każda (ok. 5 tys. dolarów), zaoferował 610 tysięcy akcji w cenie jednego jena. System giełdowy przyjął zlecenie, mimo że liczba wystawionych na sprzedaż akcji wielokrotnie przekraczała ich rzeczywistą liczbę. Próby anulowania zlecenia nie powiodły się i firma Mizuho szybko straciła 225 milionów dolarów.

 

Błąd wywołał poważne turbulencje na tokijskiej giełdzie. Indeks Nikkei stracił prawie dwa procent wartości, a szef giełdy pożegnał się z posadą. Właściciele Mizuho zażądali 470 milionów odszkodowania za poniesione straty. Wywalczyli tylko 121 milionów dolarów, zaledwie połowę sumy, utraconej wskutek przeoczenia jednego z pracowników firmy.

Żarty z bożej łaski

Straty poniesione wskutek czeskich błędów nie zawsze da się przeliczyć na pieniądze. Kompromitacja i utrata dobrego wizerunku wyrządzają nieraz szkody poważniejsze niż finansowe. Tak było w przypadku Narodowego Banku Chile. W 2009 roku lokalna gazeta w Santiago opublikowała fotografię monet o nominale 50 pesos (10 centów) z wizerunkiem bohatera narodowego Bernardo O’Higginsa oraz napisem Republica de Chiie. Gazeta przypomniała, że oficjalna nazwa państwa brzmi Chile i dopytywała się, dlaczego nikt w mennicy państwowej nie zauważył błędu, skoro monety z kompromitującą literówką na awersie znajdowały się na rynku od ponad roku. Menedżer odpowiedzialny za wprowadzenie bilonu wyleciał z pracy. Monety z wybitym napisem Chiie zostały wycofane z użycia i stały się obiektem kolekcjonerskim.

W USA literówka skompromitowała w ostatniej kampanii prezydenckiej kandydata republikanów. Mitt Romney ośmieszył się w oczach wyborców, na których szczególnie mu zależało. Ponieważ młodzi internauci – statystycznie rzecz biorąc – wybierają demokratów, aplikacja z jego programem wyborczym miała ułatwić republikaninowi dotarcie do młodego pokolenia. Tymczasem, ku uciesze użytkowników smartfonów, po uruchomieniu aplikacji komitetu wyborczego Romneya na wyświetlaczu pojawił się slogan: „A better AMERCIA”, potwierdzając związki republikanów z nielubianą przez wyborców demokratów Centralną Agencją Wywiadowczą. Na internetowych forach i portalach społecznościowych drwinom nie było końca.  

Ludzie chętnie śmieją się z wpadek innych. Literówka czy błąd ortograficzny wytatuowany na ciele celebryty staje się obiektem kpin i polowań paparazzi. Przekonał się o tym David Beckham. Przygasła obecnie gwiazda futbolu była kiedyś obiektem westchnień wielu kobiet na świecie. Gdy pojął za żonę gwiazdkę z girlsbandu Spice Girls, kazał sobie wytatuować jej imię na lewym przedramieniu. Nie uczynił tego jednak w języku angielskim, lecz w hindi, bo podobał mu się indyjski alfabet. Niestety tatuażysta słabo znał język, używany na co dzień przez 180 milionów ludzi, i wstawił niepotrzebną spółgłoskę, przez co imię pani Beckham brzmiało Vihctoria. Błąd natychmiast został zauważony i wywołał sensację w mediach, nawet tak poważnych jak BBC. Podobna wpadka przydarzyła się Johnny’emu Deppowi. Na początku lat dziewięćdziesiątych aktorowi wydawało się, że do końca życia będzie kochać Winonę (Ryder) i wytatuował sobie na ciele napis „Winona forever” (na zawsze Winona). Gdy związek się rozpadł, Deppowi tatuaż przestał się podobać. Usunął ostatnie litery „n” i „a” i w ten sposób powstał napis „Wino Forever”. Dla Amerykanina brzmi to może zagadkowo, u Polaka wywołuje uśmiech.

 

Czeskie błędy przytrafiają się każdemu z nas i niekoniecznie muszą od razu powodować ogromne straty. Uznanie szpinaku za bogate źródło żelaza nikomu nie zaszkodziło. Przeciwnie, pomyłka pokazała, że wiara w moc tej jarzyny przetrwała pokolenia. Kto chce, niech dalej wierzy w lecznicze możliwości szpinaku, kto nie chce, i tak nie robi nikomu laski.


Czeski błąd po angielsku

Potoczna nazwa literówki, powstającej często podczas pisania na klawiaturze zyskała nowy międzynarodowy wymiar. Wszystko za sprawą zamachu podczas maratonu w Bostonie. Gdy wyszło na jaw, że zamachowcy pochodzili z Czeczenii, internauci amerykańscy zaczęli pastwić się nad bogu ducha winnymi Czechami, nawołując do bombardowania ich kraju.

Ambasador Republiki Czech w USA wydał oświadczenie, wyjaśniając różnice geograficzne i językowe między jego krajem i Czeczenią. Błąd polegał na tym, że słabiej wykształconym Amerykanom pisana po angielsku nazwa Czech (Czech Republic) mogła wydać się skrótem od angielskiej nazwy Chechnya.