Zawsze bawiło mnie to, że komuś może zależeć tak bardzo na definicji motoryzacyjnego terminu, iż walczył będzie w jego obronie z zawziętością wartą lepszej sprawy. Tak jest z terminem "czterodrzwiowe coupe". Znacie tych ultrasów samochodowej poprawności?

"Nie, póki żyjemy, nie pozwolimy na to, by byle sedana z opadającą linią dachu nazywać szlachetnym mianem coupe, zarezerwowanym wyłącznie dla samochodów dwudrzwiowych. Jeśli czterodrzwiowe sedany z opadającą mocno linią dachu będziemy nazywać czterodrzwiowymi coupe, to niechybnie niebo zawali się nam na głowy, wtryski nam powypadają jak zęby starcom, a benzyna będzie po 10 złotych."

A ja nie rozumiem: bo w sumie, co za różnica? A dlaczego nie?

Trzysta lat temu termin coupé oznaczał skróconą formę berliny, czyli konny powóz z jednym tylko rzędem siedzeń i przeszkloną przednią szybą, a dzisiaj oznacza co innego i dlaczegóż z dodatkiem "czterodrzwiowe" nie miałby oznaczać samochodu o niższej od sedana, przypominającej to bezprzymiotnikowe coupe sylwetce, skoro nie upieramy się, żeby te różne dwudrzwiowe kupety ciągnęły nam koniki zamiast silników?

Spory terminologiczne są naprawdę pozbawione sensu, zaś bohater dzisiejszego tekstu, czyli nowa generacja Mercedesa CLS, i to w topowej wersji AMG CLS 53 4matic+, jest czterodrzwiowego coupe klasycznym wcieleniem i zamierzam używać tego terminu bez względu na to, czy motoryzacyjnym nerdom z tego powodu pęknie jakaś żyłka. Czy przed pojawieniem się CLSa jakieś czterodrzwiowe coupe budowano, czy nie, można się spierać, nie ma jednakże wątpliwości, że pojawienie się w 2004 roku pierwszej generacji CLS wprowadziło w segment premium nową kategorię samochodów. Za CLSem poszły BMW serii 6 Gran Coupe, Audi A7 i wyżej pozycjonowane, droższe Porsche Panamera. Dziś jest to segment jeszcze szerszy, jego potworną mutacją są suvy coupe, które uważam za najbardziej niegustowne auta jakie można kupić za pieniądze, a ich istnienie to najlepszy dowód na to jak wielu zamożnych ludzi właśnie pozbawionych jest zupełnie gustu. Aczkolwiek ten greps ukradłem komuś, kto w ten sposób skomentował powstanie pierwszego suva marki Rolls Royce. Ale to zupełnie inna historia i też z innej półki bogacze, bo gdzie X6 albo GLE Coupe, a gdzie Cullinan.

Wracając do pierwszego CLSa. Jaki to był wtedy samochód! Pamiętam dokładnie jak w 2005 chyba zobaczyłem go na drodze - żadne auto tak wtedy nie wyglądało. Opierał się oczywiście o rozwiązania techniczne mercedesa klasy E, tak jest zresztą do dziś, ale kiedy postawimy go obok ówczesnej E-klasy (W212, następcy potwornego "okulara"), naprawdę nie dziwi, że wymyślono dlań ten nowy segment, że nie nazwano go limuzyną. Dziś, kiedy porównać aktualnego CLSa do E-clasy różnica jest mniejsza, bo też sedany z roku na rok stają cię coraz mniej "sedanowate", wtedy fastbackowa linia CLSa była niezwykle uderzająca, żadne auto tak nie wyglądało, dziś wygląda tak co trzecie. I jeszcze wnętrze, w którym nie było nic z taksówkowego stylu ówczesnej E-klasy, tylko miękkie, jakby jachtowe linie, elegancja bliższa stylem nawet ówczesnej esie, a jednocześnie bez emeryckiego sznytu, którego dziś mercedesy się w dużej mierze szczęśliwie pozbyły, ale który wtedy panował zdecydowanie.

Nie byłem już w wieku, w którym wiesza się na ścianie plakaty z furami, ale tapetę na komputerze miałem owszem.

Wtedy, w 2005 roku do nowego CLSa nie śmiałbym nawet podchodzić, bo nie byłoby mnie stać nawet na jedną felgę, aczkolwiek słabość do marki żywiłem owszem i poruszałem się wtedy starą "beczką", to znaczy równym mi wiekiem, zardzewiałym mercedesem W123 w kolorze kanarkowej żółci, z piękną zieloną tapicerką i dwulitrowym, wolnossącym dieslem, rozwijającym moc całych 60 KM i setkę osiągającym w czasie trzydziestu paru sekund. Kiedy wyprzedzał mnie nowy CLS nie posiadałem się z podziwu.