Sto lat temu, w zimny jesienny po­ranek 9 października, tłum przed dworcem North Station w Bostonie przybierał na sile niczym irlandzka whiskey w okolicznych destylarniach. 200 tysięcy ludzi sparaliżowało miasto, by na własne oczy zobaczyć Josepha Knowlesa, który przyjeżdżał z Portland po ukończeniu, jak pisał „Boston Post” - „naj­bardziej niezwykłego eksperymentu w historii naszej cywilizacji”. W końcu wyszedł na stację: w tunice i spodniach z niedźwiedziej skóry, zarośnięty jak niedźwiedź. Policja z trudem panowała nad rozemocjonowaną gawiedzią.

Publiczności nie przeszkadzało, że Joe led­wo przypominał siebie sprzed dwóch miesięcy. 4 sierpnia 1913 roku rozebrał się do samych majtek przed obiektywami fotoreporterów u podnóża lasów w Maine, po czym samotnie, bez narzędzi, bez jedzenia, bez mapy, ruszył w dzikie ostępy. Amerykanie oszaleli na jego punkcie, zanim jeszcze ktokolwiek był w stanie skojarzyć współcześnie rozumiany survival ze sportem (i mniej więcej w czasach, gdy na świat przychodził dziadek Beara Gryllsa, dzisiejszej gwiazdy tej dyscypliny). Knowles myślał przy­szłościowo - za niezłe ponoć pieniądze dogadał się z „Boston Post”, który relacjonował każdy jego dzień spędzony w głuszy. Swoje przygody miał zapisywać na brzozowej korze, następ­nie pozostawiać ją w umówionych skrytkach, z których zapiski zamierzali zabierać dzienni­karze (za każdym razem Knowles podawał lo­kalizację kolejnego miejsca, w którym zostawi meldunek, by reporterzy z pomocą myśliwych znających lasy Maine byli w stanie do nich dotrzeć; czasem w tej samej skrytce, np. na drze­wie, zostawiał raporty z kilku kolejnych dni).

Przedsięwzięcie stało się też oczywiście przedmiotem debaty ekspertów. Dr Dudley Sargent, lekarz i fizjolog z Harvardu, podkreślał jego naukowe znaczenie: „Wszyscy zastanawia­my się, jak na Knowlesa wpłynie to pierwotne życie i jedzenie... niesolonych potraw”. Brzmi kuriozalnie, ale tak naprawdę w epoce prze­mysłu i wynalazków Ameryka niejednokrotnie zadawała sobie pytanie, czy człowiek XX wie­ku, prowadząc wygodne miejskie życie, nie za­mienia się w istotę słabą i nieporadną? Czy nie zgnuśniał i nie oddalił się za bardzo od dzikiej przyrody? W gąszczu tego zainteresowania, dylematów i wątpliwości rodził się pierwszy idol czegoś, co dziś nazywamy reality show.

NAGI JASKINIOWIEC WCHODZI DO LASU

Gwiazda miała 45 lat. Knowles był sy­nem Kanadyjki i Amerykanina, weterana wojny secesyjnej. Wychował się w Wilton, małej mieścinie w stanie Maine. Jako 13-latek zahartowany skrajną biedą i ojcowską suro­wością opuścił dom i zaciągnął się na statek transportowy, podając fałszywy wiek. Przed osiągnięciem pełnoletności opłynął kawał świata - odwiedził m.in. Kubę, Amerykę Po­łudniową, kraje basenu Morza Śródziemnego, Chiny i Japonię. Później na kilka lat wstąpił do marynarki, był też traperem (polował z India­nami na zachodnim brzegu jeziora Michigan) i przewodnikiem myśliwskim. Po czterdziestce najął się jako goniec w „Boston Post”.

„Post” był mało ambitną gazetą harują­cej klasy robotniczej. Gazetą, która z trudem utrzymywała dawną pozycję na coraz bardziej wymagającym rynku bostońskim: na początku drugiej dekady XX w. ukazywało się tam 10 dzienników. Tytułem, który coraz wyraźniej zostawiał konkurencję w tyle, był „Boston American” finansowany przez magnata pra­sowego Williama Randolpha Hearsta, jednego z twórców tzw. yellow journalism. Pewnego dnia Knowles spotkał się z redaktorem „Boston Post” Charlesem E. L. Wingate’em i przedsta­wił mu śmiałą koncepcję poprawienia noto­wań jego wydawnictwa: „Będę tam sam, będę zdany tylko na siebie. Ty to opiszesz”. Win- gate się zgodził, zapłacił, wszystko przygotował. 4 sierpnia 1913 roku, w dniu, w którym ekspe­ryment miał się rozpocząć, specjalne wydanie „BP” krzyczało z pierwszej strony: „Joe, nagi jak jaskiniowiec, wchodzi do lasu!”.

Dwa dni później Knowles zgodnie z umo­wą sporządził premierowy meldunek węgiel­kiem na brzozowej korze. Na przykład o pierw­szej rzeczy, jaką zrobił, gdy stracił z oczu ludzi: „zdjąłem majtki, by cieszyć się pełną wolnością życia, które właśnie rozpoczynałem”. Poza tym opisywał swój marsz na bosaka w kierun­ku Bear Mountain i zacinający deszcz, który uniemożliwił mu rozpalenie ogniska. W ko­lejnym odcinku wspomniał o jeleniu, którego wytropił. „Popatrzył na mnie przyjaznym wzro­kiem - pisał, zaznaczając, że nie zapolował na sympatycznego rogacza. - Ja, po raz pierwszy w życiu, zazdrościłem mu jego kryjówki. I nie mogłem przestać myśleć o tym, jak wspaniale smakowałby stek z sarniny. Na moim miejscu nawet najbogatszy milioner marzyłby o takim posiłku. I o skórze, w którą mogłem się odziać, wartej więcej niż najdroższe garnitury”. Było też o tym, jak przez trzy dni nie zjadł prawie nic, jak na leśnym posłaniu nie był w stanie zmrużyć oka. O papierosach z liści, które skręcił, nie mogąc ujarzmić dawnego nałogu, o pstrągach, które piątego dnia złapał na śnia­danie dzięki prowizorycznej tamie postawionej na strumyku.

Czytelnicy byli zachwyceni. Wyniki „Boston Post” poszybowały w górę. Gdy Joe wchodzi! do lasu, „BP” sprzedawał dziennie ok. 200 tys. egzemplarzy swojej gazety. Kiedy w październiku pozdrawiał tłum przed North Station, „Post” kupowało 436 tys. ludzi. Rela­cje „Naturę Mana”, jak nazwała go Ameryka, przedrukowywały lub przytaczały media w ca­łym kraju. Ta fascynacja na tyle pochłonęła dziennikarzy, że gdy po około tygodniu Know­les nieoczekiwanie przestał raportować na 11 dni, nikomu nie przyszło do głowy, że mogło stać mu się coś złego. „Boston Post” wypeł­niał przerwę w sprawozdaniach sensacyjnymi materiałami typu: „Joe nawet nie wie, jak stał się sławny”, „Cała Ameryka kocha Joe” albo „Bostońscy myśliwi podziwiają Joe”.

O KNOWLESIE SŁYSZELI NAWET NA ŚLĄSKU

Pod koniec sierpnia Knowles znów ode­zwał się do swoich fanów: tym razem opisał porażającą historię o tym, jak zwabił w pułapkę i zabił niedźwiedzia, zaś z jego futra sfastrygował sobie ubranie. We wrześniu reporter jednej z gazet wybrał się w knieję śladami Joego. Nie spotkał go, ale twierdził, że po „długiej i mę­czącej wędrówce” natknął się na jego obozo­wisko. „Zobaczyłem miejsce straszliwej walki - opisywał w stylu, jakiego nie powstydziłby się Jack London. - Nie była to walka fizyczna, ale głębsza, mentalna. Walka ludzkiej istoty z samotnością i dziką naturą W tym miejscu człowiek ten dostosował swój cywilizowany umysł do prymitywnych warunków”.