„Albert Townsend czesał się przed lustrem. Obok, na szafce, stała kamera wysokiej rozdzielczości. Czerwone światełko, wskazujące, że jest włączona, błyskało na samej granicy pola widzenia profesora.
     —    Czy jest jakiś powód, dla którego teraz nagrywamy? — zapytał.
     Stojąca obok asystentka zarumieniła się. Jak na dany znak, wszyscy czekający na niego – trzy kobiety i dwóch mężczyzn – zaczęli żartować.
     —    Al, postanowiliśmy zarejestrować, jak się upiększasz w tym historycznym momencie.
     —    Przyda się do przyszłych filmów dokumentalnych o tobie.
     —    Życie i twórczość, odcinek: przygotowania do finału.
     —    Na zapleczu, z dala od ciekawskich dziennikarzy i zawistnych kolegów, z grzebieniem w ręku, szef najważniejszej misji w dziejach ludzkości pozostawał jak zawsze skromny i naturalny…
     Townsend lekko się uśmiechnął. Napięcie daje się jego współpracownikom we znaki. Zazwyczaj bywali dowcipniejsi.
     Przypiął mikrofon do koszuli.
     —    Możemy nagrać coś dodatkowego później. Dla potomności.
     —    Oczywiście — potwierdziła Nisreen, szefowa jego sekretariatu.
     Albert zdjął marynarkę od jasnoszarego garnituru, powiesił ją na oparciu krzesła. Podwinął rękawy i popatrzył w lustro.
     W samej tylko koszuli, lekko wygniecionej, wyglądał tak, jak chciał wyglądać – jakby wyszedł na przerwę z sali wykładowej albo z laboratorium.
     —    Miał wady, jak każdy człowiek. Tylko jego najbliżsi współpracownicy wiedzieli, że lubi dobrze wypaść i że pozwala sobie niekiedy na drobne, nikomu nieszkodzące manipulacje…
     Townsend zerknął spod oka na mówiącego. Wszyscy się roześmieli.
     —    Powodzenia!
     —    Trzymamy kciuki!
     Gdy wyszli na korytarz, szedł pierwszy. Błękitna koszula, zgrabna sylwetka, na której dobrze leżały ubrania. Osoby kręcące się przed wejściem do sali konferencyjnej zaglądały mu w oczy.
     Gleb, jeden z asystentów, wyprzedził go i usłużnie otworzył drzwi. Albert podziękował spojrzeniem.
     Sala, do której weszli, miała wielkość parlamentarnej auli. Gdyby nie to, że zaciemniono okna, roztaczałby się z niej widok na zalane słońcem kalifornijskie pasmo Santa Cruz. Pięćset miejsc, zajętych teraz do ostatniego krzesła. Przypominała kino – zebrani siedzieli przed wielkim ekranem, pod którym znajdowała się scena. W tej chwili stał na niej drugi asystent Townsenda.
     —    A oto i on — powiedział.
     Al odwrócił się do widowni. Najpierw trzy sekundy dla publiczności. Niech mu się przyjrzą, oswoją z jego widokiem.
     Światło bijące ze sceny docierało jedynie do pierwszych rzędów. Następne ginęły w półmroku. Z coraz głębszych ciemności wyłaniały się tylko niewyraźne twarze. Rozglądać się, wypatrywać znajomych, byłoby oznaką stresu, a przynajmniej braku pewności siebie, profesor patrzył więc na wprost. Skonstatował oczywistość: gdy ma się przed sobą pięćset osób, w oczy rzucają się nie różnice w wyglądzie, lecz łączące wszystkich podobieństwo. Uzupełniony o kilka zmiennych ten sam genetyczny wzór.
     Albert Townsend, astrofizyk i inżynier technologii kosmicznych, był wysokim, lekko rudziejącym blondynem o pociągłej twarzy, ostrym podbródku i wysokim czole. Szczupły, wysportowany, poruszał się sprężycie i lekko; sprawiał wrażenie, że zawsze jest gotowy odwrócić się, przyjąć inną pozycję, zmienić położenie w przestrzeni. Jasne oczy miały przyjazny wyraz, ale jego spojrzenie trudno było uchwycić – patrzył na człowieka krótko, a potem uciekał wzrokiem, jakby chciał jak najszybciej wrócić do swoich myśli.
     Obecni w auli zaczęli robić mu zdjęcia. Mniej więcej jedna trzecia czuła się wyróżniona – znali go osobiście.
     Townsend przesunął wzrokiem po sali. Gotowi? Gestem uruchomił komputer.
     Na ekranie za jego plecami wyświetlił się film złożony ze zdjęć zrobionych przez teleskopy orbitalne. Przedstawiał rozżarzony, pulsujący w ciemnościach punkt. Ze skazą, kilkoma zaczernionymi pikselami, powiększonymi w oddzielnym oknie.
     Tranzyt planety na tle gwiazdy.
     —    Co czujecie, gdy patrzycie na tę fotografię? — zapytał Townsend, a system nagłośnienia rozniósł jego słowa po sali. — Jakie emocje budzi w was ten widok? — Kliknięcie i zebranym ukazała się artystyczna wizja pokrytego lodem globu. — Jesteście podnieceni? Osłupiali z fascynacji? Czy raczej przestraszeni? A może myślicie, że uczucia nie mają znaczenia? No cóż, Paul Clancy — klik, zdjęcie starszego mężczyzny o bystrym spojrzeniu — jeden z moich znakomitych poprzedników, wsławił się powiedzeniem, że pragnienie eksploracji nie jest intelektualne, lecz impulsywne.
     Profesor mówił z niskim, starannie modulowanym głosem.
     —    Ten widok — wrócił do lodowego globu — budzi w nas impuls. Ja osobiście, gdy na to patrzę, czuję fascynację połączoną z niepokojem. Zaczynam zadawać sobie pytania: czy sobie poradzę? Czy to dla mnie nie za dużo? Czy ludzkość na to stać? — Po sali przeszedł szmer. — No właśnie, wszyscy słyszeliśmy już ten zarzut. „Lepiej byłoby, żebyście wydali te pieniądze na poszukiwanie lekarstwa na raka. Na powstrzymanie kolejnych pandemii. Na pokrycie Sahary panelami słonecznymi, na podniesienie o kolejny metr europejskiej tamy”.
     Umilkł. Przeszedł parę kroków w prawo, tak, by stanąć obok ekranu. Nie chciał go zasłaniać, lecz sprawiać wrażenie, że jest tylko dodatkiem do treści zawartej w obrazach.
     —    Podsuwający nam tego rodzaju pomysły mają sporo racji. Każdy z tych celów, w ujęciu krótkoterminowym, jest ważniejszy od naszego. A więc powstaje pytanie – dlaczego wybieramy eksplorację? Co się kryje za kierującym nami impulsem? Nie ścigamy się już z obcym mocarstwem za żelazną kurtyną — kliknięcie, zdjęcie z misji Apollo — nie pragniemy się wzbogacić, handlując goździkami czy gałką muszkatołową — rycina z Vasco da Gamą — nie zamierzamy rozsławić na świecie imienia swojego władcy — Zhang He, wracający z pionierskiej wyprawy do Afryki. — A może chcemy zyskać sławę pierwszego zdobywcy odległego punktu na mapie, jak Roald Amundsen? — Ubrany w grube futro mężczyzna z zaprzęgiem psów. — Nawet jeśli się nam to uda, nie dowie się o tym nikt na tej sali… Chyba że ktoś tu jest w ciąży.
     Przez salę przebiegł śmiech, krótki, aprobujący. Townsend wyświetlił kolejny obraz – białą, pustą przestrzeń.
     —    Wyobraźmy sobie, że przenosimy się w czasie, pięćdziesiąt tysięcy lat wstecz. Pierwsza grupa ludzi sforsowała właśnie Cieśninę Beringa. Choć tego nie wiedzą, otwiera się przed nimi połowa globu, obie Ameryki. Niewiarygodnie wielki obszar lądu, nie do skolonizowania nie tylko dla jednego, ale i dziesięciu pokoleń. Kto pierwszy postawił stopę na dzisiejszej Alasce? Nigdy się tego nie dowiemy. Ale możemy sobie wyobrazić, co kierowało tym człowiekiem, gdy prowadził swoich pobratymców w nieznane.
     Zaczął iść wzdłuż ekranu. Każdy krok odmierzał rytm słów.
     —    Ciekawość. Zmysł przygody. Chęć zapewnienia swojej grupie lepszego życia. Lojalność. Dzielność. — Zatrzymał się na środku sceny. — Odwaga.
     Popatrzył po sali.
     —    By poczuć impuls, o którym mówił Clancy, potrzebna jest odwaga — podjął, zwracając się wprost do widowni. — Ten rodzaj zuchwałej dzielności, który jest przeciwieństwem wykalkulowanego rozsądku. Rozpoczynając to, z czym dziś startujemy, i czego efekty będą znane dopiero za wiele pokoleń, powinniśmy pamiętać o pierwszym człowieku, który wiódł swoich ludzi przez pokrytą lodem Cieśninę Beringa. Nie był rozsądny, ale wykazał się odwagą. Nie bał się, a jeśli nawet się bał – zdołał pokonać strach. Mógł nie ryzykować, ale stawił czoło niebezpieczeństwu. Mógł zostać w miejscu, ale ruszył naprzód.
     Pauza, już ostatnia.
     —    Odwaga. To jest właśnie cecha, która uczyniła nas tym, kim jesteśmy. Wykorzystajmy ją. „Płomień” jest po to, żebyśmy wszyscy mogli znów poczuć odwagę. Żeby każdy z nas mógł powiedzieć sobie i wszystkim dookoła: jestem człowiekiem, nie boję się.
     Oklaski.”

Powyższy fragment pochodzi z książki "Płomień" Magdaleny Salik, która miała premierę 10 września i ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.