Ponad 50 proc. Amerykanów nie wierzy, że Lee Harvey Oswald działał sam. Komu zależało na tym, by zabić Johna Fitzgeralda Kennedy’ego? Kto stał za „samotnym strzelcem”?

Podczas aresztowania 22 listopada 1963 r., w niecałe dwie godziny po zamachu, Lee Harvey Oswald twierdził, że jest „tylko kozłem ofiarnym”. Znaczenia tych słów nie wyjaśnił, gdyż sam zginął od kuli zamachowca. Jednak do dziś właśnie ta wypowiedź rozpala wyobraźnię ludzi, którzy chcą wyjaśnić, co stało się w Dallas. Śledczy Komisji Warrena, powołanej przez prezydenta Lyndona Johnsona, by ustalić okoliczności zamachu, nie rozwiali wszystkich wątpliwości.

Ich raport, choć z początku przyjęty entuzjastycznie, po dokładniejszej analizie okazał się pełen luk i niewyjaśnionych wątków. Publiczny pokaz tzw. filmu Zaprudera, biznesmena stojącego z amatorską kamerą na trasie przejazdu Kennedy’ego, choć przedstawiał moment śmierci prezydenta, przyniósł jeszcze więcej pytań. Postronny obserwator mógł odnieść wrażenie, że film wyraźnie pokazuje, iż śmiertelny strzał nie padł z okna magazynu książek, w którym ukrył się Oswald. Pytania, które pojawiają się od lat, brzmią: kto najwięcej zyskał na śmierci Johna F. Kennedy’ego i kto miał motyw? 

INTRYGA W BIAŁYM DOMU

„Przyjmij, proszę, wyrazy najgłębszego współczucia” – te słowa w 1921 r. były wiceprezydent Thomas Marshall skierował do kolegi Calvina Coolidge’a, który właśnie objął jego stanowisko.

Praca wiceprezydenta nie jest porywająca: jego główne zadanie to godne reprezentowanie
kraju i oczekiwanie na ewentualną śmierć urzędującego prezydenta, by płynnie zająć jego miejsce i sterować rządem do wyborów. Sam z siebie nie ma ani władzy, ani wpływów. Doskonale rozumiał to wiceprezydent Lyndon B. Johnson. Partia Demokratyczna mianowała go na wyborczego kompana Johna F. Kennedy’ego, by pozyskać wyborców w Teksana

sie, który to stan Johnson reprezentował w Senacie. Wielu, w tym sam wiceprezydent, uważało, że gdyby nie on, wybory wygraliby Republikanie. Problem w tym, że dwaj panowie, delikatnie mówiąc, nie przepadali za sobą. „Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby Lyndon został prezydentem?” – JFK miał zapytać kiedyś żony. W całym 1963 r. na rozmowach w cztery oczy spędzili zaledwie dwie godziny.

Prezydent nie do końca ufał Johnsonowi, a jego brat, prokurator generalny Robert Kennedy, szczerze go nienawidził. Wiceprezydent został skutecznie odcięty nie tylko od wpływów w Kongresie, ale i od własnych wyborców w Teksasie. Kiedy pojawiły się plotki, jakoby w następnych wyborach Kennedy planował wybrać innego kandydata na wiceprezydenta, Johnson mógł przeczuwać koniec swej politycznej kariery. Zaczął działać, wykorzystując resztki swoich wpływów. Nie przypadkiem – jak głoszą niektóre teorie – do zamachu doszło właśnie w Teksasie. Wiceprezydenta miało wesprzeć lobby naftowe, które po stracie wpływów na Kubie nie mogło sobie pozwolić na wypuszczenie z rąk złóż u brzegów Wietnamu. Być może Lyndon Johnson nie był lubiany za swoją teksańską przaśność, ale nie na tyle, by od razu czynić z niego spiskowca. Prezydent Kennedy wysyłał go na zagraniczne delegacje, gdzie Johnson, niczym gwiazda rocka, uwodził swoimi słowami i zachowaniem tłumy, promując „amerykański sen”. Niecały miesiąc przed zamachem prezydent jednoznacznie uciął plotki i potwierdził, że chce razem z Johnsonem ubiegać się o drugą kadencję. LBJ – jak nazywano polityka – był może zgorzkniały, ale nie był zabójcą..

 

PLUTO

Po nieudanej inwazji w Zatoce Świń relacje między prezydentem a Centralną Agencją Wywiadowczą znalazły się na granicy otwartej wrogości. W ramach „Operacji Pluto” grupa doskonale wyszkolonych w USA Kubańczyków miała wylądować na Kubie i poprowadzić kontrrewolucję przeciw Fidelowi Castro, w efekcie ponownie instalując na wyspie sprzyjający Waszyngtonowi rząd. Plan prosty, ale wymagający spełnienia mnóstwa warunków. Kennedy swoją działalnością bardziej przeszkadzał, niż pomagał organizatorom akcji. Przynajmniej według CIA

Najpierw ku przerażeniu agentów zaczął nalegać, by inwazja była tak dyskretna, jak tylko się da. Zamiast dobrze skomunikowanej plaży w mieście Trinidad wybrano otoczoną bagnami Zatokę Świń; zadecydowano, by inwazja nastąpiła w nocy; zmniejszono też ilość bombowców, które w barwach kubańskich kontrrewolucjonistów miały zniszczyć reżimowe lotnictwo.

Ten ostatni element zawiódł jako pierwszy: nalot nie spełnił swojego zadania, komunistyczne lotnictwo było gotowe odeprzeć atak. Seria pomyłek, połączona z niespodziewaną kompetencją sił zbrojnych Castro, sprawiła, że Kennedy spanikował: nie zezwolił na kolejny nalot, skazując kubańskich bojowników o wolność na wykrwawienie się na plaży pod ostrzałem czołgów.

Operacja okazała się spektakularną porażką. Ernesto „Che” Guevara wysłał amerykańskiemu prezydentowi list gratulacyjny, dziękując za nieocenione wsparcie dla rewolucji. Kennedy był wściekły, całą winą obarczył „mądrali” z CIA i wojska. Następnie zrobił coś, co dla „twardogłowych” oficerów i szpiegów było nie do pomyślenia: podczas konferencji prasowej przyznał, że rząd USA stał za inwazją i wziął na siebie winę. Oczywiście tylko symbolicznie, gdyż to szef CIA Allan Dulles stracił stanowisko, a poparcie dla JFK wzrosło pomimo porażki.

CIA z pewnością miało zarówno motyw, jak i możliwości, by zamach na prezydenta przeprowadzić. Desperacka próba Oswalda mogła zostać użyta jako przykrywka dla zawodowych snajperów. Prawda wydaje się jednak inna: śmierć prezydenta niewiele by amerykańskim wywiadowcom dała, za to mogłaby pokrzyżować wiele planów. Od swojego powstania po II wojnie światowej Agencja prowadziła wiele tajnych operacji poza granicami kra-

ju – niektóre z nich o wątpliwej legalności. Agentom CIA zależało, by śledztwo zamknięto jak najszybciej – w przeciwnym razie śledczy Komisji Warrena mogliby zacząć wnikać w sekrety CIA, w tym w próby zamachów i sponsorowanie przewrotów w Ameryce Południowej. Ujawnienie tych informacji dałoby argumenty wrogom USA na arenie międzynarodowej. Problem w tym, że dość pragmatyczna decyzja ze strony CIA o niekontynuowaniu śledztwa wzmogła nieufność obywateli i popularność teorii spiskowych.

 

SEKRETY „FEDERALNYCH” I MAFII

Dyrektor Federalnego Biura Śledczego J. Edgar Hoover słynął z nieufności wobec kolejnych prezydentów. Kiedy Harry Truman ignorował jego ostrzeżenia o komunistycznej siatce oplatającej Stany Zjednoczone, wściekły Hoover stwierdził, że sam prezydent musi być agentem.

Pod rządami Hoovera FBI pozyskiwało informacje na temat każdego podejrzanego o członkostwo w „radykalnej” organizacji, czy to komunisty, czy walczącego o równouprawnienie. Z lubością zbierał „haki” na osoby sławne i wpływowe: od artystów, jak Frank Sinatra czy Marilyn Monroe, przez naukowców, jak Albert Einstein, po polityków.

Młodym Johnem F. Kennedym FBI zainteresowało się po raz pierwszy jeszcze w czasie drugiej wojny światowej w trakcie rozpracowywania jego kochanki, podejrzanej o szpiegowanie dla nazistów. Dyrektor FBI od początku gardził Johnem i Robertem Kennedy, tym pierwszym za niemoralny, rozwiązły styl życia, drugim za wsparcie, jakiego udzielał afroamerykańskim aktywistom pokroju doktora Martina Luthera Kinga. Hoover zaczął więc dokładnie badać otoczenie prezydenta, szukając „zagrożeń dla bezpieczeństwa” – kompromitujących materiałów, przydatnych gdyby prezydent planował zmniejszyć wpływy FBI.

„Haki” – jak łatwo się domyślić – Hoover znalazł bez problemu. Nie tylko okazało się, że przyjaciel prezydenta piosenkarz Frank Sinatra utrzymuje bliskie kontakty z mafijnymi tuzami, ale też jedna z kochanek JFK – Judith Campbell była kochanką Sama Giancany, następcy Ala Capone. Szef FBI przedstawił teczkę Sinatry Robertowi Kennedy’emu tuż przed zaplanowanym w posesji Sinatry rautem, sugerując, że tylko on, J. Edgar Hoover, może ochronić dobre imię prezydenta. John F. Kennedy wizytę odwołał na godziny przed przybyciem, mówiąc zdumionemu piosenkarzowi, że „nie będzie spał w tym samym łóżku, co jakiś gangster”. Mafijni koledzy Sinatry zyskali kolejny powód do nienawiści do prezydenta.

Widząc wpływy Hoovera, bracia Kennedy rzekomo postanowili się zemścić i zmusić pierwszego dyrektora FBI do odejścia na emeryturę. Próba szantażu „teczkami” na prezydenta, wydawało się, nie zadziałała. Kiedy więc Hoover otrzymał informacje o planowanym przez mafię zamachu na prezydenta, miał rzekomo zrobić wszystko, by wykonanie owego planu ułatwić, a prawdę zataić. W dniu śmierci Lee Harveya Oswalda miał powiedzieć jednemu z prezydenckich doradców: „Najbardziej teraz zależy mi na tym, by znaleźć coś, co przekona wszystkich, że Oswald działał sam”.

Faktem jest, że Hoover prezydenta Kennedy’ego nie znosił. Z wzajemnością. Prawdą jest również to, że usilnie forsował teorię „samotnego strzelca”. Nie robił tego jednak, by ukryć swoją winę, lecz niekompetencję. Oswald, znany komunista, człowiek, który uciekł do ZSRR, by następnie wrócić do kraju; który kontaktował się z ambasadami ZSRR i Kuby (piszemy o tym na stronach 40 i 36) – był obserwowany przez agentów FBI. Robili to jednak na tyle nieskutecznie, że o aresztowaniu domniemanego zabójcy dowiedzieli się od policji. Dyrektor FBI robił więc wszystko, by nie sprawić wrażenia, że to niekompetencja Biura pozwoliła na przeprowadzenie zamachu. „Pierwszą myślą Hoovera – miał potem powiedzieć jeden z jego zastępców – było chronienie własnej głowy”.

Interesy amerykańskiej przestępczości zorganizowanej także kręciły się wokół klanu Kennedych, CIA oraz Kuby. W tle politycznych sporów i walk wywiadów mafiosi wykorzystywali swoje niemałe wpływy, by maksymalizować zyski. W 1959 r., po rewolucji na Kubie, mafia straciła ogromne źródło dochodów w postaci tamtejszych kasyn i domów publicznych. Tajemnicą poliszynela było, że Sam Giancana podsuwał CIA pomysły, jak zabić Castro, a jeden z planów – zatrucie kubańskiego wodza przez skorumpowanego urzędnika – o mały włos nie zakończył się sukcesem.

To nie jedyny przykład współpracy mafii i CIA. Obecność amerykańskich wojsk w Wietnamie dała gangsterom łatwy dostęp do rynku narkotykowego w Azji Południowo-Wschodniej. Nielegalny towar trafiał do USA w wojskowych transportach z zabitymi i rannymi.

Również sam klan Kennedych rzekomo wiele zawdzięczał gangsterom. Patriarcha rodu Joseph Kennedy w czasach prohibicji podobno sporo zarobił na obrocie nielegalnym alkoholem. Zawiązana wtedy współpraca miała zaprocentować później – przedstawiciele mafii ponoć wspierali pierwsze próby wejścia młodego Johna F. Kennedy’ego do polityki oraz zbierali głosy podczas wyborów w 1960 roku. W zamian gangsterzy liczyli na przymykanie oka na nielegalną działalność.

Niestety, prezydent Kennedy rozpoczął wojnę z przestępczością zorganizowaną, mianując swojego brata Roberta na stanowisko prokuratora generalnego. W przeciwieństwie do niestroniącego od naginania reguł Johna, Bobby Kennedy dysponował niezłomnym kręgosłupem moralnym i nie tolerował układów z przestępcami. Wściekli gangsterzy wielokrotnie mieli na spotkaniach sugerować, że ktoś w końcu „sprzątnie” braci Kennedych.

Co gorsza, prezydent nie był też w stanie wykurzyć Castro z Kuby i – jak głosiły plotki – po cichu planował wycofanie wojsk z Wietnamu (przez co rzekomo nadepnął na odcisk nie tylko mafii). Giancana mógł wiedzieć o tych planach od Judith Campbell. Być może więc mafia postanowiła pozbyć się kłopotliwego polityka, zatrudniając niedobitki kubańskich imigrantów, cudem ocalone z plaż w Zatoce Świń. Oswald faktycznie byłby w takim układzie kozłem ofiarnym, którego kilka dni po zamachu zabił lokalny gangster Jack Ruby.

 

KONSORCJUM MILITARNO-PRZEMYSŁOWE

Wojna – jak głosi smutna prawda – doskonale służy interesom. W swoim pożegnalnym przemówieniu poprzednik Johna F. Kennedy’ego, prezydent Dwight D. Eisenhower, ostrzegał przed „uzyskaniem wpływów przez kompleks militarno-przemysłowy”, który mógł zagrozić demokracji i wolności. Ów twór składający się z wojskowych, przemysłowców i bankierów miał zabiegać, by zimna wojna trwała jak najdłużej. Generalicja utrzymywałaby swoje polityczne wpływy, zbrojeniówka zarabiała na kontraktach dla wojska, no i wszyscy mieli powody, by brać pożyczki i kredyty.

Tymczasem prezydent Kennedy, mimo kompromitacji w Zatoce Świń, był bliski ocieplenia stosunków z Moskwą. Ze wszystkich rozpatrywanych powyżej teorii ta w największym stopniu zasługuje na miano „spiskowej”. Lobby przemysłowe zainteresowane wojną istniało i to jest fakt. Nie można jednak znaleźć żadnego elementu wskazującego, że jego członkowie mogli dążyć do zabójstwa prezydenta. Wydaje się, że ta koncepcja została stworzona tylko po to, by osłabić wersję z Lee Harveyem Oswaldem w roli głównej.

ZLEKCEWAŻONY ZABÓJCA?

W tym natłoku wielkich politycznych rozgrywek i zimnowojennych starć wywiadów często zapomina się o Lee Harveyu Oswaldzie. Większość spiskowych teorii dotyczących śmierci J.F.K. wręcz z góry zakłada, że był to człowiek znikąd, który nie miał powodu ani możliwości, by sam zabić prezydenta. Tymczasem miał motyw, by zamordować prezydenta: własne wybujałe ego.

Na jednym z testów psychologicznych Oswald został określony jako „wycofany”, „nieprzystosowany do życia w społeczeństwie” oraz „często uciekający w fantazje graniczące z manią wielkości”. W wieku 17 lat wstąpił do US Marines, najprawdopodobniej by uciec przed nadopiekuńczą matką (jego ojciec zmarł, gdy Lee był dzieckiem). W wojsku służył jako operator radaru, choć ćwiczenia na strzelnicy kwalifikowały go do kariery strzelca wyborowego. Chociaż pracował w tajnej bazie obsługującej samoloty szpiegowskie U-2, był zafascynowany komunizmem: czytał komunistyczną literaturę, nauczył się nawet podstaw rosyjskiego. Jego poglądy nie stanowiły tajemnicy, koledzy z bazy przezywali go „Oswaldowicz”.

Lee odszedł z armii rzekomo po to, by opiekować się chorą matką. Bez matury rozesłał zgłoszenia na zagraniczne uniwersytety. Jednak żaden nie wyraził chęci jego przyjęcia. Ruszył więc w podróż do Europy i przez Finlandię trafił do ZSRR. Kiedy znudził się już krajem robotników, wrócił do USA.

Niestety, w ojczyźnie też czekała go nuda, fizyczna praca i frustracja, którą wyładowywał na współpracownikach. W marcu 1963 r. czara się przelała i Oswald zdobył się na desperacki krok: dokonał nieudanego zamachu na radykalnego antykomunistę, emerytowanego generała George’a Walkera. Chybił o włos – kula, zamiast trafić w głowę polityka, odbiła się od okiennego słupka. Oswald zbiegł, a poszlaki świadczące o jego winie wykryto po jego śmierci.

Niebawem niedoszły zamachowiec pojechał do Nowego Orleanu, by współpracować z organizacjami popierającymi Castro, w tajemniczych okolicznościach odwiedził też Meksyk. Tam najprawdopodobniej starał się o kubańską wizę. Gdy ten plan zawiódł, najpewniej postanowił pokazać, że stać go na wielkie czyny.

Lee Harvey Oswald całe życie szukał akceptacji, chciał, by ludzie go podziwiali. Ta desperacja i frustracja sprawiły, że „śmieszny, mały komunista” – jak nazwała go Jackie Kennedy – zabił najpotężniejszego człowieka na świecie.