Lot samolotem w Polsce lat 60. był nie lada gratką. Jeszcze większym rarytasem był własny paszport. Jednak dwóch młodych pasażerów w samolocie z Budapesztu, który 4 grudnia 1969 r. miał wylądować na Okęciu, miny miało nietęgie. Przez cały lot szeptali między sobą, próbując ustalić wiarygodną wersję wydarzeń, jakie 10 dni wcześniej rozegrały się w pociągu relacji Warszawa–Belgrad. Na lotnisku czekali już na nich funkcjonariusze Wojsk Ochrony Pogranicza. Przesłuchali mężczyzn, a po nocy spędzonej w areszcie przetransportowali do TUKA Górnośląskiej Brygady WOP.  Żołnierze konwojujący dwóch 20-latków – Andrzeja Staszewskiego i Janusza Radwańskiego – byli zapewne ich rówieśnikami. Dlatego w odruchu młodzieńczej solidarności zgodzili się, aby w Gliwicach i Katowicach aresztanci wysłali dwie kartki pocztowe. Ich odbiorcą był mieszkający w Warszawie Marek Kostecki. Obie kartki zawierały jedynie pozdrowienia. Jednak adresat wiedział, że wpadł w tarapaty, podobnie jak nadawcy. Kostecki i Staszewski mogli jeszcze żywić nadzieję, że nie będą one poważne. Jednak Janusz Radwański nie po raz pierwszy próbował uciec z PRL-u. Miał na koncie już jeden wyrok w zawieszeniu. Władze opisały go po pierwszej nieudanej ucieczce bez sentymentów: „pochodzenia społecznego inteligencji pracującej, kawaler, o wykształceniu 6 klas szkoły podstawowej, niezorganizowany, bez stałego miejsca zatrudnienia”. Dlatego tym razem miały być dla niego już mniej łaskawe.

DROGI DO PARYŻA

PRL-owscy urzędnicy nie potrafili zrozumieć, że dla Janusza Radwańskiego wszystkie drogi prowadzą do Francji. W 1965 roku jako 16-latek pojechał tam w odwiedziny do matki. Mieszkała w Saint-Maixent-l’École wspólnie z bratem – przedsiębiorcą trudniącym się wyrobem czapek i mundurów wojskowych. Janusz wielokrotnie jeździł do polskiej ambasady w Paryżu przedłużać pozwolenie na pobyt. W końcu wystąpił o paszport konsularny (dla Polaków stale przebywających za granicą), który mu przyznano. We Francji spędził dwa i pół roku. Pracował u wujka. Został przyjęty do szkoły średniej. Grał w miejscowej drużynie piłkarskiej. Idylla trwała do 1967 roku. List, który w początkach tego roku otrzymał od brata Zbigniewa (w kraju mieszkali ojciec i starsze rodzeństwo Janusza), zwiastował kłopoty. Radwański dowiedział się, że w Warszawie przeprowadzano rejestrację przedpoborowych. Był wzywany do WKR. W trakcie rodzinnych narad rozpatrywano różne opcje – m.in. przyjęcie francuskiego obywatelstwa i odbycie służby wojskowej we francuskiej armii. Zwyciężył pomysł, by wracał do Polski i po spełnieniu obowiązku wobec Ojczyzny wyjechał ponownie do Francji – na stałe.

MARSZ DO ARMII

Janusz Radwański wrócił więc do Warszawy i w czerwcu 1968 r. został skierowany do odbycia służby wojskowej w jednostce w Jasienicy niedaleko Szczecina. Jako element niepewny (w końcu długo przebywał w kraju kapitalistycznym), zamiast dostać karabin, trafił do pomocy przy pracach żniwnych w PGR-ach (w jednym z nich wyrobił nawet sobie „bardzo złą opinię”, czego później nie ukrywał). Jednak już w listopadzie 1968 roku armia uznała, że szeregowy Radwański na niewiele jej się przyda i odesłała go do cywila. Janusz rozpoczął starania o wyjazd do Francji. Jego kolejne wnioski o wydanie paszportu wywoływały jedynie uśmieszek politowania urzędników. Przecież szeregowy mógłby we Francji zdradzić tajne plany akcji żniwnych na Pomorzu! O nie, o wydaniu paszportu przez najbliższe dwa lata mowy być nie mogło. Janusz nie pogodził się z tą decyzją. Postanowił poszukać własnej drogi do Paryża.

PRZEZ GÓRY DO SZCZĘŚCIA

 

Uciekać przez zieloną granicę w pojedynkę jest łatwiej i bezpieczniej niż w grupie. Jednak dawać nogę wespół z kompanami raźniej i weselej. Radwański przekonał czwórkę kumpli z podwórka i ze szkoły. 30 listopada 1968 roku wsiedli do nocnego pociągu do Zakopanego. W zimowej stolicy Polski mieszkał wuj Janusza. Chłopcy zwierzyli mu się ze swoich zamiarów. Mężczyzna starał się odwieść młodzieńców od tego pomysłu, ale bez skutku. Wieczorem 1 grudnia cała piątka wsiadła do autobusu jadącego w kierunku Czarnego Dunajca. Wysiedli na jednym z przystanków po drodze i ruszyli w stronę granicy z Czechosłowacją. Pogranicznicy wykazali się wyjątkowym gapiostwem i wesoła kompania w okolicach Chochołowa „wniknęła” na terytorium bratniego kraju. Zachęceni pierwszym sukcesem uciekinierzy ruszyli w stronę Suchej Góry.
Gościnny słowacki gospodarz  nakarmił ich i przenocował. Do Bratysławy dotarli po trzech dniach. Podróżowali czym się dało (autostopem, piechotą, na furmankach), a nocowali w stogach siana i stodołach. Noc z 4 na 5 grudnia 1968 r. w Bratysławie była mroźna, ale chłopców rozgrzewała myśl o rychłym spotkaniu z wolnym światem. Rano przekroczyli most na Dunaju i ruszyli w kierunku granicznej miejscowości Petrzałka (dziś to już dzielnica Bratysławy). Wieczorem pokonali dwie linie zasieków. Ale – jak informowało w poufnym sprawozdaniu kierownictwo Karpackiej Brygady WOP – „podczas pokonywania trzeciej przeszkody z drutu kolczastego zostali zatrzymani przez organa CSRS”. Czechosłowaccy pogranicznicy wsadzili schwytanych na 10 dni do aresztu.

W Polsce czekały ich dodatkowe, niespodziewane kłopoty. Pech bowiem chciał, że w nocy z 1 na 2 grudnia 1968 roku w Warszawie dokonano włamania do sklepu Mody Polskiej, kradnąc spore ilości ubrań z importu. Tymczasem koledzy uciekający z Radwańskim do aniołków nie należeli. Niektórzy notowani byli przez milicję. Prowadzący sprawę kradzieży wywnioskowali, że ich nieobecność w miejscach zameldowania wiąże się z rabunkiem. Na nic zdały się telefonogramy od WOP, że w czasie kradzieży przebywali już na terytorium Czechosłowacji. W domach, mieszkaniach rodzin i przyjaciół całej piątki przeprowadzono rewizje. Bliskich przesłuchiwano, a nawet zatrzymywano w areszcie. Minęło kilka miesięcy, nim śledczy wycofali oskarżenia o kradzież. Jednocześnie w Nowym Targu przygotowywano już proces za próbę ucieczki z kraju. W jego wyniku trzech z oskarżonych (w tym Radwańskiego) skazano na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata, a pozostałych dwóch (ponieważ mieli już wcześniej zatargi z prawem) na rok więzienia. Jednak Radwański tak łatwo się nie poddał. W końcu nie tylko przez Wiedeń, i nie tylko na piechotę można dostać się do Paryża.

POCIĄGIEM DO RAJU

Gdyby produkty PRL-owskiego przemysłu chemicznego wykazywały się większą trwałością, Radwański posmakowałby wolnego świata w 1969 r. Jednak zabrane na kolejną ucieczkę foliowe woreczki, które miały służyć do przechowywania moczu, okazały się bublami. I to już w trakcie eskapady, gdy zbiegowie ukrywali się na „strychu” – pod dachem wagonu pociągu relacji Warszawa – Belgrad. Czekali tam, aż skład przekroczy granicę czechosłowacko-węgierską. Niestety, zdradziła ich cuchnąca plama moczu na suficie przedziału. Kiedy do pociągu weszła węgierska straż graniczna z psami, te zaczęły straszliwie ujadać i wskazały pogranicznikom niecodzienną skrytkę zbiegów. Radwański wymyślił ten sposób ucieczki... 8 dni wcześniej. 16 listopada 1969 roku wspólnie z Andrzejem Staszewskim i Bernardem Ryszkowskim wracał pociągiem do Warszawy z Nowego Targu. Był tłok, ale Staszewski dysponował skombinowanym skądś specjalnym kluczem do otwierania drzwi w wagonach. Dzięki temu koledzy mogli rozsiąść się w jednym z rezerwowych, pustych przedziałów. W trakcie wizyty w toalecie uwagę Radwańskiego przykuł plan instalacji wodnej, biegnącej pod dachem wagonu. Prowadziła tam klapa w suficie , zamykana... na klucz do otwierania przedziałów! Szybko podzielił się spostrzeżeniem z kolegami. Zamknęli się w toalecie i po otwarciu klapy stwierdzili, że nad sufitem wagonu znajduje się „strych”, mogący pomieścić całą drużynę harcerską. Plan ucieczki narodził się błyskawicznie.

Już 19 listopada wszyscy trzej, z prowiantem i feralnymi workami na mocz, stawili się na Dworcu Gdańskim w Warszawie. Kupili bilety do Poznania i wsiedli w pociąg relacji Warszawa–Paryż . Zachowywali się jednak na tyle podejrzanie, że zwrócili uwagę konduktora. Zrezygnowali więc z podróży. Po krótkiej naradzie postanowili uciec innym pociągiem, kursującym do Belgradu. Uznali, że skład do Jugosławii nie będzie tak wnikliwie kontrolowany jak te do krajów kapitalistycznych. A z Jugosławii w miarę łatwo można przedostać się przez Triest do Włoch. 20 listopada trio podjęło więc próbę ze składem do Belgradu i… wtedy okazało się, że w tym typie pociągu brak jest klap, prowadzących na „strych”. Dwie nieudane próby wyczerpały psychicznie Ryszkowskiego. Nie tylko zrezygnował z ucieczki za granicę, ale nie pojawił się też, by zamknąć za kolegami właz (co było możliwe wyłącznie od zewnątrz) w kolejnym pociągu. I tu na scenie pojawia się adresat kartek pocztowych Marek Kostecki. To do niego, jako do przyjaciela, Staszewski zwrócił się o pomoc. Kostecki zgodził się – pod warunkiem, że o jego udziale nikt nigdy się nie dowie...

24 listopada spotkali się na Dworcu Głównym i po wykupieniu trzech biletów do Koluszek, o 7.15 rozpoczęli podróż pociągiem Warszawa – Belgrad. Po godzinie poszli do toalety, gdzie Radwański ze Staszewskim ukryli się na „strychu”. Kostecki klapę zablindował, wysiadł na stacji w Koluszkach i wrócił do Warszawy. Po kolejnych kilku godzinach pociąg minął polsko-czechosłowacką granicę i pomknął w stronę Węgier. Wszystko przebiegało bez zarzutu aż do czasu „awarii” woreczków na mocz...

Po wstępnych przesłuchaniach przez Węgrów ambasada polska w Budapeszcie wystawiła zbiegom paszporty konsularne. Samolotem wrócili do Polski. Z Okęcia przewieziono ich „na dołek” na Ochocie, a następnego dnia do aresztu w Cieszynie. Kiedy przesłuchujący usłyszeli zmyśloną w samolocie wersję wydarzeń Radwańskiego i Staszewskiego, szeroko otworzyli oczy ze zdumienia. Przyjaciele mieli rzekomo wybrać się w odwiedziny do mieszkającej na Śląsku Jolanty Dąbrowskiej, poznanej kilka dni wcześniej w Warszawie. Szczegóły tej wersji wydarzeń zapisał przesłuchujący zbiegów śledczy: „Nie mając pieniędzy na opłacenie całego biletu kolejowego, wykupili bilety tylko z Warszawy do Koluszek. Przed Koluszkami, celem uniknięcia kontroli ukryli się w ubikacji w szafce pod sufitem. W Katowicach, a następnie na dalszej trasie nie mogli rzekomo wydostać się z ukrycia z uwagi na duży tłok w pociągu. W ten sposób niezamierzenie przekroczyli granicę z Polski do CSRS”. Śledczy nie uwierzyli. Sąd skazał Andrzeja Staszewskiego na rok, a Marka Kosteckiego na pół roku pozbawienia wolności, zawieszając wykonanie kary na trzy lata . Janusz Radwański dostał rok więzienia. Odwieszono mu wyrok za poprzednią ucieczkę.

SAMOLOTEM KU NIEBU

 

W latach 70. Gierek uchylił drzwi prowadzące na Zachód. Oczywiście nie dla wszystkich. Jednym z tych, którym władza ludowa uparcie odmawiała wydania paszportu, był oczywiście Radwański. Nie porzucił myśli o wyjeździe. „Matka moja jest ciężko chora, przeszła w Paryżu dwie poważne operacje” –  argumentował w piśmie z 16 stycznia 1979 r. Bez skutku. Jego teczka z wydziału paszportowego (znajdująca się dziś w zasobach IPN) pełna jest kolejnych wniosków o paszport i odmów... Lata mijały. Radwański ożenił się, urodził mu się syn. Aż nagle na początku lat 80. zniknął. I nikt nie jest pewien w jaki sposób! Jedna z wersji mówi, że postanowił przechytrzyć urzędników. Na bazarze Różyckiego kupił dowód osobisty, a zawodowy fałszerz wkleił w dokumencie zdjęcie. Następnie, już z nową tożsamością, wystąpił z wnioskiem o paszport. Także jego żona i dziecko złożyli wnioski i też dokumenty otrzymali. Następnie cała trójka udała się samolotem do Paryża. Jeszcze na Okęciu zbieg drżał, by jego kilkuletni syn nie powiedział do niego „tato”... Bardziej prozaiczna wersja mówi, że po latach władze ulitowały się i wydały zgodę na wyjazd Radwańskiego. Jakkolwiek było, jedno jest pewne: dziś Radwański mieszka w Kanadzie i nie chce mówić o tym, jak wyjechał.

MŁODZI I AMBITNI
WYBIERAJĄ WOLNOŚĆNajliczniejszą grupą osób, próbującą uciec
z PRL-u w czasach, w których czynił to bohater
naszego tekstu, byli jego rówieśnicy. Tylko
w 1968 roku udało się przedostać na Zachód
i odmówić powrotu do kraju 94 osobom między
21.a 30.rokiem życia. Ze statystyk prowadzonych
przez służby bezpieczeństwa wynika, że od
1944 roku uciekło ponad 11 tysięcy młodych ludzi.
A wszystkich Polaków? Ponad 32 tysiące.
Te dane dotyczą tylko udanych ucieczek.
Prób praktycznie nikt nie ewidencjonował.Miejscem, w którym uciekinierzy z PRL-u
najczęściej się ujawniali (i pozostawali),
była Republika Federalna Niemiec. Sporo
osób przedostało się również do Francji.
Zdarzały się też tak egzotyczne państwa
jak Gujana, Kambodża, a nawet Tanzania.
W samej tylko Afryce wolność wybrało
w sumie 131 osób w ciągu 24 lat.Jak wynika z pracy Moniki Bortlik–Dźwirzyńskiej
i Marcina Niedurnego „Uciekinierzy z PRL” 
( wyd. IPN), Polacy imali się najrozmaitszych
sposobów, by opuścić kraj. Uciekali piechotą,
pociągami, samolotami, statkami. Nawet kajakami
i samolotami własnej konstrukcji. Próbowało im
to uniemożliwić blisko 20 tys. żołnierzy
Wojsk Ochrony Pogranicza.