Ludger ma 30 lat, rude włosy i smutek w oczach, chociaż jest aktorem w Berlinie i nieźle mu się powodzi. Z rodzicami widuje się rzadko, nigdy nie rozmawiają o uczuciach. Thelma pochodzi z Islandii, studiuje i pracuje w Berlinie, ale marzą jej się przygody. Chce zwiedzać świat, jest otwarta na nowości. Gisela to emerytowana nauczycielka z Niemiec. Od śmierci męża czuje się samotna. Co prawda ma dzieci, ale – jak mówi – matką jest tylko na papierze. Nie ma złudzeń, że jeśli zniedołężnieje, oddadzą ją do domu opieki społecznej. Ludgera, Thelmę i Giselę wiele dzieli. Łączy ich za to marzenie o prawdziwej, kochającej rodzinie. Dlatego zgłosili się do udziału w projekcie niemieckiej artystki konceptualnej Gudrun F. Widlok. „Adoptowani” to społeczny eksperyment, w którym rodziny z Afryki przygarniają samotnych Europejczyków. „Chciałbym być częścią dużej rodziny” – tłumaczy Ludger. „To cudowne zostać adoptowanym przez ciepłych, kochających ludzi z dalekiej Afryki” – rozpromienia się Thelma. „Mam dosyć Niemiec i wszystkiego, co niemieckie. Tęsknię za prawdziwymi emocjami. Może mogłabym jeszcze dla kogoś być babcią?” – marzy Gisela.

Berlińska melancholia

Wszystko zaczęło się od ulotki, którą niemiecka reżyserka Gudrun F. Widlok znalazła w skrzynce pocztowej. Było na niej zdjęcie smutnej dziewczynki i hasło: „Zasponsoruj dziecko z Trzeciego Świata”. Pomyślała: dlaczego nie odwrócić sytuacji i nie poszukać w Afryce ludzi, którzy przygarnęliby dorosłych z Europy? Pięć lat później Gudrun przegląda pliki dokumentów z wnioskami od osób, które chcą się poddać tej eksperymentalnej adopcji. Jest ich ponad setka: bladzi, smutni Niemcy, Holendrzy i Brytyjczycy w klimatyzowanych biurach i szarych garniturach oraz  roześmiane afrykańskie rodziny w kolorowych sukniach na tle palm. Kontrast nie mógł być większy. „Wielu Europejczyków, których znam, pragnie ciepła i  towarzystwa, ale nie mają ochoty zbyt mocno się angażować. Rodziny w Afryce, które zapraszają ich do siebie, dają im najlepszą lekcję więzi międzyludzkich” – tłumaczy Gudrun. Poszukiwania chętnych do projektu zaczęła w Burkina Faso, jednym z najbiedniejszych afrykańskich krajów, w którym podstawą życia społecznego jest wielopokoleniowa rodzina. Tam z pomocą kilku przyjaciół otworzyła pierwsze mobilne „biuro adopcyjne”, podobne oddziały powstały też m.in. w Ghanie. Udało się znaleźć rodziny dla 30 kandydatów z Europy. „Afrykanie ekscytowali się możliwością poznania innego świata. Są bardzo dumni z własnej kultury i chętnie dzielą się nią z innymi” – opowiada Niemka.

Rowery szczęścia nie dają