Dr Mirosław Zajdel jest informatykiem w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. W 2010 roku dostał Studenckiego Nobla za nowatorskie badania nad zachowaniami tłumu w sytuacjach zagrożenia

Judyta Sierakowska: Dlaczego chodzi pan z gwizdkiem i straszy ptaki?

Mirosław Zajdel: Ptaki reagują na dźwięk. U niektórych gatunków osobnik, który zauważy niebezpieczeństwo, wszczyna alarm. Informując stado i łącząc się z nim, maksymalizuje swoje szanse na przeżycie, bo w grupie zmniejsza się prawdopodobieństwo stania się celem ataku. Ludzie reagują podobnie jak zwierzęta. Gdy ktoś zda sobie sprawę z niebezpieczeństwa, to krzyczy, aby poinformować resztę. Tak stało się na przykład w Duisburgu, gdzie podczas Parady Miłości zginęło 21 osób, a około 500 zostało rannych. Ktoś w tunelu zaczął krzyczeć, bo zauważył, że ludzie są ściskani, a on sam jest wpychany w głąb tunelu! Krzyczał w nadziei, że tłum zacznie uciekać od tego niebezpiecznego miejsca, wtedy i on sam będzie mógł uciec. Niestety tłum był zbyt duży, a informacja zbyt mało czytelna, żeby wszyscy mogli zareagować odsunięciem się i rozluźnieniem ścisku wewnątrz. Dodatkowo, widząc, że dzieje się coś niepokojącego, ludzie zaczęli zachowywać się nerwowo i chaotycznie – ścisk stał się przez to jeszcze większy.

J.S.: Czyli krzyk, zamiast ostrzec, spotęgował zagrożenie?

M.Z.: Nie do końca. Warto zauważyć, że ofiary były tylko wewnątrz tunelu i u samego jego wlotu, czyli mimo wszystko te krzyki spowodowały, że część tłumu spoza tunelu się rozpierzchła. Mechanizm obserwowany u ptaków jednak zadziałał: ktoś dostrzegł źródło niebezpieczeństwa i starał się zaalarmować resztę tłumu.

J.S.: Czy można było coś zrobić, aby ludzie nie utknęli w „wąskim gardle”?

M.Z.: To proste: można było wpuszczać tam ludzi partiami! Ten sposób zastosowała choćby policja krakowska podczas tegorocznych juwenaliów. Na trasie pochodu było zwężenie, wokół ostre narożniki kamienic, gdyby tłum natarł, ludzie mogliby się zgnieść i pokaleczyć. Policja zareagowała trzeźwo, wpuszczała ludzi co kilka minut, nie pozwalając, by w wąskim gardle znalazło się zbyt dużo osób.

J.S.: A jaki mechanizm zadziałał przy rozdawaniu biletów na treningi piłkarzy podczas Euro 2012 właśnie w Krakowie? Kolejka szybko zmieniła się tam w niekontrolowany tłum. Ludziom brakowało tchu, zaczęli się deptać. Co się stało?

M.Z.: Ludzie zaczęli się zachowywać jak ryby w ławicy.

J.S.: To znaczy?

M.Z.: Ruch ryb w ławicy jest determinowany przez bezpośrednich sąsiadów, a o ruchu całości decydują osobniki znajdujące się z brzegu. Ryby starają się utrzymywać wokół siebie przestrzeń prywatną i nie stykać się z innymi rybami – ludzie też tego nie lubią. Wielkość tej przestrzeni zależy od sytuacji – wolno płynąca ławica jest większa, bardziej rozproszona, natomiast w przypadku niebezpieczeństwa staje się gęstsza. Podobnie jest z ludźmi – jeśli nie mają gdzie uciekać lub są zaniepokojeni, tłum gęstnieje. Gdy okazało się, że biletów dla wszystkich nie wystarczy, ludzie zaczęli kombinować i przepływać z jednego miejsca dystrybucji do innego w nadziei na zdobycie wejściówek.

J.S.: Powstał chaos?

M.Z.: Powstało kilka ławic, a jeśli jest ich kilka, to o tym, do której z nich ryba dołączy, decydują dwa czynniki: liczebność ławicy i odległość od niej. Jej wybór zależy bezpośrednio od poczucia bezpieczeństwa, które z kolei jest wypadkową tych dwóch czynników – ryba stawia na to, co jej się opłaca. Zachowanie ryb w ławicy daje bardzo czytelne modele matematyczne, które pozwalają na przykład badać naprężenia tłumu i jego ścisk. Komputer liczy takie rzeczy błyskawicznie.

J.S.: W listopadzie 2010 roku podczas święta wody w Phnom Penh w Kambodży wybuchła panika. Obchody odbywały się na wysepce, na która prowadził mały most. Zginęło wówczas ponad 300 osób – część została stratowana na moście, część się utopiła. Z zachowaniem jakich zwierząt można porównać tę sytuację?

M.Z.: Z zachowaniem mrówek. Na tej wyspie był drugi, starszy most, ale oddalony o kilkaset metrów! Nikt przez niego nie przeszedł, choć był stosunkowo niedaleko. To przypomina sytuację z przeprowadzanego na mrówkach Double Bridge Experiment. Od mrowiska do pożywienia prowadzi się dwa „mosty”: krótszy i dłuższy. Mrówki nie znają tych dróg i żeby znaleźć pożywienie, rozpierzchają się losowo. Po jego znalezieniu wracają do mrowiska – część krótszą, a część dłuższą drogą, a potem znów ruszają po żywność. Z czasem tych idących dłuższą drogą jest coraz mniej, bo pozostawione na drodze mrówcze feromony w końcu przyciągają większość mrówek na wygodniejszy, krótszy most. Feromon sprawia, że po pewnym czasie wszystkie osobniki wykonują te same działania na tej samej ścieżce. W Kambodży było podobnie. Część ludzi poszłaby pewnie drugim mostem, ale większość ruszyła w kierunku najbliższej przeprawy, co zadziałało na pozostałych jak feromon. Poszli na ślepo krótszą, choć niekoniecznie lepszą drogą na zasadzie owczego, a raczej mrówczego, pędu. Niestety zabójczego.

J.S.: Często wkłada pan kij w mrowisko?

M.Z.: Obserwując mrówki po włożeniu kija w mrowisko, można przeprowadzić szereg symulacji, których nie da się zrobić w chwili, gdy na przykład wybucha bomba w centrum handlowym. Bo i w tej sytuacji mrówki zachowują się jak ludzie. Chociażby krzyk sprawia, że zaczynamy zachowywać się nietypowo i poruszać w różnych kierunkach. W sytuacjach paniki odzywają się w nas pierwotne instynkty.