Kolorowy ekran ze znaną z iPhone’a technologią dotykową multi-touch można obsługiwać łatwiej niż którykolwiek z konkurencyjnych czytników, a bezprzewodowy dostęp do internetu (także w komórkowej technologii 3G) pozwala na załadowanie do urządzenia jednej z tysięcy książek czy gazet – szybko i taniej niż w przypadku papierowych odpowiedników. Dodajmy do tego możliwość uruchamiania wszystkich aplikacji znanych z iPhone’a, możliwość pisania na dużej wygodnej klawiaturze wirtualnej, obsługiwany dotykowo pakiet biurowy, „seksowny” wygląd i mamy kolejny gadżet, który może podbić świat i zmienić sposób, w jaki korzystamy z różnych mediów – w tym także z wynalazku Gutenberga.

Kiedy w październiku 2001 r. szef Apple’a Steve Jobs prezentował iPoda – biały gadżet wielkości talii kart – mało kto wierzył, że ten odtwarzacz MP3 zmieni rynek i ocali rynek muzyczny przed upadkiem z powodu szalejącego piractwa (to były czasy świetności Napstera – serwisu do darmowej wymiany plików). W kwietniu 2003 r. Apple dodało do iPoda sklep z muzyką iTunes. Wystarczyło 99 centów i jedno kliknięcie, by cieszyć się legalną muzyką na odtwarzaczu i w komputerze. Wtedy ruszyła lawina – do dziś z iTunes ściągnięto już ponad 6 mld utworów, a sklep stał się największym sprzedawcą muzyki na amerykańskim rynku. Prężnie działa też w innych krajach (choć, niestety, nie w Polsce). Teraz podobna historia może powtórzyć się w branży wydawniczej.

CZYTNIK Z JABŁKIEM W HERBIE


iPad tak nazywa się najnowsze urządzenie Apple’a, pozwalające m.in. na czytanie elektronicznych książek i prasy na kolorowym dotykowym wyświetlaczu.Ekran 9,7-calowy LCD z technologią multi-touch oraz IPS (In-Plane Switching),zapewniającą widoczność obrazu pod dowolnym kątem.Pamięć 16, 32 lub 64 GBZłącza iPod connectorDostęp do sieci WiFi (802.11n), opcjonalnie 3 GInne Bluetooth 2.1 z EDRCzas pracy 10 godz., miesiąc w trybie standbyWaga 680 g (730 g z 3 G)Cena od 499 dol. (WiFi, 16 GB) do 829 dol. (WiFi/3G, 64 GB)Dodatki dok z ładowarką (stojący w nim iPad może służyć jako cyfrowa ramka do zdjęć); dok z klawiaturą (wtedy mamy coś na kształt rozkładanego laptopa); skórzana okładka (chroni iPada i sprawia, że przypomina książkę)

ŚCIŚLE TAJNA KREACJA


Plotki o tym, że Apple przygotowuje tablet, krążyły od kilku lat. Prace nad tym urządzeniem przeciągały się, ponieważ Steve Jobs odrzucał kolejne projekty. Nic dziwnego – o perfekcjonizmie szefa Apple’a krążą legendy.

Plotki wybuchają co jakiś czas, ale na początku roku nastąpiła wręcz atomowa eksplozja, bo Apple na 27 stycznia zaprosiło dziennikarzy na konferencję, by pokazać im „najnowszą kreację”. Pewien serwis internetowy zaoferował nawet 100 tys. dolarów za możliwość obejrzenia owego hipotetycznego gadżetu przed premierą (i dostał uprzejmy list od prawników Apple’a, by wycofał tę ofertę). Dwa tygodnie przed 27 stycznia, na targach elektroniki użytkowej CES w Las Vegas, konkurencja próbowała ukraść show Apple’owi. Prezes Microsoftu Steve Ballmer zaprezentował całą gamę tabletów HP, które nazywał iSlate (choć tę nazwę już dawno zastrzegło sobie Apple).

Teraz wiemy już, że wszystkie te rozpaczliwe próby skończą się podobnie jak w przypadku klonów iPoda (takich jak chociażby Microsoft Zune). Apple po mistrzowsku połączyło elegancki funkcjonalny gadżet z tym, co jest nie mniej ważne – doskonałym zapleczem w postaci sklepu internetowego dla wydawców książek. Jednocześnie użytkownik może obejrzeć na czytniku dowolny dokument w formacie PDF – a więc także prezentację, artykuł naukowy czy instrukcję obsługi. Taki komfort może sprawić, że konkurencja w tej branży będzie musiała zmienić swe standardy albo po prostu przestanie się liczyć.

NIE OD RAZU TABLET ZBUDOWANO

 

iPad to oczywiście wcale nie pierwszy tablet i czytnik książek oraz gazet, tak jak iPod nie był pierwszym odtwarzaczem MP3. Tę rewolucję na dobre zapoczątkował Kindle – zaprezentowany w listopadzie 2007 r. czytnik e-książek promowany przez Jeffa Bezosa, założyciela i szefa Amazon.com, największej internetowej księgarni świata. Urządzenie miało dwie podstawowe zalety: wyraźny energooszczędny ekran do złudzenia przypominający papier oraz dostęp do kilkuset elektronicznych książek z Amazona. Co więcej, dostęp zawsze i wszędzie, bo przez sieć komórkową. Zakup książki pod wpływem impulsu (rzecz bardzo ważna dla speców od marketingu, a dla użytkownika po prostu wygodna) stał się możliwy już nie tylko w księgarni czy przy komputerze.Amazon nie podaje konkretnych danych o sprzedaży Kindle’a. Już pół roku po premierze analitycy wieszczyli sprzedaż rzędu 380 tys. sztuk. Ale to było jeszcze w czasach, kiedy Kindle dostępny był tylko w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem w zeszłym roku Amazon rozpoczął sprzedaż międzynarodową. Z informacji prasowych wiemy jedynie, że w okresie świątecznym 2009 r. Kindle był najgorętszym gadżetem w największej e-księgarni, a sprzedaż e-książek przewyższyła sprzedaż papierowych tomów. Na święta ze swoim czytnikiem nie zdążył konkurent Amazona, księgarnia Barnes & Noble. Ale jego Nook z podwójnym wyświetlaczem (kolorowy „pasek” LCD na dole plus czarno-biały e-papier na górze) zapowiada się jako godna konkurencja dla Kindle’a.Na tym rynku mocną pozycję ma jeszcze jeden gracz – Google. Firma z Mountain View od kilku lat gromadzi olbrzymią bibliotekę elektronicznych książek (projekt Google Books), która może zostać wykorzystana jako platforma startowa dla jakiegoś nowego czytnika. I to całkiem solidna – 9 października zeszłego roku Google ogłosiło, że ma już zeskanowanych 10 mln tomów! Większość to książki już niewznawiane w druku. Ale Google współpracuje z bibliotekami oraz z ponad 20 tys. wydawców i autorów z całego świata, by do swojej bazy ściągnąć jak najwięcej książek, także tych aktualnie wydawanych (wtedy w sieci publicznie dostępny jest tylko fragment książki, jednak całość można z łatwością kupić w sieciowej księgarni).Po co Google te książki? Rzecz jasna do wyświetlania reklam. Ale branża wydawnicza i medialna jest na Google’a wkurzona i o gładkim współdziałaniu nie ma mowy. Wydawcy książek są poirytowani tym, jak Google próbował wymusić na nich zezwolenie na zeskanowanie wszelkich książek, do których wygasły majątkowe prawa autorskie. Gigant z Mountain View wyznaczył po prostu dzień, do którego wydawca musi określić, czy wchodzi we współpracę, czy też nie. Jeśli się nie zgłosi, Google uznaje, że ma prawo do zeskanowania książki. Sprawa oparła się o Komisję Europejską i amerykański Departament Sprawiedliwości.Jeszcze większą nienawiścią do Google’a pałają wydawcy prasy, ponieważ w serwisie Google News dostępne są tak obszerne omówienia tekstów ze stron WWW gazet i czasopism, że użytkownicy w zasadzie nie muszą już klikać dalej i czytać źródeł. Jakie są tego skutki, nietrudno sobie dośpiewać – najwięcej kliknięć zbiera Google News, a media drukowane, choć to one są autorami tych informacji, muszą obejść się smakiem. Mniej kliknięć to mniejsze wpływy z reklam.Najmocniej walnął pięścią w stół Rupert Murdoch, szef koncernu News Corp., do którego od kilku lat należy dziennik „Wall Street Journal”. Pod koniec 2009 r. zapowiedział, że gotów jest zablokować Google’owi dostęp do wszystkich swoich treści, dogadując się choćby z Microsoftem, który dałby wszystko, żeby podpromować swoją wyszukiwarkę Bing. Google postanowiło się nieco ograniczyć, ale i tak wydawcy uważają firmę z Mountain View za ucieleśnienie zła. W Niemczech właśnie oskarżyli ją o praktyki monopolistyczne.

PROFESJONALNE SKANOWANIE


Na użytek projektu Google Books powstał specjalny system skanowania książek. Każdy, kto przynajmniej raz próbował zrobić coś takiego choćby z fragmentem jakiegoś tomu, zastanawia się, jak oni to robią, nie niszcząc oryginału? Książki – zwłaszcza te grube, w twardych oprawach – są oporne na digitalizację. Niełatwo je równo ułożyć na płycie skanera, a kiepsko dociśnięta „rozkładówka” powoduje zniekształcenia obrazu – litery rozszerzają się czasem tak, że program do rozpoznawania znaków (OCR) może mieć problem z prawidłowym ich odczytaniem. Najprościej jest rozciąć książkę i skanować poszczególne kartki oddzielnie – oczywiście jeśli nie jest to cenny archiwalny egzemplarz. Dlatego Google skonstruowało stanowisko skanujące z aparatem cyfrowym i czujnikami podczerwieni, które określają kształt rozłożonej książki i na tej podstawie korygują zniekształcenia obrazu.

TREŚCI NIE ZABRAKNIE

Cyfrowych książek i gazet do czytania na tabletach, smartfonach czy urządzeniach „kindle’opodobnych” nie brakuje. Amazon czy Barnes & Noble mają biblioteki idące w setki tysięcy tytułów. Darmowy Projekt Gutenberg oferuje 30 tys. tytułów w najrozmaitszych formatach. Brewster Kahle, milioner z Krzemowej Doliny, od 1996 r. buduje potężne cyfrowe archiwum o nazwie Internet Archive, w którym ma już 1,7 mln zeskanowanych książek. Udostępnił też wydawcom i bibliotekom technologię Bookserver pozwalającą skanować książki, a potem sprzedawać je lub wypożyczać przez internet. A co z prasą? Tu treści są od dawna dostępne w cyfrowej postaci – zarówno bieżące wydania, jak i większość archiwów. Wystarczy niewielki ruch, by udostępnić to wszystko żądnym treści właścicielom czytników. O ile rzecz jasna, uda się ich przekonać, by za to płacili. Na razie udaje się to umiarkowanie – znów mamy wiele serwisów (eKiosk, Zinio itd.) i wiele różnych formatów...

ZAMIAST KARTEK


Podstawą sukcesu Kindle’a jest tzw. elektroniczny papier. W tej technologii obraz tworzą drobinki wrażliwego na prąd pigmentu. Jeśli w danym punkcie przyłożymy ładunek dodatni, kulka ustawi się stroną ciemną, jeśli ujemny – odwróci się stroną jasną. Czytelność takiego ekranu jest lepsza niż LCD i wymaga on mało prądu. E-ink pozwala wyświetlać obraz tylko w odcieniach szarości, ale pojawiają się kolejne technologie: np. tajwańska spółka Pixel Qi proponuje wyświetlacz hybrydowy (ilustracja poniżej): w czasie normalnej pracy komputera (np. do gier czy filmów) ekran będzie kolorowy, ale można go też przełączyć na oszczędny tryb monochromatyczny. Wyłączamy wtedy tylne podświetlenie i rezygnujemy z zaciemniających obraz kolorowych filtrów.
 



Pozostaje pytanie: kto skrzyknie wydawców prasy i książek, by udostępnili swoje produkty pod jednym dachem i w jednym wygodnym formacie? Jeśli ktoś jest w stanie tego dokonać, to właśnie Apple i Steve Jobs. Dowód pierwszy – sukces sklepu muzycznego iTunes. Przed jego otwarciem każde studio nagraniowe robiło własne witryny. Warner Music sobie, Sony Music sobie itd. Do każdego serwisu trzeba było mieć oddzielne konto, czasem nawet osobny program do odczytu plików. Słowem – same kłopoty. A przecież klient, wchodząc do sklepu z płytami, nie szuka na półkach krążków BMG, Sony czy EMI. Szuka jazzu, rocka czy chilloutu, Dody albo Louisa Armstronga. I idzie do kasy – jednej dla wszystkich płyt. W ten sam sposób Jobs zorganizował iTunes. Podobny sukces (choć na mniejszą skalę) odniósł z filmami. Co prawda w 2007 r. wytwórnia NBC Universal postanowiła wycofać się ze sklepu, ale po roku jej szefowie posypali głowy popiołem i potulnie wrócili ze swoją ofertą.

Dowód drugi: sukces AppStore, czyli sklepu z aplikacjami dla iPhone’a. Początkowo Jobs nie chciał słyszeć o niezależnie pisanych programach dla telefonu Apple. Jednak w 2008 r. pojawiły się narzędzia dla programistów i wygodny dla klientów system dystrybucji. Tak jak w iTunes, w AppStore wystarczy jedno kliknięcie i aplikacja – za kilkadziesiąt centów czy kilka dolarów – ściąga się na telefon. Apple zatrzymuje dla siebie 30 proc. Resztę dostaje programista. Są tacy, którzy dorobili się na tym setek tysięcy dolarów. AppStore zaczynał w lipcu 2008 r. od 500 aplikacji. Dziś jest ich ponad 140 tys., a ściągano je już 3 mld razy

27 stycznia Jobs zaprezentował trzeci elektroniczny sklep – iBooks Store, w którym zgromadził największych wydawców: McGrawHill, HarperCollins, Penguin, Simon& Schuster, Hachette czy Macmillan.

Ewidentnie idzie więc na starcie z Amazon. com. Czy wygra? Na dzień dobry ma 145 mln użytkowników aktywnie korzystających z iTunes i AppStore, a więc chętnych do wydawania pieniędzy. Po drugie ma aplikację iBooks na iPada do czytania i kupowania książek. Działa to bardzo „realnie” – widać grubą warstwę kolejnych kartek, które można odwracać pociągnięciem palca (w Kindle odpada – nie ma ekranu dotykowego). iPad czyta książki w uniwersalnym formacie ePub, czyli takim jak Kindle i dziesiątki innych czytników e-booków – to na pewno ułatwi użytkownikom przesiadkę na iPada. A wydawcy dostali wybór – swoje e-booki mogą wstawiać do Amazona i/lub do iBooks Store.

Na taki wygodny sposób dystrybucji swoich treści czekają też wydawcy prasy. Pod koniec 2009 r., kiedy plotki o tablecie Apple’a buzowały niczym bąbelki we wstrząśniętym szampanie, kilku dużych wydawców zaczęło prezentować koncepcyjne wersje swoich magazynów na hipotetyczny tablet. Na YouTube można znaleźć zapierające dech w piersiach demo szwajcarskiego Bonniera i amerykańskiego wydawcy magazynu „Sports Illustrated”. Widać tam dotykowy interfejs multi- -touch, łączność z internetem pozwalającą komentować artykuły i zdjęcia, aktualizować newsy. Podobne ruchy zapowiedzieli też wydawcy m.in. magazynu „Wired” czy „New York Timesa”. Ten ostatni pokazał nawet swoją multimedialną aplikację na iPada podczas prezentacji 27 stycznia. I poinformował, że wersję na iPhone’a ściągnięto już 3 mln razy – to trzy razy więcej niż wynosi dzienny nakład tej gazety.

WRÓCI MODA NA CZYTANIE?

Wynalazek Gutenberga z 1450 r. ogromnie przyspieszył dystrybucję słowa pisanego. Zastąpił rzesze skrybów, a przy okazji doprowadził do rewolucji nie tylko kulturowej, ale religijnej i politycznej, umożliwiając mniejszościom narodowym i religijnym tanie propagowanie swych idei. Powszechny czytnik e-książek i magazynów mógłby przynieść jeszcze większe usprawnienia techniczne – dystrybucja treści byłaby natychmiastowa, podobnie jak ich aktualizacja. Jednocześnie dziennikarstwo stałoby się jeszcze bardziej interaktywne i multimedialne – czytelnicy mogliby komentować teksty prasowe na żywo, a dziennikarze dokładaliby do nich animacje czy filmy.A co z tradycyjną papierową książką czy gazetą? Ich nakłady spadną, ale na pewno papierowe wydania znajdą jeszcze wielu miłośników. „Nie wyobrażam sobie czytania dobrej książki w łóżku na ekranie jakiegoś urządzenia, choćby i bardzo poręcznego. Proszę pamiętać, że dobrze nam się czyta książki na papierze nie dlatego, że takie znamy od dzieciństwa. Książka ma za sobą kilkaset lat ewolucji” – przewidywał już kilkanaście lat temu Mieczysław Prószyński, współzałożyciel wydawnictwa Prószyński i S-ka. Pewne też jest, że tradycyjne książki jeszcze długo będą tańsze niż elektroniczne czytniki. Nie wszędzie są też one praktycznym rozwiązaniem – spróbujcie zabrać ze sobą tablet na kilkutygodniową wyprawę przez syberyjską zmarzlinę.Nowinki technologiczne mogą jednak doprowadzić do tego, że rynek mediów drukowanych złapie drugi oddech. Gdy odpadną koszty papieru i „fizycznej” dystrybucji, wydanie nowej książki czy magazynu stanie się tańsze i prostsze niż kiedykolwiek. Być może czeka nas renesans czytania – albo przynajmniej słuchania. I nie chodzi tu nawet o umiarkowanie popularne audiobooki, lecz o program Blio eReader, który potrafi swobodnie odczytywać dowolne pliki PDF na głos. Innymi słowy – jeszcze książka nie zginęła!

WIRTUALNIE PO POLSKU


E-papierowa rewolucja dotarła i do Polski. W grudniu firma Kolporter zaprezentowała urządzenie o nazwie eClicto – czytnik, wykorzystujący podobnie jak Kindle, ekran w technologii E-ink. A do tego sklep oferujący 800 e-książek, m.in. wydawnictwa WAB. Za eClicto trzeba zapłacić 899 zł, ale w cenie zawarty jest pakiet stu książek. Czytnik Kolportera nie ma jednak łączności bezprzewodowej (ani komórkowej, ani WiFi). Książki można wgrywać jedynie za pomocą kabla USB z komputera, co jest mało wygodne i eliminuje sprzedaż pod wpływem impulsu.

www.eclicto.pl