W dużych miastach nie ma już miejsc na cmentarze, a rodziny zmarłych nie chcą pokonywać dużych odległości, by odwiedzić groby bliskich. Odpowiedzią na ten problem jest koncepcja cmentarzy wertykalnych. Brazylijski Memorial Necrópole Ecumênica w mieście Santos zaczęto budować w 1983 roku. Projekt wieżowca przewidywał ok. 14 tys. kwater umieszczonych na 14 piętrach, jednak z biegiem lat rozrósł się niemal trzykrotnie. Obecnie znajduje się tam miejsce na 40 tys. grobów, a budynek mający 108 m wysokości jest jednym z najwyższych obiektów w Brazylii. Zmarłych można tam odwiedzać przez 24 godziny na dobę, posilić się w restauracji, pospacerować w ogrodzie,
odwiedzić ptaszarnię i niewielki wodospad oraz pomodlić się w kaplicy.

Podobne projekty opracowywane są w Norwegii i Francji, gdzie cmentarz wertykalny miałby być nie tylko miejscem pochówku, ale też architektonicznym symbolem miasta.
Nowoczesne kolumbaria są też tańsze niż umieszczenie urny na tradycyjnym cmentarzu w Japonii. W Tokio znajduje się kilka takich budynków, z których każdy może pomieścić 80 tys. urn. Odwiedzający udają się do jednej z wielu sal kontemplacji i korzystają z osobistego pilota, którym mogą sprowadzić do pomieszczenia prochy. Urna przybywa
w otoczeniu świeżych kwiatów, rozbrzmiewa delikatna muzyka, a na ekranie wyświetlane są sceny z życia zmarłego. W Chinach wertykalne kolumbaria buduje się od 25 lat, gdy cmentarze zaczęły wchłaniać obszary przeznaczone na uprawy. Dziś większość miast w Kraju Środka stosuje takie rozwiązanie.

POWRÓT DO ZIEMI

Ciało ludzkie może się rozłożyć w niecałe 130 dni lub przetrwać wieki. Powstaje pytanie, co po nas zostanie? W momencie śmierci zwłoki zawierają 219 różnych rodzajów toksycznych substancji, które później przenikają do środowiska. Jesteśmy przecież tym, co zjadamy – zawieramy konserwanty, pestycydy, metale ciężkie, w tym rtęć i ołów. Balsamowanie odbywa się przy użyciu silnych roztworów hamujących naturalne procesy zachodzące w glebie. Rozkład ciała zaburzany jest również przez sposób pochówku – dębowe trumny z metalowymi elementami, syntetyczne tkaniny, wybetonowane kwatery. Ekologia wskazuje kierunek całkowicie odwrotny. To nie zachowanie ciała jest
istotne, ale włączenie go w naturalny obieg pierwiastków w przyrodzie. Sukcesywnie rośnie popularność tej idei. Coraz więcej osób postanawia zamienić drewnianą trumnę na
inne materiały, takie jak papier drzewny lub kukurydziany, a nawet płócienny całun.

Projektantka mody Jae Rhim Lee opracowała kombinezon Infinity Burial Suit, który ma zastąpić trumnę. Krój jest zgrabny, na czarnym tle wije się wzór przypominający rozrost
grzybni. To nie przypadek – w tkaninę wszyte są bowiem zarodniki grzybów, które nie tylko błyskawicznie rozkładają ciało, ale mają też zdolność neutralizowania wielu toksyn.
Kompostowanie ciała, choć brzmi szokująco, zyskuje coraz więcej zwolenników. Pojawiają się koncepcje, gdzie efekt „naturalnej organicznej redukcji” może stanowić nawóz
dla drzew i krzewów. Takie jest założenie projektu Urban Death, stworzonego przez organizację non-profit Katriny Spade. Opracowany przez nią system zwany rekompozycją, który przekształca ludzkie ciało w glebę, otrzymał nagrodę Echoing Green Climate Fellowship. Proces ten polega na umieszczeniu ciała na 30 dni w zbiorniku wypełnionym słomą, drewnem i lucerną. Gdy temperatura wzrasta, następuje rozkład, podczas którego rozpada się większość chemicznych zanieczyszczeń, jak na przykład farmaceutyki.

Nie jest to nowa metoda. Spade zainspirowała się od dawna znanym sposobem utylizacji padłych zwierząt. To niejedyny sposób integracji zmarłych z naturą. Szwedzka biolożka Susanne Wiigh-Mäsak opracowała w 1999 roku proces zwany promesją. Jest to rodzaj liofilizacji, składający się z kilku etapów: schłodzenia za pomocą ciekłego azotu do temperatury –196°C, poddania ciała silnej rozdrabniającej wibracji i odparowania, wytrącania metali prądem elektrycznym, a następnie pochówku w biodegradowalnym naczyniu. To bardzo drogi proces, choć czysty i ekologiczny. Dużo prostsza jest resomacja, legalna już w kilku stanach USA. Zwłoki ogrzewane są pod wysokim ciśnieniem do 160°C w mieszaninie wody i wodorotlenku potasu. Proces trwa około trzech godzin, a jego rezultatem jest niewielka ilość płynu zawierającego aminokwasy, peptydy, cukry i sole oraz kości, które przekształca się w miał. Prochy otrzymuje rodzina, a reszta trafia do ekosystemu.

Jednym z najbardziej znanych koncepcji ekologicznych pochówków jest Capsula Mundi. Jajowaty pojemnik z biodegradowalnego materiału stanowi trumnę, w której zmarły
spocznie ułożony w pozycji embrionalnej. Po złożeniu w ziemi posadzone ma być na nim drzewo w wybranym gatunku. Bliscy mogą o nie dbać, mając świadomość, że roślina czerpie potrzebne do życia soki z ukochanej osoby. Zamiast burego, betonowego krajobrazu, powstałby las pamięci, troskliwie pielęgnowany przez rodziny i przyjaciół. Wiele osób czeka na realizację tego projektu. Jak dotąd, prezentowany na wielu wystawach, spotyka się z ogromna aprobatą.

W PROCH SIĘ OBRÓCISZ

Wydawać by się mogło, że kremacja ciała jest bardziej ekologicznym rozwiązaniem niż tradycyjny pogrzeb, jednak do spopielenia dorosłego człowieka zużywa się ok. 18 kg węgla lub 114 l paliwa. Mino to coraz więcej osób decyduje się na taki pochówek. W Polsce możemy złożyć prochy tylko w kolumbarium lub na cmentarzu. Prawo zabrania przechowywania ich w domu czy na posesji, nie wolno ich też rozsypywać. Nadal obowiązują przepisy z 1959 r., będące niemal kopią tych z lat 30. Zwolennicy ekologicznych pogrzebów w Polsce mogą jedynie pomarzyć o szybkim powrocie do natury. Pewnym odstępstwem od tradycji, akceptowanym w naszym kraju, jest zatopienie prochów w diamencie. Dla wielu osób pięknie oprawiony klejnot jest lepszym rozwiązaniem niż walka o posiadanie urny w domu.