Polacy wciąż nie wydają na swoje ogrody tyle, ile inne nacje – według raportu firmy Husqvarna jedynie 76 dol. na osobę rocznie. To niewiele w porównaniu np. ze Szwecją (250 dol.) czy USA (164 dol.), ale więcej niż chociażby w Szwajcarii (62 dol.). Coraz częściej poddajemy się obsesji, która za oceanem przybiera gigantyczną skalę. Dość powiedzieć, że Amerykanie wydają na swoje „żywe dywany” 40 mld dolarów rocznie (to więcej niż PKB całej Łotwy czy Islandii), a trawniki pokrywają tam dwa razy większy obszar niż uprawy bawełny. W wielu miastach USA za nieskoszenie trawnika – a czasem nawet za trawę powyżej 7,5 cm – grożą kary pieniężne.

„Nadal sądzimy, że trawnik jest w ogrodzie najłatwiejszy do utrzymania. Jednak w rzeczywistości wymaga on wiele pracy. Po części dlatego, że polski klimat jest dla trawników niezbyt korzystny”– mówi Kamila Tomasiewicz z pracowni architektury krajobrazu „Jardin”. Intensywne podlewanie to nie tylko koszty, ale też marnowanie wody pitnej  i wypłukiwanie z gleby cennych substancji. Dlatego coraz częściej stosujemy nawozy sztuczne, które z jednej strony zanieczyszczają środowisko, a z drugiej sprzyjają rozwojowi chwastów. I tu pojawia się trzeci, chyba największy problem – chemiczne środki ochrony roślin. W przypadku niektórych dostępnych na polskim rynku środków owadobójczych (insektycydów), chwastobójczych (herbicydów) czy ślimakobójczych rośnie liczba dowodów na to, że mogą być one szkodliwe nie tylko dla środowiska, ale i dla naszego zdrowia.

Niestety, często potrzeba wielu lat badań, by niebezpieczny preparat wycofano z obiegu. Tak stało się w 2007 r. ze środkami zawierającymi diazynon (np. Basudin 600 EW czy Diazol 500 EW). Środek ten, który na naszych forach ogrodniczych do dziś polecany jest jako świetny sposób na zwalczanie pędraków podgryzających korzenie trawy, uważano za niebezpieczny już w latach 80. XX w., kiedy jego stosowanie spowodowało masowe wymieranie ptaków wokół pól golfowych. Choć preparatów zawierających diazynon od kilku lat nie można już legalnie kupić w Polsce, pewnie jeszcze niejeden miłośnik trawników ma zapas w piwnicy.

Najsłynniejszy był przypadek DDT, za którego wynalezienie szwajcarski chemik Paul Müller dostał w 1948 roku medyczną Nagrodę Nobla. Już w latach 40. pojawiły się pierwsze doniesienia, że środek ten jest toksyczny także dla ludzi. Mimo to np. w Wielkiej Brytanii zakazano używania DDT w rolnictwie dopiero w 1984 roku, a w Indiach stosuje się go do dziś. Choć trawnikowe pestycydy obecnie dostępne w sklepach uważane są za dużo bezpieczniejsze niż DDT, niewiele wiemy o długofalowych skutkach ich działania.

Jeśli chodzi o środowisko, uczeni szacują, że środki ochrony roślin stosowane przez posiadaczy trawników przyczyniają się do śmierci ok. 20 mln ptaków rocznie w samych Stanach Zjednoczonych. „Tak naprawdę wciąż uczymy się, jaki te substancje mają wpływ na organizm człowieka” – mówi prof. Frank Rossi, specjalista od „trawnikologii” (ang. turfgrass science) na Cornell University. Sporo wiadomo już o rakotwórczych właściwościach 2,4-D (kwasu 2,4-dichlorofenoksyoctowego, wchodzącego w skład np. nawozu z odchwaszczaczem Substral 2w1).

Badania wykazały, że zwiększa on ryzyko zachorowania na chłoniaka złośliwego u psów, które często chodzą po trawnikach potraktowanych tym środkiem. Także u dzieci pestycydy mogą prowadzić do choroby nowotworowej. Uczeni z University of North Carolina wykazali, że używanie środków owado- i chwastobójczych w ogrodzie zwiększa u najmłodszych ryzyko zachorowania na nowotwór, a w szczególności na złośliwego mięsaka tkanek miękkich.