Brazylijskie lasy deszczowe nie są suche jak australijski busz i nie wystarczy malutka iskra by je podpalić. W wilgotnym klimacie dżungli ktoś musi się o ogień postarać. Problem w tym, że nie brakuje osób, dla których ten ogień jest wstępem do zysku. Najwidoczniej dłuższa perspektywa uduszenia się smogiem własnej cywilizacji im nie przeszkadza, albo wierzą, że dolary lepiej napędzą ludzki organizm niż tlen. Poirier przekonuje, że pożary są w interesie właścicieli lokalnych rancz i rolników, którzy od lat używają ognia by powiększać swoje hektary użytkowe.

Zdjęcie satelitarne Brazylii z zaznaczonymi pożarami w ciągu ostatnich 7 dni. Źródło: NASA

Pożary w Brazylii w tym roku są o 84% większe pod względem powierzchni niż w ubiegłym roku – to dane z brazylijskiego Instytutu Badań Kosmicznych (INPE) podlegającemu tamtejszemu Ministerstwu Technologii, Innowacji, Komunikacji i Nauki. Ponad połowa ognia trawi zielone płuca Ziemi (produkują 20% tlenu całej planety), czyli amazońskie lasy deszczowe. CNN cytuje Alberto Setzera z INPE, który mówi, że 99% z tych pożarów jest dziełem ludzkich rąk.

 

 

Brazylijski prezydent Jair Bolsonaro komentując sytuację mówił niedawno, że ma podejrzenia, że ogień podłożyły... organizacje pozarządowe (NGO), które chcą wymusić dotacje finansowe i podkopać dobrą ekonomiczną pozycję Brazylii. Mimo tego, że wycofał się później z tego oskarżenia podtrzymał zdanie, że NGOsy są głównym podejrzanym w tej sprawie.

Minister środowiska Brazylii Ricardo Salles został niedawno wybuczany przez aktywistów ekologicznych podczas szczytu klimatycznego dla Ameryki Łacińskiej w mieście Salvador. W swoich przemówieniach przekonuje, że państwo jest zaangażowane w ochronę środowiska. Jako przyczynę pożarów podawał jednak czynniki pogodowe.

 

 

Salles jest członkiem prawicowego rządu Bolsonaro, który otwarcie mówi o swoim pomyśle na lasy deszczowe. Nie brzmi on ekologicznie.

„Rozumiemy znaczenie Amazonii dla świata, ale Amazonia jest nasza. Nie będzie już więcej polityki takiej, jaką widzieliśmy w przeszłości. Ta była katastrofą dla wszystkich. Zachowujemy więcej lasów deszczowych niż ktokolwiek inny na świecie. Żaden kraj nie ma moralnego prawa mówić o Amazonii. Zniszczyliście swoje własne ekosystemy” - mówił podczas spotkania z zagranicznymi dziennikarzami w tym roku.

Organizacje zajmujące się ekologią alarmowały na temat zagrożeń związanych z eksploatacyjnymi planami administracji Bolsonaro od początku jego kadencji.

Tymczasem francuski premier Emmanuel Macron pisze w internecie o tym, że „płonie nasz dom” i wzywa do uczynienia z ochrony Amazonii jednym z głównych tematów najbliższego szczytu G7.

 

 

W grupie G7, która formalnie ma spełniać rolę organizacji najbogatszych państw świata. Jej status jest jednak dla wielu kontrowersyjny, bo nie ma w niej ani Chin (druga gospodarka świata), ani Indii (od lat bogatszej od Kanady, która jest członkiem grupy), ani Brazylii (choć w międzynarodowych rankingach 2014 roku była siódma na liście). Apel Macrona został ostro skomentowany przez Bolsonaro, który nazwał go „kolonialnym sposobem myślenia”.

 

 

W tle wojen politycznych rozgrywa się dramat, z którym przestały sobie radzić służby pożarnicze. W tym tygodniu Bolsonaro przyznał, że nie ma już środków na dalsze gaszenie ognia. O nagłaśnianie problemu i wsparcie zaapelował także Episkopat Ameryki Łacińskiej (CELAM).

W tym tygodniu organizacja pozarządowa democraciaAbierta (openDemocracy) ogłosiła, że dysponuje dowodami na to, że prezydent Bolsonaro celowo obarcza winą za pożary rdzennych mieszkańców lasów deszczowych by wywołać do nich niechęć i przekonać opinię publiczną do zagospodarowania tych obszarów. Elementem strategii ma być także sianie niechęci do NGOsów.

Fot. democraciaAbierta (openDemocracy)

W całej sprawie jest jeszcze jeden interesujący wątek, który komentatorzy łączą z pożarami. Jego bohaterem jest liczące około 2000 członków plemię Huaorani, które zajmuje obszar Rezerwatu Człowieka i Biosfery UNESCO. To jedno z plemion, które bardzo późno nawiązało kontakt ze światem zewnętrznym, dopiero w 1958 dotarła do nich amerykańska misjonarka. W tym roku Huaorani (nazywani też Waorani) wygrali precedensowy proces przeciwko rządowi Ekwadoru. Przedmiotem sprawy był los około pół miliona akrów ich ziemi, którą państwo chciało sprzedać kompanii wydobywającej ropę naftową.

 

 

- Rząd próbował sprzedać naszą ziemię korporacjom naftowym bez naszego pozwolenia. Nasz las to nasze życie. To my decydujemy o tym co dzieje się na naszej ziemi. Nigdy nie sprzedamy naszych lasów koncernom paliwowym – powiedziała w kwietniu, po ogłoszeniu wyroku Nemonte Nenquimo, przewodnicząca Organizacji Huaorani w prowincji Pastaza – Dzisiaj sądy uznały, że prawa ludzi Waorani i innych rdzennych ludów do własnej ziemi muszą być szanowane. Rządowy interes w wydobywaniu ropy nie jest wart więcej niż nasze prawa, nasze lasy i nasze życia.

Wśród internetowych komentatorów nie brakuje głosów, że pożary mogą być odpowiedzią na sądowe zwycięstwo Waorani.


Ile drzew potrzeba by ocalić nas przed klimatyczną katastrofą? Przeczytaj o tym w papierowym wydaniu Focusa!