Czy Kaddafi, który zamienił Libię w piekło, mógł liczyć na poparcie wielkich mocarstw? Oczywiście! Ci, którzy decydują o biegu najważniejszych spraw świata, bardzo nie chcieliby pozbywać się libijskiego satrapy. Dlatego, że wystarczająco dużo kłopotów sprawiło im odejście innych dyktatorów. To długa tradycja, choć bardzo kompromitująca demokratyczne rządy.

W pierwszej połowie XX w. mocarstwa demokratyczne hołubiły Hitlera, upatrując w nim obrońcę zachodniej cywilizacji przed bolszewickimi hordami. Nie było to zagrożenie wymyślone, gdyż Stalin szykował Armię Czerwoną do wielkiego marszu na zachód Europy. Mocarstwa wiedziały więc o represjach, obozach i ustawach norymberskich, ale pozwoliły Hitlerowi zająć Austrię, by III Rzesza mogła podreperować stan finansów, mocno nadszarpniętych wydatkami zbrojeniowymi. Mocarstwa demokratyczne pozwoliły też zająć zachodnią część Czechosłowacji, aby Wehrmacht miał gdzie się okopać przeciw Armii Czerwonej.

Naciskały również na polski rząd, aby zgodził się na żądania w sprawie Gdańska i korytarza. I ta polityka pod hasłem „dyktator może się przydać” doprowadziła Europę do największego kataklizmu w dziejach ludzkości.

Stare dzieje? Nie. Mocarstwa wciąż wierzą, że dyktatorzy są pożyteczni, a cierpienie społeczeństw jest „wewnętrzną sprawą”. Co więcej, upadek dyktatorów przynosi ogromne problemy! Ileż to kłopotów miały i wciąż mają USA z Iranem. W 1979 r. musiał stamtąd uciec szach Reza Pahlavi. Póki rządził, wydawał miliardy na zakup zachodnich licencji (jeszcze bardziej niepotrzebnych i niedostosowanych do miejscowych warunków niż autobusy Berliet i traktory Massey Ferguson w gierkowskiej Polsce). Armia irańska czyniła gigantyczne zakupy w USA i we Francji. Nawet tajna policja Savak importowała z USA narzędzia tortur, np. „hełm Apolla” [mając go na głowie, porażane prądem ofiary słyszały swój własny krzyk i to wzmocniony – przyp. red.]. Jako egzemplarze ręcznie produkowane w krótkich seriach, były horrendalnie drogie, a więc bardzo opłacalne dla producenta...

Nowy władca ajatollah Chomeini otworzył tamę przed islamem i nienawiścią do Stanów Zjednoczonych. Za jego przyzwoleniem w listopadzie 1979 r. irańscy studenci zajęli ambasadę USA i wzięli zakładników, a amerykańskie oddziały specjalne skompromitowały się przed całym światem, podejmując nieudaną próbę ich uwolnienia. Jedynym pozytywnym skutkiem irańskiej porażki było przekonanie Amerykanów, że Jimmy Carter (za którego rządów doszło do tych wydarzeń) to słaby prezydent. Dlatego wyborcy opowiedzieli się za silnym facetem z Hollywood Ronaldem Reaganem. Jego poplecznicy troszkę w tym pomogli, podejmując w Paryżu tajne rokowania z irańskimi terrorystami, którzy więzili amerykańskich dyplomatów. „Ludzie Reagana” przekonali Irańczyków, że nie powinni zwalniać zakładników, dopóki Reagan nie wygra wyborów. I tak się stało.

W Afganistanie było podobnie, choć dyktator upadł nie za sprawą gniewu tłumu, lecz ZSRR. Jak na to mocarstwo przystało, sprawę załatwiono w sposób komunistyczny: mordując Hafizullaha Amina w jego pałacu. Efekt usunięcia jednego dyktatora i zastąpienia go innym, Babrakiem Karmalem, okazał się tragiczny. Radziecka interwencja  w Afganistanie pochłonęła setki tysięcy ofiar. Na okrasę można dodać tylko to, że mocarstwo przegrało i zostało upokorzone. Wojna pogłębiła kłopoty gospodarcze ZSRR do tego stopnia, że Michaił Gorbaczow, też na swój sposób dyktator, postanowił rozmontować ZSRR i radzieckie imperium w Europie. Był to więc jedyny dobry efekt usunięcia dyktatora. Tyle że nie dla Afgańczyków. Władzę przejęli tam talibowie, otwierając nowy czas krwawej historii tego kraju, który trwa do dzisiaj.

A Irak? Prezydent Bush postanowił rozprawić się z tamtejszym dyktatorem nie dlatego, że Husajn odpowiedzialny był za wiele zbrodni (w tym represje wobec Kurdów) i za agresję wobec Kuwejtu. Zbrojna interwencja miała obronić świat przed bronią masowego rażenia, rzekomo produkowaną w tym kraju. Operacja militarna zaczęła się 20 marca 2003 r., a już 1 maja prezydent ogłosił zwycięstwo. Dyktator został schwytany i skazany na śmierć. Jednak do dzisiaj nie znaleziono w Iraku ani jednego pojemnika z wirusami i bakteriami, ani odrobiny plutonu, którą można byłoby wsadzić do bomby. A od ośmiu lat kraj spływa krwią. Według ostrożnych szacunków od 2003 r. zginęło tam od miliona do półtora miliona ludzi. Nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy, i czy w ogóle, uda się zakończyć tę rzeź.

Czyżby ta świadomość niekorzystnych skutków obalenia dyktatora powstrzymywała demokratyczny świat przed zdecydowanym działaniem w obronie masakrowanych tłumów w Libii?