luty-kwiecień

Japończycy kochają sakurę

HANAMI, JAPONIA

Ozdobne drzewa wiśni piłkowanej (Prunus serrulata) Japończycy nazywają sakura. Są dla nich symbolem ulotnego piękna, tak jak samo życie. Kwiaty sakury we wszystkich odcieniach bieli i różu zalewają wiosenną Japonię. W tym czasie jednym z najważniejszych komunikatów telewizyjnych jest ten o sakura zensen – Froncie Kwitnienia Wiśni. Przesuwa się on od Okinawy (luty) przez Kioto i Tokio (przełom marca i kwietnia) aż do wysuniętej na północ wyspy Hokkaido. Z nadejściem frontu Japończycy wychodzą do parków, by pod kwitnącymi gałęziami urządzać swoje ulubione święto Hanami: podziwiać kwiaty, posilać się kulkami ryżowymi dange i pić sake. „My, Japończycy, kochamy sakurę z dwóch powodów. Po pierwsze wszystkie drzewa zakwitają jednocześnie, w czym przypominają Japończyków, którzy lubią działać wspólnie. Po drugie kwiaty szybko przekwitają i opadają, więc czasu, aby cieszyć się ich pięknem, jest niewiele. Jednak czas ten, dobrze wykorzystany, pozostawia na zawsze piękne wspomnienia” – mówią.

6 marca


Jajko prawdę ci powie

NOCHE DE BRUJAS, CATEMACO

Diana Alvares ma dziś 40 lat. Urodziła się w Catemaco i choć dawno opuściła Meksyk, pamięta, jak jej dziadek przyjmował pacjentów. Nie był lekarzem, jednak pod domem wiecznie ustawiały się kolejki. Jak większość czarowników z Catemaco twierdził, że zna się na czarnej magii, nigdy jej jednak nie stosował. Wolał zbierać zioła, przygotowywać ostre w zapachu olejki, korzystał również z pomocy sił wyższych. Przed każdym zabiegiem prosił o wsparcie świętą Carmen, dawną patronkę miasta. Podobnie jak on robili inni okoliczni szamani. Magiczne tradycje w tym rejonie Meksyku sięgają prekolumbijskich czasów, z wiekami zmieszały się jednak z tradycją katolicką. Nikomu nie przeszkadza więc, że czarodziej po „pracy” idzie do kościoła albo żarliwie modli się w domu. Jedynie księża narzekają, że czarodzieje z Catemaco wmówili sobie swoje nadnaturalne moce i w rzeczywistości dają jedynie nadzieję, która czasem sporo kosztuje.

W 1970 roku jeden z miejscowych brujo, czyli szamanów, wpadł na pomysł, żeby w Catemaco spotykali się ludzie jego pokroju. Tak narodziła się Konwencja Czarownic i Czarodziejów, która z czasem zamieniła się w gigantyczną komercyjną imprezę. Podczas Nocy Czarownic może zdarzyć się wszystko i – mimo handlowej otoczki festiwalu – wiele osób liczy na prawdziwy cud. Setki „brujas” przepowiadają więc przyszłość, wróżą z fusów, oczu, ręki, sprzedają odstraszacze złych duchów, amulety i talizmany, przepędzają demony i przyciągają wielką miłość do spółki z pieniędzmi. Rozświetlone nocą ulice, koncerty, pokazy, demonstracje chodzenia po ogniu – wszystko sprawia, że te kilkanaście godzin kojarzy się z najprawdziwszym sabatem. Choć festiwal to niewątpliwa atrakcja turystyczna, sami szamani podchodzą do swej pracy niezwykle poważnie. Najważniejszym elementem Noche de Brujas jest zbiorowa ceremonia oczyszczenia się ze wszystkich złych energii, które przylgnęły do czarowników w minionym roku. Również szeregowy gość może sobie zamówić czyszczenie indywidualne. Odbywa się ono najczęściej za pomocą ziół lub surowego jajka.

W Meksyku wierzy się, że chorobę bądź niszczące człowieka złe energie można zamknąć w przedmiocie. Najlepiej, jeśli po zabiegu jajko pęknie. Jeśli nie, szaman je rozbija i czyta z jego wnętrza. Białko reprezentuje duszę, a żółtko ciało. Meksykańska „brujeha” jest pełna sprzeczności. Dobro miesza się tu ze złem, dlatego co odważniejsze czarownice nie wahają się wzywać na pomoc nieco mroczniejszych mocy. Równocześnie na festiwalu można się zaopatrzyć w dowolne figurki świętych oraz we wszystko, co potrzebne, żeby nie dosięgło nas złe oko sąsiadki.

18 marca

Czerwona Środa

 

CHAHAR SHANBEH SURI , TEHERAN

Kojarzony wyłącznie z ortodoksyjnym islamem Iran to także miejsce powstania zaratusztrianizmu – religii, której wyznawców nazywano czcicielami ognia. Nieliczni trwają przy niej do dziś. W ich świątyniach płonie nigdy niegasnący, święty ogień. Podtrzymują go od setek lat, wierząc, że jest najczystszym z żywiołów stworzonych przez boga światłości Ahura Mazdę i źródłem duchowej energii.

Ahura Mazda toczy odwieczną walkę z Arymanem, bogiem ciemności i zła. Zmagania te osiągają coroczne apogeum w momencie równonocy wiosennej.

Przed nastaniem islamu, gdy zaratusztrianizm był najpotężniejszą perską religią, w noc przełomu wierni rozpalali ogniska na dachach domów. Przywoływali w ten sposób dusze zmarłych bliskich, by na czas kosmicznej batalii schroniły się w bezpiecznych, rodzinnych pieleszach. Jednocześnie ogromne płomienie wzbijały się nad wzniesione na głównych placach ołtarze ognia. Miasta wyglądały tak, jakby ogarnął je gigantyczny pożar. Niesamowity widok przerażał i urzekał, zwłaszcza niewtajemniczonych w sens rytuału cudzoziemców. W całym regionie Persów nazywano wówczas magami.

Dla wierzących w jedynego Boga muzułmanów obrzędy „czcicieli ognia” były bluźnierstwem i profanacją. Burzyli więc ołtarze i zakazywali rozpalania ognisk w miejscach publicznych. Dlatego współcześni zaratusztrianie pomagają duszom zmarłych w mniej zauważalny sposób – starannie myją nagrobki i zapalają na nich skromne światełka. Ale jak wszędzie, również w Iranie, zza oficjalnej religii wciąż odzywają się echa dawnych kultów. W środę poprzedzającą wiosenne zrównanie dnia z nocą na ulicach Teheranu i innych miast rozbłyskują niezliczone ogniska. Tradycja nakazuje, by przeskoczyć przez trzy, zostawiając w nich kolejno złe myśli, złe słowa i złe czyny. Skoki odbywają się przy ogłuszającym zgiełku, wywoływanym przez dzieci tłukące łyżkami w metalowe garnki i rondle oraz eksplozje fajerwerków i petard. Chociaż duchowni potępiają te harce, z każdym rokiem rośnie liczba uczestników obrzędu nazywanego od koloru płomieni Czerwoną Środą.

19 marca

Miasto w ogniu

LAS FALLAS , WALENCJA

Wnocy 19 marca, mimo że dawno skończył się karnawał i trwa Wielki Post, katolicką Walencją wstrząsa huk fajerwerków i petard, rozbawione tłumy wpatrują się w strzelające ku niebu płomienie. Ogień pochłania olbrzymie konstrukcje wykonane z drewna i papieru. Z dymem idą figury polityków, artystów, sportowców, a także starannie odtworzone sceny z filmów, bajek i legend.

Kościół tępił pochodzący jeszcze z czasów imperium rzymskiego obyczaj płomiennego żegnania zimy i witania wiosny, ale nawet wzbudzająca grozę hiszpańska inkwizycja okazała się słabsza od ludowej tradycji. Zastosowano więc sprawdzone rozwiązanie i zachowując ramy obrzędu, włożono w nie nową treść. Zgodnie z oficjalną wykładnią Walencja staje w płomieniach, by uczcić świętego Józefa, a obyczaj palenia drewnianych konstrukcji narodził się dopiero w XVI wieku, gdy w ten sposób zaczęli fetować swego patrona cieśle i stolarze. Żeby zatrzeć pogańskie ślady, obrzędy połączono z kultem Matki Bożej. Jednocześnie z konstrukcjami przeznaczonymi do spalenia cieśle budują kilkumetrową figurę Madonny, której suknię tworzą miliony kwiatów. Jak obliczono, ten niezwykły strój może ważyć nawet 40 ton!

15 marca gotowe figury stają w centralnych punktach miasta i rozpoczyna się czterodniowa fiesta. Tak jak karnawał w Rio impreza podszyta jest duchem rywalizacji. Poszczególne dzielnice i osiedla przygotowują własne kompozycje, które podlegają ocenie widzów. Tłumy oglądają te dzieła, wybierają najpiękniejsze, wieczorami zasiadają przy suto zastawionych stołach i biesiadują.

Po czterech dniach świętowania w stronę katedry, przed którą stoi ukwiecona figura Matki Boskiej, z różnych części Walencji wyruszają procesje, by oddać hołd patronce miasta. Wybierane w każdej dzielnicy królowe festiwalu składają też kwiaty świętemu Józefowi. Wieczorem, około godziny 22.00, rozpoczyna się Las Fallas – noc płomieni.

Tworzone przez wiele tygodni konstrukcje są podpalane, wybucha ponad 700 „pożarów”, całe miasto zdaje się płonąć. Niezwykłe wrażenie potęgują pokazy sztucznych ogni i tysiące rac odpalanych przez amatorów. Wszędzie unoszą się dymy, czuć zapach spalenizny, ziemia drży od kanonady. Po północy z bajkowych kompozycji pozostaje jedynie popiół. I wrażenia, których – zwłaszcza gdy widziało się festiwal ognia po raz pierwszy – nie da się zapomnieć.