Gdyby podczas sondy ulicznej zapytać przechodniów o niepełnosprawnego naukowca, z pewnością każdy wymieniłby Stephena Hawkinga. Nawet jeśli nie przypomniałby sobie nazwiska chorującego na stwardnienie zanikowe boczne fizyka i nie miałby pojęcia, czym się zajmuje, z pewnością potrafiłby przywołać obraz skurczonej na wózku inwalidzkim postaci porozumiewającej się za pomocą syntezatora mowy. 50 lat temu Stephen Hawking był zwyczajnym chłopakiem, może trochę niezgrabnie się poruszał i kiepsko grał w piłkę, ale nikt nie podejrzewał, że mógł być nieuleczalnie chory. Rozwój choroby nastąpił podczas studiów w Cambridge. Początkowo Hawking załamał się, a świadomość, że prawdopodobnie niebawem umrze, odebrała mu ochotę na robienie czegokolwiek, w tym na pracę nad doktoratem. Jednak śmierć nie nadchodziła, a Hawking zdał sobie sprawę, że odnajduje w życiu więcej przyjemności niż przed diagnozą. Zakochał się, wrócił do nauki. Zrozumiał, że choć ciało odmówiło mu posłuszeństwa, to wciąż może się zajmować tym, co fascynuje go najbardziej, czyli fizyką teoretyczną. Nie był w stanie chodzić, jeść i przestał mówić, ale umysł pozostał w pełni sprawny. Popularność Hawkingowi przyniósł sukces wydanej w 1988 r. książki „Krótka historia czasu” wyjaśniającej zagadnienia współczesnej kosmologii czytelnikom, którym wiadomości z fizyki uleciały z głowy. Entuzjazm i błyskotliwe wypowiedzi, ale przede wszystkim niezłomność w walce z ograniczeniami i zapadający w pamięć wygląd sprawiły, że Stephen Hawking stał się gwiazdą uwielbianą przez media.

I choć to umysł nieprzeciętny, nie ulega wątpliwości, że gdyby nie był niepełnosprawny, nie zdobyłby nawet części rozgłosu, który mu teraz towarzyszy, z czego sam zdaje sobie sprawę i nawet żartuje na ten temat: „Oczywiście, że to, że jestem niepełnosprawny, ma wpływ na to, że jestem sławny. Ludzi fascynuje kontrast między moimi bardzo ograniczonymi możliwościami fizycznymi a ogromem wszechświata, którym się zajmuję. Jestem archetypem upośledzonego geniusza, czy może raczej – by zachować poprawność polityczną – niepełnosprawnego fizycznie geniusza. Przynajmniej moje inwalidztwo jest oczywiste; tego, czy jestem geniuszem, nie byłbym taki pewien”. Pytany o chorobę odpowiada: „Staram się żyć najnormalniej, jak się da, nie rozmyślać o swoim stanie zdrowia i nie żałować tych wszystkich rzeczy, których robienie uniemożliwia mi choroba. Nie ma ich zresztą wcale aż tak wiele”. Gdy tylko czuje, że zaczyna użalać się nad sobą, przypomina sobie pierwszy pobyt w szpitalu i chłopca, który na sąsiednim łóżku zmarł na białaczkę. Pomyślał wówczas, że jego choroba nie jest najgorszą rzeczą, jaka mogła mu się zdarzyć, i optymistycznie spojrzał w przyszłość.

Nauka w zupełnej ciszy

Stephen Hawking jest najbardziej znanym niepełnosprawnym uczonym, lecz oczywiście nie pierwszym i nie jedynym. Odrobina rozgłosu przydałaby się i innym, choćby po to, by młodzi niepełnosprawni ludzie, którzy chcieliby zostać naukowcami, nie rezygnowali ze swych marzeń. Fizyk Harry G. Lang – pracujący dziś w jednym z college’ów w Rochester Institute of Technology, stworzonym dla niesłyszących i niedosłyszących studentów, wspomina, że gdy jako nastolatek stracił słuch, zastanawiał się, czy historia zna w ogóle głuchych naukowców. Chciał być uczonym, ale potrzebował potwierdzenia, że nie porywa się z motyką na słońce. Ruszył do biblioteki w poszukiwaniu książek o głuchych naukowcach, niczego jednak nie znalazł. Napisał więc taką książkę sam i zebrał w niej ponad 700 biografii niesłyszących uczonych. Nie zabrakło wśród nich nawet noblistów – Francuza Charles’a Nicolle’a (udowodnił, że wszy odzieżowe przenoszą dur plamisty) i australijskiego chemika Johna Cornfortha (jego badania pozwoliły wyjaśnić tworzenie się cholesterolu).

Harry G. Lang na co dzień zajmuje się opracowywaniem metod uczenia niesłyszących studentów fizyki i matematyki. Na podobną drogę utrata wzroku w wieku 48 lat skierowała fizyka Johna Gardnera z Oregon State University, który zajął się projektowaniem programów i urządzeń ułatwiających życie niewidomym studentom i naukowcom. Sam, gdy operacja jego jedynego widzącego oka zakończyła się komplikacjami i ślepotą, wrócił na uniwersytet, ale jego zapał szybko ostygł. „Nie umiałem być ślepym, a inni nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Gdy chciałem cokolwiek przeczytać, musiałem kogoś prosić o czytanie na głos” – wspomina. Nauczenie się alfabetu Braille’a w tym wieku okazało się niełatwe, a już używanie go do zapisywania rachunków było prawdziwą zmorą. Gardner odzyskał wiarę w powrót do normalnego życia dzięki komputerom. Kiedyś niepełnosprawni uczeni nie mogli obyć się bez pomocy innych, lecz dziś rozwój tzw. technologii asystujących daje im sporą niezależność w zdobywaniu wiedzy i dzieleniu się nią. Wymyślanie sposobów na przetwarzanie informacji pozwalające niewidomym „czytać” publikacje zawierające wzory matematyczne, wykresy i diagramy tak wciągnęło Gardnera, że założył zajmującą się tym firmę.

W świecie bez światła

 

Problemy „techniczne”, takie jak niemożność czytania tekstów, słuchania czy wypowiadania się, da się przezwyciężyć dzięki pomocy innych osób i aparatury, trudniej jednak pojąć, że można uprawiać naukę bez wykorzystywania wszystkich zmysłów. Wzrok, słuch i reszta zmysłów wydają się niezbędne do pełnego postrzegania świata – a czymże innym, jak nie opisywaniem i tłumaczeniem rzeczywistości zajmują się naukowcy? Tymczasem wcale tak nie jest, bo w większości dziedzin nauki najważniejsze jest to, co odbywa się w głowie. Brak któregoś ze zmysłów może wręcz ułatwić pracę mózgowi. Niewidomi na przykład mają nie tylko bardziej wyczulony słuch i dotyk, ale często również sprawniejszą wyobraźnię matematyczną. Dzięki niej potrafią rozwiązywać problemy, z którymi widzący zmagają się bez większych sukcesów.

Po utracie wzroku w wieku 60 lat wybitny XVIII-wieczny matematyk Leonhard Euler nawet nie zwolnił tempa pracy, ponieważ miał fotograficzną pamięć i łatwość wykonywania skomplikowanych rachunków w głowie. Jednak nie każdy matematyk tak świetnie liczy w pamięci, a używanie do tego celu alfabetu Braille’a (który w czasach Eulera jeszcze nie istniał) jest bardzo mozolne. Wybitny radziecki matematyk Lew Pontriagin, który stracił wzrok w wyniku poparzeń, gdy miał 14 lat, w swoich wspomnieniach pisał, że zaraz po powrocie ze szpitala do szkoły trudno było zrozumieć lekcje matematyki, brał nawet korepetycje. Ale w końcu to w matematyce się rozlubował przede wszystkim dzięki pomocy matki, która czytała mu na głos prace naukowe i książki, choć nie miała wykształcenia w tej dziedzinie. Z nieznanymi symbolami we wzorach radziła sobie, używając nazw, które sama wymyślała. I tak na przykład na symbol oznaczający sumę zbiorów (U) mówiła „ogony do góry!”, a na symbol iloczynu zbiorów (?) – „ogony w dół!”. Aby pomóc synowi, nauczyła się nawet czytać w obcych językach.

Według matematyka Igora Szafariewicza, Pontriaginowi udało się dokonać tak wiele, ponieważ nigdy nie zastanawiał się, czy starczy mu sił na to, co pragnął zrobić. Szafariewicz szczególnie zapamiętał rozmowę telefoniczną Pontriagina, podczas której ktoś wykręcał się od zrobienia czegoś, tłumacząc, że jest to niemożliwe. „Niech pan więc zrobi to, co niemożliwe!” – wykrzyknął wówczas Pontriagin. „Wtedy myślałem, że to tylko figura retoryczna – pisał Szafariewicz – ale potem zrozumiałem, że on mówił o podejściu do życia, które dla niego samego było normalne! Przez cały czas robił to, co innym wydawałoby się niemożliwe. (…) Nie pogodził się ze swoją przypadłością, ale wypowiedział jej wojnę i wygrał. (…) Wolał chodzić sam, bez pomocy, mimo że często się wywracał i ciągle był posiniaczony. I – co najtrudniejsze – udało mu się uniknąć kompleksów czy poczucia niższości, które często towarzyszą niepełnosprawności. Nikt o nim nie myślał jako o ślepym! Pokazywał to też doskonały papierek lakmusowy, jakim był jego stosunek do kobiet i stosunek kobiet do niego…”.

Wielu niewidomych matematyków chętniej niż algebrą zajmuje się geometrią, co na pozór wydaje się paradoksalne, daje się jednak wytłumaczyć funkcjonowaniem mózgu. Bazując tylko na informacjach dostarczanych przez zmysł dotyku i słuchu, niewidomi są w stanie wyobrazić sobie obiekty w trzech wymiarach lepiej niż widzących, dlatego że u widzących obraz trójwymiarowego świata dociera do mózgu za pośrednictwem siatkówki, na której tworzy się zakłamany obraz mający tylko dwa wymiary. Prawdopodobnie dlatego w dziejach geometrii zapisało się kilku wybitnych niewidomych matematyków.

Na pomysł wizualnego przedstawienia słynnego problemu z dziedziny topologii (nauki zajmującej się tymi własnościami figur i brył geometrycznych, które nie zmieniają się pod wpływem deformacji), polegającego na wywróceniu sfery na lewą stronę bez jej dziurawienia, wpadł Bernard Morin, francuski matematyk niewidomy od szóstego roku życia. Wyobrażenie sobie przenicowania sfery (np. piłki, z której spuściliśmy powietrze) dla widzącego jest niezwykle trudne, wysiłku wymaga nawet śledzenie przedstawiającej je animacji. Łatwiej jest zrozumieć bardziej namacalne – w sensie dosłownym – osiągnięcia niewidomych uczonych, na przykład sukces specjalizującego się w mięczakach biologa Geerata Vermeija z University of California, który nie widzi od trzeciego roku życia, lecz wzrok zastępuje mu superczuły dotyk. Wodząc opuszkami palców po powierzchniach muszli Vermeij zwraca uwagę na cechy, które umykają jego widzącym kolegom. Z niedostrzegalnych śladów pęknięć i złamań na pradawnych muszlach wysnuł fascynującą historię zmagań mięczaków z drapieżnymi krabami.

Był jeszcze dzieckiem, gdy jego rodzice zdecydowali się wyemigrować z Holandii do USA, gdzie mogli zapewnić synowi lepszą edukację. Geerat poszedł do zwykłej szkoły, gdzie zaczęła się jego fascynacja muszlami. Tam zadał sobie pierwsze pytanie na miarę naukowca – dlaczego muszle z Florydy są ładniejsze od tych, które zbierał w Holandii? Zaczął kolekcjonować muszle, a rodzice pomagali mu czytając na głos książki z zakresu biologii. Po studiach w Princeton i doktoracie w Yale zaczął prowadzić normalne życie naukowca – uczyć studentów, publikować artykuły i książki, wyjeżdżać na konferencje i podróżować po świecie w poszukiwaniu muszli. Fakt, zdarzają mu się przygody, jakie być może nie przytrafiłyby się widzącemu (ugryzła go murena, gdy wyciągał muszlę z dziury w rafie koralowej), i przyznaje, że nie mógłby obyć się bez asystentów (w ich roli występują niekiedy żona i córka), ale mają ich i sprawni profesorowie. Asystenci największą pomoc oddają mu, czytając książki i artykuły naukowe, z których Vermeij sporządza notatki na maszynie Braille’a. Nie narzeka na swój los. „Ślepota to tylko niedogodność, którą w dużym stopniu można przezwyciężyć – mówi. – Myślę, że utrata słuchu byłaby gorsza, choć głusi mogliby się z tym nie zgodzić”.

Utratę słuchu wskutek komplikacji po przebytej w dzieciństwie szkarlatynie Konstanty Ciołkowski wspominał jako „najsmutniejszy, najciemniejszy okres w swoim życiu”. Przestał radzić sobie w szkole, źle czuł się wśród rówieśników. Zamknął się w sobie i zaczął uczyć się sam, spędzając dni na czytaniu i rozmyślaniach. Wtedy dopiero odzyskał radość życia. Sięgał tylko po to, co go ciekawiło i co był w stanie zrozumieć. Klepał biedę, a pieniądze zamiast na jedzenie wolał wydawać na instrumenty naukowe. Pracował jako prowincjonalny nauczyciel, ale marzył o podróżach międzyplanetarnych – dzięki przenikliwemu umysłowi i wiedzy, którą z powodu głuchoty zdobył w sposób niestandardowy – udało mu się pokazać, że są one możliwe. Dziś jego imię nosi jeden z sześciu kraterów na Księżycu nazwanych na cześć niesłyszących i niedosłyszących uczonych, o których Harry G. Lang lubi opowiadać młodym niepełnosprawnym adeptom nauki, zachęcając ich, by nie rezygnowali ze swoich marzeń. Tak jak z marzeń nie zrezygnował XVIII-wieczny matematyk i geodeta Charles de La Condamine, który uczestniczył w wyprawie, mającej dokładnie zbadać kształt Ziemi, czy astronom Robert Grant Aitken, który odkrył kilka tysięcy par gwiazd podwójnych.