Gdy premier Rosji podczas głównych obchodów przyklęknął, stawiając znicz pod pomnikiem pomordowanych Polaków, tylko nieliczni spodziewali się siły rażenia tego gestu. Dopiero wstrząsające wsparcie i przytulenie powstającego z kolan przytłoczonego bólem premiera Donalda Tuska w miejscu katastrofy samolotu prezydenta Kaczyńskiego uświadomiło nam moc gestu przyjaźni i współczucia. Ten spontaniczny i wzruszający gest odsunął na szczęście sarkania po pierwszym – zdaniem wielu komentatorów i zwykłych Polaków – niepełnym. „Polacy oczekiwali od Putina przeprosin i prośby o wybaczenie, ale Putin przecież nie może ciężaru stalinowskich przestępstw zrzucać na współczesnych Rosjan” – komentowała „Izwiestia”. Krótkowzrocznie? Przecież podobną niemoc jakże odważnie pokonał kanclerz Niemiec Willy Brandt 40 lat wcześniej. „Byłem przy tym” – pisał Günter Grass o wypadkach 7 grudnia 1970 r. Brandt, laureat Nagrody Nobla w 1971 r. za politykę pojednania właśnie, dosłownie chwilę po poprawieniu szarfy na wieńcu, który złożył przed warszawskim pomnikiem Bohaterów Getta, cofnął się o krok i uklęknął. „Nagle narodził się symbol. Pamiętam moment popłochu i myśl, że dzieje się coś niewiarygodnego” – pisał Grass. W istocie stało się. Aż co drugi Niemiec z RFN-u uznał zachowanie przywódcy za przesadę. Gospodarz spotkania Władysław Gomułka sprawę zbagatelizował, a reszta komunistycznego establishmentu sarkała, że kanclerz – skoro chce klękać – niech pada na kolana przed Grobem Nieznanego Żołnierza. „Oto klęczy ten, który nie musi, w imieniu tych, którzy muszą, ale nie klęczą, bo nie mogą się odważyć, nie potrafią albo nie chcą” – wyjaśnił po latach autor gestu. Te słowa raziły jak grom. Pytany jeszcze tego samego wieczora przez niemieckiego kolegę Egona Bahra przyznał jedynie, że podejmując taką decyzję, uznał, że „wszystko inne to byłoby zbyt mało”. Miał rację.

Wprawdzie następnego dnia polska prasa nawet się o tym wydarzeniu nie zająknęła, jednak dziś skwer przy pomniku nosi właśnie imię Brandta, a sam gest-ikona jest symbolem powojennej polityki Niemiec: koncyliacyjnej, pokornej i pełnej chęci zadośćuczynienia ofiarom. I choć Władysław Bartoszewski (więzień Auschwitz nr 4427) podczas wykładu w 1998 r. uświadamiał, że gest ten nie może być z punktu widzenia Polski przeceniany (dotyczył wszak męczeństwa Żydów), jest jasne – mówił – że „stanowił wyłom w niemieckiej mentalności i stymulował wejście na drogę pojednania”. A to dokonało się między Polakami a Niemcami podczas słynnej mszy św. w Krzyżowej 12 listopada 1989 r. Kanclerz Helmut Kohl w trakcie przekazywania znaku pokoju nie tylko uścisnął dłoń premiera Tadeusza Mazowieckiego, ale objął go. „Popłakał się przy tym” – oceniali potem dziennikarze „Sterna”, a sam przytłoczony w tym momencie wielką posturą kanclerza polski premier wspominał: „Często jestem pytany o to, czy ten znak był umówiony. Nie był. Helmut Kohl był wzruszony i spontanicznie postanowił mnie objąć”. „Potrzebujemy spontanicznych gestów, które przełamują uprzedzenia” – uważa niemiecki historyk prof. Horst Möller. Zarówno ten gest, jak i wcześniejszy Willy’ego Brandta oraz ostatni prezydenta Putina już są składnikiem naszej zbiorowej pamięci i symbolami, które znaczą więcej niż słowa.