Wbrew pozorom guilty pleasure nie jest wymysłem internetu ani współczesnej popkultury. Przez wieki przyjemność była czymś podejrzanym, mocno związanym z moralnością i religią. Zbyt „niskie” rozrywki czy zwykłe oddawanie się przyjemności często traktowano jako oznakę słabości, braku dyscypliny, złego charakteru lub upadku moralnego. Jeśli jakieś zachowanie nie wpisywało się w społeczne ramy, było stygmatyzowane.
Z czasem temat przeszedł bardziej w stronę kultury i gustu. Zaczęliśmy oceniać nie tylko ludzi, ale też to, czego słuchają, co oglądają i jak spędzają wolny czas. I chyba właśnie na tym polega cały paradoks guilty pleasure — jednocześnie uznajemy coś za „kiepskie”, a mimo to czerpiemy z tego ogromną przyjemność.
Bo liczy się gust
Chociaż hierarchia klasowa kojarzy nam się ściśle z urodzeniem i majątkiem, to także ogromne znaczenie ma tu gust, który traktujemy jako część naszej tożsamości. To, czego słuchamy, co oglądamy i jakie książki czytamy, ma świadczyć o naszej inteligencji, wrażliwości czy pozycji społecznej. Wykształcenie, styl bycia, sposób wysławiania się oraz znajomość norm to cechy, które przypisuje się elitom. I to właśnie takie osoby uczestniczą w definiowaniu tego, co stanowi „dobry smak”.
Etykieta „guilty pleasure” pozwala im zachować twarz, nawet jeśli konsumują popkulturę, która nijak się ma do ich definicji gustu. Kiedy przyznają, że dana czynność jest „wstydliwa”, potwierdzają swoją znajomość hierarchii i dają do zrozumienia, że ich „prawdziwy” gust pozostaje nienaruszony. Jest to forma ochrony statusu poprzez symboliczne umniejszanie wartości własnej aktywności.
Chociaż współczesne elity coraz częściej porzucają snobizm, przesiadając się na „omniworyzm” (wszystkożerność kulturową), to nadal jest pewna forma hierarchii. Wciąż pokazują swoją wyższość, bo nawet jeśli konsumują popkulturę, to robią to specyficznie — poprzez ironię, analizę krytyczną lub właśnie ramowanie jej jako „guilty pleasure”. Dlatego z czystym sumieniem czerpią radość z „niskich” rozrywek, jednocześnie zachowując dystans poznawczy i wmawiając sobie, że nie są naiwnym odbiorcą masowym.
Dlaczego „kiepskie” przynosi radość?
Z punktu widzenia psychologii, pociąg do treści uznawanych za niskowartościowe można wyjaśnić poprzez mechanizmy przetwarzania informacji i regulacji emocjonalnej. Prościej mówiąc – im łatwiej nam coś przetworzyć, tym lepiej to oceniamy. Wiele produktów kultury popularnej, tak chętnie wyszydzanych przez krytyków, opiera się na skrajnie przewidywalnych schematach, symetrii, powtarzalności i prototypowości. Dzięki temu nasz mózg może je łatwo przetworzyć, bo te znane tropy są dla niego bezpieczne i satysfakcjonujące.
Nie chodzi więc o to, że Robin Hood, którego wspomniałam na początku jest obiektywnie dobry, tylko o to, że ogląda mi się go bardzo przyjemnie. Kiedy jestem wykończona, mogę wyłączyć myślenie i zredukować stres. Właśnie to jest głównym powodem, dla którego ulegamy wstydliwym przyjemnościom – nie chodzi o nudę, czy nawyk, ale o redukcję stresu. Po ciężkim dniu w pracy lub bolesnym rozstaniu nasz mózg szuka „miękkiego miejsca do lądowania”, a pizza i kiczowaty film oferują coś znajomego i przewidywalnego w chaotycznym świecie.
Internet wszystko pogorszył
Dawniej było łatwiej, bo oglądaliśmy „Świat według Kiepskich” i kiedy odcinek się skończył, po prostu wyłączaliśmy telewizor. Dzisiaj nasz gust stał się publiczny. Spotify Wrapped, Letterboxd, Goodreads, TikTok — wszędzie budujemy swój mały wizerunek oparty na tym, co konsumujemy. Algorytmy pokazują naszym znajomym, gdy wejdziemy w interakcję z danym postem, nie wspominając już o chwili, w której ktoś przejrzy nasz feed. Każdy ma teraz opinię i wydaje wyroki. A my zapominamy o bardzo prostej prawdzie – nie zawsze rację ma ten, kto krzyczy najgłośniej.
Zawsze byłam przeciwniczką systemu oceniania w gwiazdkach, które przyznaje się książkom, filmom czy grom. Jest wiele tytułów, które uwielbiam, choć obiektywnie nie są dobre – mają luki fabularne albo kiepsko wykorzystane schematy – ale obcowanie z nimi sprawia mi przyjemność. Jednocześnie mam również takie dzieła, które zmuszają mnie do myślenia, które poruszają mnie i są po prostu całościowo dobre. Co powinnam brać pod uwagę, wystawiając ocenę? Nigdy nie wiem i dlatego zwyczajnie tego nie robię, dzieląc treści, które konsumuję bardzo prosto: lubię i nie lubię.
Zamiast zagłębiać się meandry naszej psychiki, tłumaczyć, dlaczego coś czytamy albo oglądamy, lepiej jest dać temu łatkę „guilty pleasure”, bo wtedy druga osoba pomyśli sobie: „Okej, ona wie, że to złe. Cóż, każdy ma swoje dziwactwa.”. W ten sposób zabezpieczamy się przed oceną, nawet jeśli na dłuższą metę robimy sobie krzywdę i stygmatyzujemy własną radość.
Guilty pleasure często daje więcej szczerej radości niż „ambitna kultura”
Każdy ma swój gust i uważam, że nawet jeśli coś mi się nie podoba, to nie oznacza, że inni muszą mieć takie samo zdanie. To może brzmieć jak truizm, ale niestety, wiele osób o tym zapomina. Narzucanie własnego zdania bardzo weszło nam w nawyk, a ocenianie kogoś jest łatwiejsze i daje toksyczne poczucie satysfakcji, bo wytknęliśmy komuś jego błąd.
W tym kontekście największym problemem guilty pleasure nie jest sama rozrywka, tylko fakt, że ciągle czujemy potrzebę usprawiedliwiania tego, co sprawia nam przyjemność, bo tak bardzo boimy się czyjejś oceny. Nie ma niczego złego w tym, że chcemy zachować twarz, jednak również nie ma niczego złego w maratonach Zmierzchu, gdy nadchodzi jesień (w końcu to sezon Hoa Hoa).
W świecie, w którym wszystko musi być produktywne, ambitne albo estetyczne, zwykła, trochę głupia radość zaczęła być zbrodnią. Bo tak, w normalnych okolicznościach powinniśmy się wstydzić oglądania filmu z nielegalnego źródła, a nie tego, co konkretnie oglądamy.
Dlatego na moich półkach, obok Tołstoja stoi dzisiaj hokejowy romans, a Żeromski i Zafon są na tej samej półce co mangi i manhwy. I wiecie, co jest najgorsze? Nie widzę w tym żadnego powodu do wstydu. No, może poza tym, że dawno nie wycierałam kurzu z regału i czas to w końcu zrobić.
