Władimir  Putin to prawdziwy samiec alfa. Dba o swój wizerunek twardziela: trenuje judo, lata myśliwcami, w negocjacjach nie ma sobie równych. Nikogo więc nie zdziwiło, że pojawił się podczas moskiewskiej gali mieszanych sztuk walki MMA. W  Hali Olimpijskiej walkę Fiodora Jemieljanienko z Jeffem Monsonem oglądało 22 tys. kibiców, przed telewizorami zasiadły kolejne setki tysięcy. Pojedynek transmitowała publiczna stacja Rossija-2. Po wygranej Rosjanina premier pofatygował się do ringu z gratulacjami. „Drodzy przyjaciele!” – zwrócił się do publiczności. Niestety, zamiast oczekiwanych wiwatów przywitały go gwizdy. Zdumiony Putin dokończył przemowę, ale news o wygwizdanym premierze obiegł świat. 

„To koniec pewnej ery!” – ogłosił chwilę później podekscytowany Alexei Navalny, znany rosyjski bloger, działacz antykorupcyjny i krytyk Putina. Aleksandr Awierin, działacz zdelegalizowanej rosyjskiej Partii Narodowo-Bolszewickiej (PNB), tłumaczył zagranicznej prasie, że to dowód, iż Rosjanie mają dosyć Putina. „Został wygwizdany i wybuczany podczas popularnego wydarzenia sportowego. To mówi samo za siebie” – komentował. Media powiązane z Kremlem próbowały ratować sytuację. Prorządowa dziennikarka Elena Savva wyjaśniała, że gwizdy i buczenie nie były wymierzone we  Władimira Putina, ale przegranego Amerykanina: „żałosnego, pokonanego, z trzęsącymi się rękami”. W innej gazecie publicyści przekonywali, że tak naprawę widownia skandowała pierwszą sylabę nazwiska rosyjskiego przywódcy (czyli „pu”, a nie „bu”).

Zgasić gwiazdę

W Rosji publiczne wygwizdanie premiera było sensacją. Inaczej jest w USA, gdzie wokalne popisy niezadowolonej publiczności są na porządku dziennym. Zwłaszcza podczas wydarzeń sportowych. Zaledwie dzień po moskiewskim upokorzeniu Putina, podczas amerykańskiego finału wyścigów samochodowych NASCAR publiczność wybuczała Michelle Obamę i towarzyszącą jej żonę wiceprezydenta USA Jill Biden. Nikt się nie przejął. Media przypomniały tylko o słabnącym poparciu dla urzędującego prezydenta oraz o innych politykach, których witano gwizdami i okrzykami dezaprobaty: prezydentach Harrym Trumanie, George'u Bushu czy republikańskiej gubernator Sarah Palin.

Buczenie, gwizdy i tupanie to przejawy dezaprobaty, rozpoznawane i stosowane na całym świecie. Ich ofiarą padają politycy, sportowcy i celebryci, z których zachowaniami się nie zgadzamy. „Gwiazda polityków świeci wysoko i jest bardzo widoczna. Równocześnie jest też starannie monitorowana, obserwowana i komentowana przez resztę świata” – mówi prof. Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Psycholodzy wskazują, że ta relacja między gwiazdami a światem zewnętrznym jest asymetryczna. Po jednej stronie na scenie znajduje się znany wszystkim człowiek. Po drugiej – oceniająca go anonimowa publiczność, jednocząca się w akcie poniżania ofiary. „Łatwiej jest brutalnie dezawuować przeciwnika, kiedy jesteśmy w grupie. To daje duże poczucie wpływania na rzeczywistość” – mówi „Focusowi” prof. Richard Butsch, socjolog i medioznawca z Rider University w Lawrenceville, który o psychologii tłumu napisał książkę „The Citizen Audience: Crowds, Publics, and Individuals” (Publiczność obywatelska: tłum, odbiorcy, jednostka). 

Demokracja w operze

Chociaż żyjemy w świecie  słów, najbardziej intuicyjna jest dla nas  komunikacja niewerbalna. Wokalne sygnały dezaprobaty to od tysięcy lat przywilej uczestniczącej i oceniającej publiczności. Historycy wskazują, że pierwsze zapisane przykłady pochodzą z antycznej Grecji, kolebki demokracji. Kiedy w VI wieku p.n.e. do władzy doszedł Klejstenes, uczestniczenie w  publicznych wydarzeniach stało się obywatelskim obowiązkiem. Grecy traktowali je poważnie. Podczas corocznego Festiwalu Dionizejskiego w Atenach rywalizowali ze sobą dramatopisarze, a  sztuka, która zdobyła największy aplauz publiczności, wygrywała. Ta, którą wygwizdano, lądowała na śmietniku, a jej autor był skazany na artystyczną banicję. W starożytnym Rzymie władza publiki była jeszcze większa. To od niej często zależało życie walczących gladiatorów. 

Do wokalnego okazania niechęci stosuje się angielskie słowo „boo”, w języku polskim tłumaczone często jako „wygwizdanie”. Dosłownie oznacza ono jednak dźwięk dezaprobaty, pogardy czy niezadowolenia. W użyciu po raz pierwszy pojawiło się w XIX-wiecznej Anglii. Tak opisywano dźwięki wydawane przez krowy. Nie wiadomo dlaczego, ale przejęła je widownia teatralna, zwłaszcza ta z niższych klas. „Buczenie na artystów to element władzy, jaką mieli nad aktorem widzowie. W XIX wieku w Ameryce publiczność czynnie uczestniczyła w przedstawieniach, miała prawo wyrazić swoje niezadowolenie, tupiąc lub klaszcząc” – mówi prof. Butsch i przytacza historię angielskiego aktora Williama Macready?ego. Podczas przedstawienia w Astor Place Opera House wdał się on w spór z amerykańskim widzem, który wybuczał jego występ. Następnego dnia w teatrze pojawiły się setki osób rzekomo obrażonych przez aktora. Przed teatrem doszło do przepychanek i strzelaniny, a Anglik został zmuszony do wyjazdu z kraju. Po tym incydencie część praw widzów do otwartej krytyki została zniesiona. 

Kolektyw wokalny

 

Prof. Clark McPhail, emerytowany socjolog z University of Illinois, który przez lata badał sportowe zachowania tłumu, buczenie i gwizdanie określa jako „kolektywną wokalizację”. Na przykład w piłce nożnej długie i mocne wybicie piłki przez piłkarza prawie zawsze spotka się z pełnym podziwu „uuuaaa”. Podobne reakcje będzie budził widowiskowy serw tenisisty. Gwizdy, na przykład podczas transmisji meczów piłkarskich? Prof. McPhail twierdzi, że w amerykańskiej kulturze sportowej i politycznej pojawiają się bardzo rzadko. W przeciwieństwie do buczenia, tupania czy syczenia, gwizdanie funkcjonowało kiedyś nie tylko jako forma ekspresji (np. radości, przyjemności) czy element muzyki, ale też proste narzędzie komunikacji niewerbalnej. Jej początki to prawdopodobnie starożytne Chiny, w których czuwający przy bramach miast strażnicy przy pomocy gwizdków dawali znać o zagrożeniu. Na całym świecie był to też sposób komunikacji pasterzy, którzy przekazywali sobie informacje na duże odległości. Na Wyspach Kanaryjskich, na wysepce La Gomera, wciąż używa się języka gwizdów! Służy on mieszkańcom do porozumiewania się w trudno dostępnych dolinach. 

Nikt nie wie, jakie były prawdziwe powody niezadowolenia moskiewskiej publiczności. Ale niezależni komentatorzy są pewni: to nie jest dobry znak. „Kibice mieszanych sztuk walki to naturalny elektorat Putina. Jeśli oni gwiżdżą, poparcie dla premiera się kruszy” – mówi Brian Whitmore, korespondent Radia Wolna Europa.