Już na wysokości ok. 4 tys. metrów  miałem mdłości i wymioty, czyli objawy choroby wysokogórskiej. Później doszły problemy z żołądkiem: biegunka, bóle głowy, bezsenność, znowu wymioty” – opowiada Kamil Iwankiewicz, politolog, doktor nauk ekonomicznych, a zarazem nurek i himalaista. Mimo kłopotów ze zdrowiem dotarł do jeziora North Chamlang położonego 5270 m n.p.m. i zanurkował w nim na głębokość 36 m. Ten rekord ma szansę trafić do księgi Guinnessa, zaś nasz nurek – do pionierskich prac naukowych. „W 2009 roku stworzyliśmy projekt »Korona jezior Ziemi«, który polega na prowadzeniu badań i nurkowaniu w najwyżej położonych jeziorach na kuli ziemskiej, na każdym z siedmiu kontynentów. Tabele nurkowe nie obejmują warunków powyżej 3000 m n.p.m. Robimy więc na sobie doświadczenia, przełamujemy kolejne bariery dotyczące fizjologii i zachowania się organizmu ludzkiego” – mówi Iwankiewicz. 

Nasz nurek pobił już jeden rekord w nurkowaniu górskim „na czas”. W 2009 r. spędził ponad godzinę pod powierzchnią kraterowego jeziora Licancabur w Boliwii na wysokości 5916 m n.p.m. „Poprzedni rekord na tej wysokości należał do słynnego himalaisty Ricarda Torresa Navy, którego łączny czas przebywania pod wodą wynosił 17 minut. Mój wynik był ponad trzykrotnie lepszy. Zebraliśmy wtedy wiele danych dotyczących fizjologii nurkowania” – opowiada Iwankiewicz. 

Kolejna okazja nadarzyła się w 2010 r. Wtedy polska ekipa dotarła do meksykańskiego Jeziora Słońca, znajdującego się w kraterze wulkanu Xinantécatl na wysokości 4200 m n.p.m. Wulkan ten uważany jest za uśpiony, ale nie wygasły – w jego okolicach wciąż odczuwane są wstrząsy. Iwankiewicz nie zniechęcił się tym ani trudnymi warunkami. Gdy zanurzał się w jeziorze, uważanym przez Majów za święte, temperatura powietrza wynosiła 3 st. C, wody – 8 st. C. Zszedł  bez problemu na głębokość 14 metrów. „Znalazłem wtedy naczynie liturgiczne voodoo, które liczyło prawie dwa wieki. Musiałem je jednak zostawić w jeziorze, bo meksykańskie prawo nie zezwala na wywóz takich zabytków” – wspomina nurek.

Wyprawa do Nepalu była bardziej dramatyczna. Jeden z tragarzy, który w podobnym czasie co Iwankiewicz przechodził przez przełęcz Mera na wysokości 5400 m n.p.m., doznał obrzęku mózgu. „Gdybyśmy byli na przełęczy kilkanaście godzin wcześniej, prawdopodobnie moglibyśmy mu pomóc. Mieliśmy tlen medyczny, który na tej wysokości mógłby być dla niego lekarstwem” – wyjaśnia nurek. Niestety, tragarz zmarł, a jego ciało zniesiono do doliny. Reszta wyprawy musiała zmierzyć się ze swoimi problemami: chorobą wysokościową, biegunką, fatalną pogodą – zamiecią i mrozem sięgającym minus 20 st. C. 

„Planowałem nurkowanie także w jeziorze Hongu East, położonym na wysokości 5400 m n.p.m., ale ze względu na ograniczony czas, który nam pozostał, i nieznaną głębokość akwenu musiałem zrezygnować. Chciałem mieć pewność, że uda mi się pobić dotychczasowy rekord nurkowania na wysokości, czyli 30 metrów” – mówi Iwankiewicz.

Problemem było samo znalezienie jeziora North Chamlang. Przewodnicy nie znali dobrze terenu, poszukiwania zajęły dwa dni. Gdy już się udało, okazało się, że pokrywa je półmetrowa warstwa lodu. Po jej przebiciu Iwankiewicz – mimo potwornego zmęczenia – zaczął przygotowywać się do nurkowania. I wtedy okazało się, że tlen w jednej z jego butli śmierdzi spalinami. Oddychanie czymś takim pod wodą mogłoby skończyć się tragicznie. Pozostałe butle nie były skażone, ale panowało w nich niższe ciśnienie, niż powinno – 150 zamiast 220 barów. „Normalnie powinienem zastosować dekompresję. To proces, który polega na zatrzymaniu się na pewnej głębokości w celu wypłukania nadmiaru azotu w organizmie. Dzięki temu zmniejsza się ryzyko groźnej dla życia choroby kesonowej. Tutaj nie było takiej możliwości” – mówi nurek. 

Ekipa wyrąbała przerębel siedem metrów od brzegu. Iwankiewicz wszedł do wody na głębokości 2–3 metrów i zaczął schodzić coraz niżej. Ostatecznie udało mu się pobić rekord. 

„Wcześniej nie wiedzieliśmy, jak zareaguje organizm. Ale wyszedłem z jeziora spokojnie, bez jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu. Również później, po ogrzaniu się nie było żadnych problemów” – cieszy się. Wyniki tego doświadczenia zostały przekazane naukowcom badającym zachowanie organizmu człowieka w warunkach ekstremalnych. Być może dzięki tym wynikom uda się w przyszłości opracować lepsze sposoby leczenia chorób związanych z niedotlenieniem narządów. Ostatecznie choroba wysokościowa do dziś jest zmorą himalaistów i zabrała już niejedno życie.  

Uduszeni balonem

„Szybkie dostanie się na ekstremalną wysokość – powyżej 8000 m – grozi natychmiastową śmiercią. W 1875 roku dwaj członkowie załogi balonu Zenith, którzy taki pułap osiągnęli w ciągu kilku godzin, zginęli z powodu ostrego niedotlenienia” – mówi dr n. med. Robert Szymczak, specjalista medycyny ratunkowej, himalaista i członek Międzynarodowego Towarzystwa Medycyny Górskiej. Jego zdaniem groźny jest nawet bezpośredni transport na wysokość powyżej 2500 m n.p.m. „Gdy jesteśmy tak wysoko, różnica między kolejnymi noclegami nie powinna przekraczać 300 m. Jeśli wejdziemy wyżej, robimy dzień odpoczynku, by organizm się zaadaptował. Po każdym tysiącu metrów zdobytej wysokości również robimy dzień odpoczynku” – wyjaśnia. Taka ostrożność się opłaca – dzięki niej jest szansa na uniknięcie choroby wysokościowej i jej groźnych następstw.

GROŹNE WYSOKOŚCI

Na każdego człowieka wybierającego się w wysokie góry czyha kilka niebezpieczeństw: