Pierwszy album grupy Pink Floyd „The Piper At The Gates Of Dawn” z 1967 roku był głównie dziełem ówczesnego lidera Syda Barretta, twórcy ekscentrycznych piosenek przesyconych baśniową aurą, w rodzaju „Flaming”, „The Gnome” czy „Matilda Mother”. Ale już wtedy swoje ambicje objawił również gitarzysta Roger Waters, który w następnych latach wysunął się na pierwszy plan jako kompozytor utworów Pink Floyd. To on był architektem najważniejszych albumów zespołu, jak „The Dark Side Of The Moon”, „Wish You Were Here”, „Animals” i „The Wall”.

Talbot House

Na wspomnianej debiutanckiej płycie Pink Floyd znalazły się dwa utwory oparte na jego pomysłach. Warto przypomnieć jeden, instrumentalny, pełen dźwiękowego chaosu „Pow R. Toc H.”. Nigdy co prawda nie zdobył uznania, był jednak ważną deklaracją. Jego tytuł zapowiadał bowiem jeden z głównych tematów, jakie będą zajmować Watersa, a więc i Pink Floyd w następnych latach. Toc H. to telegraficzny skrót z okresu pierwszej wojny światowej. Oznaczał Talbot House, klub dla żołnierzy brytyjskich stacjonujących we Flandrii, utworzony w grudniu 1915 r. w Poperinge w Belgii z inicjatywy kapelanów Neville’a S. Talbota i Philipa Byarda Claytona. Ta nazwa upamiętniała Gilberta Talbota, młodszego brata ojca Neville’a, zabitego podczas walk. W Talbot House, pokojowej przystani w świecie targanym wojną, panowały zasady braterstwa – traciła tam moc ranga wojskowa. To niezwykłe miejsce stało się z czasem antywojennym pomnikiem. A z idei, które legły u jego podstaw, narodził się ruch społeczny, również nazwany Toc H. Z kolei Pow R. to udziwniona pisownia słowa „power”. Poprzedzając nim skrót Toc H., Waters, którego dziad zginął na froncie pierwszej wojny, a ojciec oddał życie w drugiej, chciał nie tylko podkreślić znaczenie owego symbolu, ale przede wszystkim dać wyraz poglądom antywojennym.

W późniejszych latach manifestował swoją postawę wielokrotnie, w sposób jednoznaczny, w utworach pełnych bólu i jadu, nawiązujących do wydarzeń z obydwu wojen światowych. Na drugiej płycie Pink Floyd „A Saucerful Of Secrets” z 1968 r. umieścił np. sarkastyczną piosenkę „Corporal Clegg” o żołnierzu, który wrócił z frontu okaleczony, ale nie przestał marzyć o odznaczeniach. Trzeba było jednak czasu, by Roger Waters opowiedział światu historię, która stanowiła źródło jego nieprzejednanej postawy antywojennej. Historię własnego ojca Erica Fletchera Watersa, nauczyciela wychowania fizycznego i religii, który – wcielony w randze podporucznika do Ósmego Batalionu Strzelców Królewskich – zginął 18 lutego 1944 roku pod Anzio, podczas walk o przerwanie niemieckiej obrony w rejonie Abruzzów. Pieśń „When The Tigers Broke Free”, bo o niej mowa, powstała z myślą o filmie według „The Wall”, zrealizowanym w 1982 roku przez Alana Parkera. Stanowi drobiazgową relację z bitwy, w której oprócz Erica Fletchera Watersa zginęło 442 żołnierzy Ósmego Batalionu Strzelców Królewskich.

Roger Waters wie na temat wojen światowych niemal wszystko. Studiuje od lat literaturę na ten temat, ma też dużą kolekcję filmów, przede wszystkim dokumentalnych, ale też fabularnych, w tym polskich. W jednym z wywiadów opowiadał, jak wielkie wrażenie zrobił na nim „Kanał” Andrzeja Wajdy. Ale w tekstach, które pisze, sięga też głębiej w przeszłość. Dobry przykład to opowieść o Cymbelinie (z płyty „More” z 1969 roku), który w pierwszym wieku naszej ery panował nad celtyckim plemieniem Catuvellanów i – jak pisał w swojej „Historii Anglii” George Maculay Travelyan – „tak wzmocnił ich hegemonię na południu wyspy, że tytułował się na swych monetach Rex Brittonum” (tłum. Antoni Dębnicki). Inny to osobliwy żart „Several Species Of Small Furry Animals Gathered Together In A Cave And Grooving With A Pict” [pol. Kilka gatunków zwierzątek futerkowych zebranych w jednej jaskini i spędzających wesoło czas z Piktem – dop. red.] (z albumu „Ummagumma” z tego samego roku), z monologiem Pikta, przedstawiciela ludności, która w czasach starożytnych zamieszkiwała północną Irlandię i Kaledonię, a w dziewiątym wieku zasymilowała się ze Szkotami.

Watersa o wiele bardziej niż zamierzchła przeszłość interesowała jednak historia, która dzieje się na naszych oczach. Najlepsze świadectwo to ostatnia płyta Pink Floyd, nagrana z nim w składzie: „The Final Cut” z 1983 roku. Ton nadały jej co prawda piosenki w rodzaju „The Hero’s Return”, przypominającej akt barbarzyństwa, jakim było zbombardowanie przez aliantów 13 i 14 lutego 1945 roku Drezna, gdzie pół miliona uchodźców szukało schronienia przed Armią Czerwoną. Ale znalazł się na niej też chociażby utwór „Get Your Filthy Hands Off My Desert”, poświęcony wojnie o Falklandy-Malwiny (1982) oraz nawiązujący do napaści Związku Radzieckiego na Afganistan (1979) i Izraela na Liban (1982). Albo zjadliwy song „The Fletcher Memorial Home”, osadzający współczesnych tyranów i podżegaczy wojennych, z Richardem Nixonem, Ronaldem Reaganem i Leonidem Breżniewem na czele, w domu wariatów.

NA TOPIE

 

Na szczyty powodzenia wyniosła Pink Floyd płyta „The Dark Side Of The Moon” z 1973 r. Nagrana już z Davidem Gilmourem, który zastąpił chorującego psychicznie Syda Barretta. Pierwotnie miała być wypowiedzią na temat napięć, które mogą doprowadzić kogoś tak wrażliwego jak Syd do obłędu. Roger Waters, główny pomysłodawca i twórca dzieła, w wywiadzie udzielonym wówczas pismu „Sounds” zwierzał się, że kariera stała się dla niego ciężarem, który trudno udźwignąć. Narzekał na napięty harmonogram koncertów, na znużenie niekończącymi się trasami, na stres towarzyszący sukcesowi. To zdumiewająca rozmowa, bo czytana po latach może robić wrażenie zarysu fabuły „The Dark Side Of The Moon”. Chociaż już podczas pracy nad tekstami Waters nadał im wymowę bardziej uniwersalną. Płyta zachwyciła bogactwem muzyki i pomysłowością efektów dźwiękowych. Takie utwory jak „Money”, „Time” czy „Us And Them” weszły do rockowego kanonu. Ale praca nad „The Dark Side Of The Moon” to także początek konfliktu, który kilka lat później doprowadził do rozbicia grupy. David Gilmour wyjaśnił mi: „Roger jest przede wszystkim człowiekiem słów, człowiekiem idei, natomiast ja jestem raczej człowiekiem muzyki. Nieuchronnie dochodziło więc między nami do nieporozumień dotyczących tego, jak powinniśmy pewne rzeczy w najlepszy sposób dopracować”.

Wielki sukces „The Dark Side Of The Moon” oraz widowiskowych koncertów towarzyszących płycie sparaliżował zespół. Muzycy nie bardzo wiedzieli co dalej. Zaczęli pracę nad albumem o roboczym tytule „Household Objects” z muzyką opartą na dźwiękach z otoczenia człowieka. Nigdy tego albumu nie ukończyli. Wrócili więc do punktu wyjścia. I powoli zaczęła się wyłaniać idea płyty, która ostatecznie otrzymała tytuł „Wish You Were Here” i ukazała się w 1975 roku. Gilmour zwierzał się: „Bardzo trudno było ją nagrać. Roger był coraz częściej rozdrażniony. Wszyscy czuliśmy, że zaczynamy się starzeć. Sesja przybierała coraz bardziej dramatyczny obrót”. O wiele przyjemniejszym doświadczeniem okazała się praca nad albumem „Animals” z 1977 roku, ukazującym świat ludzki – jak w „Bajkach” Ezopa czy „Folwarku zwierzęcym” George’a Orwella – pod postacią zwierzęcego. Płyty „The Dark Side Of The Moon”, „Wish You Were Here” i „Animals”, sprzedane w wielomilionowych nakładach, wyniosły Pink Floyd na szczyty powodzenia. I z czterech muzyków uczyniły milionerów. Ale w krótkim czasie, w następstwie machinacji finansowych swojego agenta, stracili cały majątek. „W tej sytuacji postanowiliśmy wyjechać do Francji i tam nagrać następny album »The Wall«, by zdobyć fundusze na uregulowanie wiszących nad nami zaległości podatkowych” – opowiadał Waters.

WSPÓLNY CEL

Tym razem Waters był nie tylko pomysłodawcą, ale też niemal wyłącznym twórcą całości. Co musiało doprowadzić do nasilenia się konfliktu między nim a resztą. Gilmour przyznaje: „Roger chciał być liderem, szefem, tym, który o wszystkim decyduje – i de facto nim był. Ale to nie zmienia faktu, że ja, choć nigdy nie zabiegałem o to, by być liderem – uważałem, że lepiej się znam na muzyce, mam większe wyczucie, jeśli chodzi o kwestie czysto muzyczne, i potrafię dokonać bardziej trafnych wyborów. Moja rola w tym, co możemy nazwać walką o władzę, polegała więc na nieustępliwości w zmaganiach o utrzymanie określonego poziomu muzycznego. Co oczywiście nie było łatwe”. Impulsem do napisania cyklu piosenek, który stanowił podstawę ogromnie popularnego albumu „The Wall” – z niego pochodził wielki przebój „Another Brick In The Wall Part 2” – stało się dla Watersa zniechęcenie wielkimi koncertami Pink Floyd. Tak mi o tym opowiadał: „To było w lipcu 1977 roku podczas występu na stadionie olimpijskim w Montrealu. Tego wieczoru publiczność robiła tyle hałasu, że straciłem panowanie nad sobą. W pewnej chwili pochyliłem się w stronę faceta, który próbował wdrapać się na estradę, i plunąłem mu w twarz. Schodziłem ze sceny zawstydzony swoim okropnym zachowaniem i przygnębiony. A granie wielkich stadionowych koncertów wydało mi się czymś bezsensownym. To wtedy w wyobraźni pojawił się obraz muru – rzeczywistego, fizycznego muru, odgradzającego mnie od słuchaczy. I właśnie od tej wizji wszystko się zaczęło”.

Opisane zdarzenie podsunęło Watersowi pomysł spektaklu, którego głównym elementem wizualnym byłby mur oddzielający widzów i muzyków. Ale twórca szybko też zrozumiał, że mur to symbol o wiele bardziej nośny. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że „The Wall” powstało jako opowieść o człowieku, który pod wpływem doznawanych w życiu razów odgradza się od świata murem zobojętnienia. Wynikiem jest zaś historia przemawiająca do każdego, bo każdy jest wystawiony w życiu na ciosy z różnych stron.

Także pozostali muzycy identyfikowali się z tematyką „The Wall”. Gilmour zwierzył mi się: „Chociaż album zainspirowały w znacznej mierze osobiste przeżycia Rogera, jak rozpad małżeństwa, który nastąpił nieco wcześniej, wszyscy mieliśmy za sobą zbliżone doświadczenia, trudne momenty w naszych związkach. Wszyscy też zdążyliśmy odkryć, że kiedy żyje się w zbytku, lata się prywatnym odrzutowcem, depresje przeżywa się nawet głębiej. Myślę wreszcie, że każdy z naszej czwórki podpisałby się pod stwierdzeniem, że na samym początku, kiedy spędzaliśmy większość czasu w małym busie, byliśmy szczęśliwsi. Łączył nas wówczas bowiem wspólny cel. Byliśmy jedną drużyną. Z czasem zaś ten duch wspólnoty zaczął zanikać”. Ofiarą napięć i konfliktów, do jakich doszło podczas pracy nad albumem, padł nieoczekiwanie najspokojniejszy z muzyków, klawiszowiec Richard Wright. Roger Waters wyrzucił go z zespołu. A podczas pracy nad płytą następną, „The Final Cut” z 1983 roku, odsunął na plan dalszy także Davida Gilmoura i nawet perkusistę Nicka Masona. Wszystko wskazywało, że jest to koniec zespołu.

REWOLUCJA FRANCUSKA

 

Waters zaczął niebawem działalność indywidualną, która w następnych latach zaowocowała kilkoma świetnymi albumami, a także niezwykłą operą „Ça ira” podejmującą słowami poety Etienne’a Rody-Gila temat rewolucji francuskiej. Prace nad operą rozpoczął w 1987 roku. Jednak swoją premierę sceniczną utwór miał dopiero w Polsce – w sierpniu 2006 roku w Poznaniu w reżyserii Janusza Józefowicza. Do tego czasu dyrektorzy teatrów odmawiali wystawienia dzieła. „Rewolucja francuska to był niezwykle ważny moment w dziejach” – opowiadał mi Waters. Rewolucja francuska zrodziła przecież dokumenty, które zapewniły jednostce prawa, jakich nigdy wcześniej nie miała. W operze padają słowa: „Siła i słabość, miłość i duma/To wszystko, co zostawię dziecku/Jeśli przeżyje/Będzie sądzić ludzi na podstawie ich uczynków, a nie uśmiechu...”. Waters wyjaśnił mi, że sam jest ich autorem. I dodał: „Zawarłem w nich własne przemyślenia dotyczące tego, jaką wiedzę powinniśmy przekazać następnym pokoleniom...”.

W twórczości z tego okresu w pełni dał się ponieść swoim pasjom, zwłaszcza fascynacji historią i polityką. Przez płytę „The Pros And Cons Of Hitch-Hiking” z 1984 roku przewijał się wątek odradzania się faszyzmu w Europie. Na „When The Wind Blows” z 1986 r. (z suitą z muzyki do filmu animowanego według komiksu Raymonda Briggsa) i „Radio KAOS” z 1987 r. muzyk przywoływał znowu grozę wojen dwudziestowiecznych i zastanawiał się, jak niewiele trzeba, by wybuchła kolejna. W utworach z „Radio KAOS” dokonywał zarazem rozrachunku z polityką Margaret Thatcher, zarzucał jej zwłaszcza destrukcję brytyjskiego górnictwa. Ale jego największym solowym dziełem pozostał album „Amused To Death” z 1992 roku, poświęcony pamięci Billa Hubbarda, jednego z ponad miliona żołnierzy, którzy stracili życie w najbardziej krwawej operacji militarnej pierwszej wojny światowej – bitwie pod Sommą. Waters opowiadał: „W Anglii powstał film dokumentalny o jej żyjących uczestnikach. Zostało ich niewielu, dawno ukończyli dziewięćdziesiąt lat. Niesamowite, że wspomnienie tamtych dni pozostało w nich tak żywe, że nigdy nie pogodzili się z tym, co się wtedy wydarzyło. Nadal mają poczucie winy, że przeżyli, gdy tylu ich kolegów zginęło”.

Watersem wstrząsnęła zwłaszcza wypowiedź jednego z weteranów Alfa Razzella, który zostawił rannego towarzysza broni, właśnie Billa Hubbarda, w okopach na pewną śmierć i nigdy nie uwolnił się od poczucia winy z tego powodu. Słowa Razzella zostały przywołane w dwóch wstrząsających utworach: „The Ballad Of Bill Hubbard” i „Amused To Death”. Nie mniejsze wrażenie robiły inne piosenki na płycie, chociażby „Too Much Rope”, nawiązująca do tragicznych następstw zastosowania przez Amerykanów broni chemicznej podczas wojny wietnamskiej, czy „Watching TV”, przypominająca dramatyczne wydarzenia z 4 czerwca 1989 roku, kiedy władze chińskie wysłały czołgi, by stłumić pokojową demonstrację studentów na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie.

KRYSZTAŁOWA KULA

Grupa Pink Floyd, już bez Rogera Watersa, nagrała dwie płyty studyjne, „A Momentary Lapse Of Reason” w 1987 roku i „The Division Bell” siedem lat później, oraz dwa albumy dokumentujące jej koncerty na całym świecie: „Delicate Sound Of Thunder” w 1988 i „Pulse” w 1995 r. Po czym zamilkła. I przypomniała się dopiero 2 lipca 2005 roku, znowu z Watersem, wielkim koncertem podczas imprezy Live 8 w londyńskim Hyde Parku. W niepamięć poszły konflikty. Ale też okoliczność była niezwykła. Cykl koncertów pod hasłem Live 8 miał na celu przekonanie przywódców najbogatszych państw świata o konieczności zwiększenia pomocy dla krajów ubogich. David Gilmour, lider Pink Floyd w ostatnich latach działalności, mówił: „Wszelkie kłótnie, do jakich doszło między Rogerem a nami w przeszłości, stają się w tym kontekście absolutnie nieistotne. Jeśli zreformowanie Pink Floyd na ten jeden koncert pomoże skupić uwagę na problemie głodu, warto to było zrobić”.

To Roger Waters pierwszy wyciągnął rękę do zgody: „Kiedy zadzwoniłem do Davida, mówiąc: »Stary, zróbmy to!«, był to świadomy krok w jego stronę, odrzucenie tego wszystkiego, co nas podzieliło, i przejście na wspólny grunt. Myślę, że się udało”. Ale wspaniały występ pozostał zdarzeniem jednorazowym. Gdy kilka lat temu zapytałem Gilmoura, czy Live 8 było ostatnim akcentem w historii Pink Floyd, odpowiedział: „Prawdopodobnie tak. Jestem niemal pewien, że nigdy już nie nagram płyty z Pink Floyd ani też nigdy nie pojadę w trasę z Pink Floyd”. Ale dodał też: „Nie mam kryształowej kuli, która by mi powiedziała, jak potoczy się moje życie”. Wydaje się jednak, że śmierć grającego na klawiszach Richarda Wrighta w sierpniu 2008 roku przekreśliła wszelkie nadzieje na powrót słynnej grupy. Jej tradycje kontynuuje więc już sam Waters, który w tej chwili podróżuje po świecie z własną wersją spektaklu „The Wall”.

Kiedy w lipcu 1989 roku ktoś zapytał go, czy jeszcze kiedykolwiek zaprezentuje publiczności to dzieło, zażartował: „Tylko wtedy, gdy upadnie mur berliński”. Zapewne nie zdawał sobie sprawy, że nastąpi to cztery miesiące później. Ale słowa dotrzymał. I w lipcu 1990 roku, aby uczcić tę historyczną chwilę, wystawił „The Wall” w okolicach Potsdamer Platz, na gruzach muru berlińskiego. Rudolf Schenker, gitarzysta grupy Scorpions, zaproszonej do udziału w tym spektaklu, opowiadał mi później, jak wielkim przeżyciem było dla niego stać na scenie zbudowanej w miejscu, gdzie jeszcze do niedawna przebiegała granica między Zachodem i Wschodem, i grać dla czterystu tysięcy słuchaczy przybyłych ze wszystkich stron wolnej już Europy. W kwietniu 2011 roku zobaczymy „The Wall” Watersa również w Polsce, podczas dwóch wieczorów w hali Atlas Arena w Łodzi. Warto się wybrać, bo być może będzie to ostatnia sposobność posłuchania muzyki z jednej z najsłynniejszych płyt w historii muzyki rockowej w autorskim wykonaniu.

KONCERT ROGERA WATERSA: ŁÓDZ 18 i 19 kwietnia 2011