W połowie 1981 roku na biurkach wybranych dziennikarzy muzycznych pojawiły się przesyłki z zaskakującymi jak na ich zawodową specjalność obiektami – filmowymi puszkami słynnej firmy Tuscan. Okrągłe pudełko z niebieskiego plastyku nie zawierało taśmy filmowej, lecz winylową płytę. Gdy igła gramofonu lądowała na promocyjnym dysku, z głośników rozlegały się dźwięki bardziej pasujące do seansu w kinie, wyjaśniające wymyślne opakowanie. Klakson, pisk opon, wymiana strzałów z różnej broni. Wraz z niepokojąco pulsującą muzyką słychać było nerwową wymianę zdań trojga bandytów, ukrywających się po jakimś napadzie. Mają trzymilionowy łup, rannego kompana i kumpla z samochodem na ulicy.

Po minucie rozbrzmiewała pierwsza zwrotka, a po niej kolejne dialogi i następne części wokalne, oparte na wciąż zmieniającej się muzyce. I tak przez 12 minut. Dziennikarze radiowi dostali też około czterominutową wersję tego oryginalnego numeru, ale wielu z nich zdecydowało się na zaprezentowanie w pełnym wariancie tego hołdu duetu Jon & Vangelis dla starego kina.

Muzycy spotkali się dość przypadkowo w Paryżu na przełomie 1980 i 1981 roku. Szybko okazało się, że mają ochotę wspólnie stworzyć album. Instrumentalista i wokalista postanowili dokonać wstępnych nagrań w zaprzyjaźnionym studiu Davout. Ponieważ to studio było niezbyt bogato wyposażone, kupiono i wypożyczono sporo instrumentów i urządzeń w pobliskim sklepie. „Wynieśliśmy z salonu Musicland chyba z połowę towaru” – wspomina Frederick Rousseau, muzyk od lat współpracujący z Vangelisem.

Po tym „skoku” na sklep duet mógł już komfortowo przekładać swoje pomysły na taśmę. „W pewnym momencie Vangelis zagrał muzykę, która jakoś skojarzyła mi się ze starymi filmami. Powiedziałem mu o tym, a on zaczął naśladować głos Douglasa Fairbanksa. Rozbawił mnie tym do łez i wtedy wpadłem na pomysł, żeby zrobić piosenkę poświęconą kinu sprzed lat, w której wokale byłyby poprzeplatane filmowymi dialogami” – mówi z uśmiechem Jon Anderson.

Ostateczne nagrania i prace wykończeniowe odbyły się w londyńskim studiu Nemo Vangelisa,  wyposażonym w najnowocześniejsze wówczas instrumenty i urządzenia. W tym – jak ujmuje to sam właściciel – laboratorium dźwiękowym wyjątkowo ciekawie zrobiło się na początku 1981 roku. Przez słynne w branży czerwone drzwi weszli Sally Grace i David Coker. Na wielośladowym magnetofonie kręciła się taśma, a znakomici angielscy aktorzy, obficie gestykulując, wygłaszali do mikrofonów kwestie nawiązujące do klasycznych filmów. Podobno nigdy wcześniej ani nigdy później Vangelis nie miał w pracy lepszego ubawu.