Kiedy w 1991 r. na AIDS umierał Freddie Mercury, wokalista zespołu Queen, wielu zadawało sobie pytanie „kto następny?”. Wirus HIV media nazwały – niezbyt sensownie – „dżumą XX wieku”. Tymczasem w latach 90. praktycznie skończyły się informacje o śmierci znanych osób z powodu tej choroby. I nie była to kwestia zachowywania przyczyn zgonu w tajemnicy – lekarze po prostu opracowali skuteczny system trzymania wirusa w szachu.

Okazało się, że przyjmując regularnie leki można żyć z nim wiele lat czy dziesięcioleci, podobnie jak np. z cukrzycą czy nadciśnieniem tętniczym. „Dżuma”, choć nadal groźna, została zapędzona do narożnika. Wydawało się, że do pokonania jej niezbędna będzie szczepionka. Wirus HIV potrafi bowiem ukrywać się wewnątrz komórek naszego układu odpornościowego, gdzie nie mogą dosięgnąć go żadne znane nauce leki. Jednak nadzieja pojawiła się z mniej oczekiwanej strony.

Szpik kontra wirus

W 2007 r. udało się usunąć HIV z organizmu Timothy’ego Raya Browna, znanego z początku jako „pacjent z Berlina”. Cierpiał on na białaczkę i potrzebował przeszczepu szpiku. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności otrzymał go od dawcy, mającego wariant genetyczny CCR5-D32, dający niemal całkowitą odporność na zakażenie HIV (występuje on u kilku procent Europejczyków). Ponieważ własny szpik Timothy’ego został zniszczony przed przeszczepem, zabieg wyleczył go nie tylko z białaczki, ale też całkowicie wyeliminował wirusa.

Mężczyzna do dziś jest zdrowy i do niedawna był uznawany za jedynego w pełni wyleczonego nosiciela HIV. Niedawno, bo kilka miesięcy temu okazało się, że nie jest nawet potrzebny dawca z wariantem CCR5-D32. Dwóch zainfekowanych HIV pacjentów z Bostonu otrzymało kilka lat temu „zwykły” przeszczep szpiku, aby zwalczyć nowotwór zwany chłoniakiem. Cały czas brali leki zwalczające HIV i choć robią to nadal, dziś w ich krwi nie ma ani śladu wirusa. „Jest jeszcze za wcześnie, by mówić o pełnym wyleczeniu, ale mamy powody do optymizmu” – mówi prof. Daniel Kuritzkes z Brigham and Women’s Hospital. I dodaje, że ta metoda jest jednak zbyt droga i obarczona zbyt dużym ryzykiem, by mogła stać się standardowym leczeniem w przypadku zakażenia HIV.

Leczyć jeszcze wcześniej

Pacjenci z Bostonu stanowią jednak żywy dowód na to, że lekarze nie do końca znają możliwości leków, które stosują. Podobnie było w przypadku tzw. dziecka z Missisipi, urodzonego przez matkę zainfekowaną wirusem HIV. Standardową terapię rozpoczęto wyjątkowo wcześnie: w niecałą dobę po porodzie i kontynuowano przez 15 miesięcy. Potem rodzina przestała podawać dziecku leki, które dziś – w wieku trzech lat – wydaje się całkowicie zdrowe. Ośmieleni tymi sukcesami naukowcy chcą próbować podobnych interwencji w przypadku innych dzieci urodzonych z HIV.

A lekarze apelują o wcześniejsze rozpoczynanie terapii u osób z wirusem, których dziś na całym świecie są ponad 34 mln. Obecnie według zaleceń WHO leki zaczynają dostawać pacjenci, u których liczba niszczonych przez wirusa komórek CD4 spadnie poniżej poziomu 350 na milimetr sześcienny krwi. Nowa propozycja to podniesienie tego progu do 500 komórek. A to oznacza objęcie leczeniem znacznie większej grupy pacjentów i uratowanie co najmniej 3 mln z nich przed przedwczesną śmiercią. Wygląda więc na to, że „dżuma” – choć nadal niepokonana – otrzyma wkrótce kolejny mocny cios.