Dahab, Egipt, koniec listopada 2011 r. Krzysztof Starnawski schodzi na głębokość 283 m, bijąc rekord w  nurkowaniu na obiegu zamkniętym. Kilkanaście minut zanurzania i długie godziny wynurzania. W sumie Starnawski pod wodą przebywał ponad 9 godz. Większość tego czasu spędził samotnie, w ciemności. Mieszanka azotowa i ciśnienie sprawiały, że czuł się jak po spożyciu alkoholu. Ale na tej głębokości nie ma miejsca nawet na myśl o zabawie – błąd oznacza śmierć... Nie z takimi wrażeniami kojarzy się nurkowanie. Kolorowe ryby, fantazyjna roślinność, rafa koralowa – oto pożądane wspomnienia z wakacji. Niestety zazwyczaj to kilka chwil. A gdyby tak te chwile przedłużyć do doby? Hotelowej.

Polak potrafi

Gdynia, Polska, wiosna 2014 r. Grupa inżynierów i projektantów z Politechniki Gdańskiej przeprowadza próby prototypu Water Discus – podwodnego hotelu. Trzy filary podtrzymujące kompleks przyczepiono do dna Zatoki Gdańskiej, podwodny dysk powoli zanurza się za pomocą mechanizmu zębatkowego (lub łańcuchowego). Na wynik czekają inwestorzy gotowi wyłożyć grube miliony dolarów, by zbudować ten przybytek i przetransportować go na rafę koralową. Mrzonki? Nie. Polska jest potęgą nie tylko w nurkowaniu, ale i podwodnej architekturze. 

„Prototyp wykonają polskie zakłady stoczniowe. Dolny dysk będzie miał średnicę 27 m, a górny 36 m” – opowiada „Focusowi” dr hab. Lech Rowiński z Katedry Teorii i Projektowania Okrętów Politechniki Gdańskiej. Połączone ciągiem komunikacyjnym okrągłe struktury – jedna nadwodna, druga podwodna – zostaną przyczepione do dna 3 stabilnymi nogami.

Pod wodą na głębokości do 10 m znajdzie się 21 pokojów z 42 łóżkami. Wielkie panoramiczne okna z przezroczystego akrylu pozwolą na podziwianie podwodnego świata. Ponadto goście będą mieli możliwość sterowania oświetleniem najbliższego otoczenia oraz miniaturowymi pojazdami podwodnymi. Jeśli spodoba ci się coś na zewnątrz – ryba czy ukwiał – wystarczy go oświetlić, a następnie skierować tam urządzenie, które będzie filmować obiekt, wyświetlając obraz na ekranie w pokoju. Jednocześnie w oknach zostaną umieszczone zasłony o różnym poziomie przezroczystości, aby wypoczynku gościom nie zakłócali kursanci szkoły nurkowej. Water Discus to bowiem idealne miejsce na szlifowanie podwodnych umiejętności. Projektanci uwzględnili m.in. basen nurkowy głębokości 4 m, obiekty służące do treningu w grotach i wrakach, a także oczywiście śluzy umożliwiające wyjście na zewnątrz. 

A wyjść na zewnątrz z pewnością warto. „Najlepszą lokalizacją dla hotelu byłoby miejsce na krawędzi rafy (przy pionowej ścianie), aby można było ją podziwiać – mówi dr Rowiński. – Aby wszyscy mieszkańcy mieli interesujący widok, dolny dysk będzie się obracał wokół osi pionowej z prędkością dwóch obrotów na dobę”. 

Piękne widoki wiążą się niestety z niebezpieczeństwem. Rafy położone są często w regionach silnie sejsmicznych. „Ta konstrukcja jest mało wrażliwa na poziome ruchy gruntu występujące zwykle w czasie trzęsień ziemi” – uspokaja dr Lech Rowiński. Ma oprzeć się także tsunami. „W przypadku wykrycia przecieku wody lub pożaru zostanie uruchomione awaryjne wynurzanie. Po wynurzeniu dolnego modułu na powierzchnię możliwe będzie wyjście przez dodatkowe włazy na powierzchni” – opowiada dr Rowiński. Oczywiście w środku znajdą się również standardowe środki ratunkowe przypominające te na statkach. 

Docelowo pojedynczy dysk będzie miał ok. 1000 m kw. powierzchni użytkowej. Oznacza to, że najmniejszy hotel z serii Water Discus zaoferuje swoim gościom 2000 m kw. przestrzeni. „Najmniejszy”, gdyż hotel ma konstrukcję modułową – można go dowolnie powiększać o kolejne dyski. Dzięki temu, jak zapewniają projektanci, jest „szyty na miarę” i da się go dostosować do nabywcy. To od niego zależy, czy w górnej części konstrukcji znajdzie się siłownia, restauracja, czy centrum SPA. „Kompleks przewidywany jest do instalowania w formie »dostawki« w pobliżu istniejących hoteli lądowych jako dodatkowa atrakcja i zwiększenie pojemności” – tłumaczy pomysł dr Rowiński.

Jeśli mimo licznych rozrywek kompleks okaże się niewypałem, będzie można go rozmontować i przeholować w inne miejsce (taka sama procedura będzie obowiązywała w przypadku przeglądów okresowych). To bardzo ważne, jeśli weźmiemy pod uwagę, co się stało z poprzednimi projektami podwodnych hoteli. Polacy nie wymyślili bowiem w tym przypadku Ameryki. Wszystkie inne koncepcje zdusił jednak w zarodku światowy kryzys. Pokonał nawet – rzecz niesłychana – szejka z Dubaju...

Podwodny niewypał

„Hydropolis to nie projekt, to pasja” – tymi słowami architekt Joachim Hauser reklamował swój gigantyczny podwodny kompleks. Ta pasja jednak najpierw została wystawiona na próbę cierpliwości, gdy datę otwarcia przesunięto z  2006 na 2009 rok. Potem chyba w ogóle wyparowała – nawet najbardziej zatwardziali fani na portalach internetowych poświęconych niezwykłym budowlom pogodzili się z tym, że Hydropolis należy do kategorii „niezrealizowane”. Jednocześnie wszelkie adresy e-mailowe Joachima Hausera (HydroVision) milczą. Strona internetowa projektu (http://www.hydropolis.com/) nie działa.

 

Gdyby podwodny hotel Hausera został zbudowany, idealnie wkomponowałby się w dubajski krajobraz, który zdążył już przyzwyczaić mieszkańców do gigantyzmu i nowatorstwa. Cały kompleks miał zajmować 260 hektarów i powstać przy plaży Jumeirah, należącej do szejka Mohammeda Bin Rashid Al Maktoum. Hydropolis składał się z  części lądowej, wodnej oraz łączącego je 515-metrowego tunelu, w którym miał kursować pociąg. Nad budynkiem kilkupiętrowej stacji lądowej miał królować cylindryczny dach, przypominający postawioną pionowo skorupę morskiego ślimaka. W środku znajdowały się pomieszczenia konferencyjne, laboratorium biologii morskiej, kino wyświetlające filmy o tematyce – a jakże – morskiej, ponadto... klinika chirurgii plastycznej. Z dachu miał rozpościerać się widok na właściwy hotel oddalony ponad pół kilometra.

Sam podwodny hotel miał dysponować 220 apartamentami w kształcie bąbelków. Całość uzupełniały dwa audytoria przykryte kopułami oraz wielka sala balowa – ich wystające na zewnątrz kontury z góry przypominały muszlę ślimaka morskiego. „Chcemy, aby ludzie zyskali nową świadomość morza” – tłumaczył swój pomysł Hauser. Liczył, że oprócz gości hotelowych tę świadomość zechce nabyć każdego dnia około trzech tysięcy osób odwiedzających część lądową. Bezpieczeństwa gości miał podobno strzec m.in. system obrony rakietowej. Nie wspominając już o zwyczajnych zabezpieczeniach – jak chociażby drzwiach odcinających całe sekcje podwodnego kompleksu w  sytuacjach awaryjnych. 

Całość miała kosztować – bagatela! – trzysta milionów funtów. W 2006 roku Hauser zwierzał się dziennikarzom z pro-blemów z pozyskaniem tych funduszy, ale zapewniał, że projekt wyszedł na prostą. Pieniądze miały się znaleźć. W budowę zaangażowało się ponoć ponad 150 firm. Co więcej, Hauser chwalił się  nawet, że zbuduje całą sieć podwodnych hoteli. Zapewniał, że dziewięć krajów wyraziło zainteresowanie projektem. Najpoważniejszym kandydatem wydawały się Chiny – podwodny kompleks planowano w  Qingdao. W 2006 roku firma Hausera Crescent Hydropolis Resorts podpisała nawet umowę z chińskimi władzami. Obiekt miał być gotowy przed igrzyskami olimpijskimi w 2008 roku. Budowa hotelu jednak nie ruszyła i spółkę rozwiązano. 

Nadchodzi Posejdon

„Posejdon jest w trakcie budowy. Zostanie otwarty za jakieś  20 miesięcy. Nie wiemy dokładnie, kiedy” – zapewnia „Focusa” Bruce Jones, pomysłodawca innego hotelu podwodnego, który toczył korespondencyjny pojedynek z Hydropolis. Poseidon Mystery Island ma powstać na wysepce o powierzchni niecałego kilometra kwadratowego w archipelagu Fidżi. Jones planuje tam cały kompleks rekreacyjny. Na plaży powstanie 48 bungalowów, w wodzie 24-pokojowy hotel. Klucz do sukcesu ma zagwarantować obowiązkowy pobyt w  obydwu częściach. Bruce Jones chce, aby goście przyjeżdżali na tygodniowy wypoczynek – z czego jedynie dwie noce spędzą pod wodą. Szacowany koszt: 15 tysięcy dolarów za miejsce w pokoju dwuosobowym. Pomysłodawca sądzi, że wystarczą cztery tysiące gości rocznie, by utrzymać ten przybytek.

Co w zamian? Pobyt w pokoju  o powierzchni 51 m kw. (lub apartamencie 92 m kw.), którego ściany w 70 proc. wykonano z  10-centymetrowego akrylu. Gość miałby niespotykaną możliwość podglądania podwodnego świata. W dodatku jeśli morska fauna nie ma akurat ochoty na figle pod naszymi oknami, będziemy mogli ją zachęcić, uwalniając pokarm za pomocą specjalnego przycisku. Jeśli komuś znudzi się obserwowanie rybek, można poprowadzić pojazd podwodny Triton, skorzystać z podwodnej biblioteki, restauracji, baru, a nawet... wziąć ślub w kaplicy. Jones na stronie internetowej nie kryje, że nowożeńcy to jedna z grup docelowych, do których kierowany jest ten projekt.  

Jones – podobnie jak polscy projektanci – zdecydował się na wykorzystanie modułów. Z tą różnicą, że w przypadku Posejdona elementy są mniejsze. Każdy z 24 pokojów (oraz luksusowy apartament) to odrębna jednostka, która może służyć jako osobna kapsuła ratunkowa. Łączy je korytarz przytwierdzony do dna morskiego. W razie niebezpieczeństwa specjalne wodoszczelne drzwi odcinają zagrożony moduł. Co ważne, poszczególne elementy mieszkalne nie będą tonąć, lecz unosić się w wodzie. W razie potrzeby nurkowie mogą ewakuować gości przez włazy w suficie. 

Pomysłodawca projektu na co dzień zajmuje się „podwodnym biznesem”, szefując firmie U.S. Submarines wyspecjalizowanej w projektowaniu pojazdów podwodnych. To pozwala mieć nadzieję, że wie, co mówi, zapewniając, że Posejdon na Fidżi ma być pierwszym „z pięciu takich kompleksów na świecie”.

Filip(ińczyk) z konopi

Wygląda na to, że tym razem Jones będzie toczył korespondencyjny pojedynek z filipińskim biznesmenem Paulem Monozcą, który postanowił wybudować podwodny kompleks w Palawan. Coral Word Park ma powstać do 2013 r. i kosztować 150 mln dol. Co ciekawe, Monozca postawił na inną strategię niż autorzy pozostałych pomysłów. Coral World Park ma być nie tyle hotelem, ile podwodnym apartamentowcem. Większość z 24 mieszkań zwanych anemonami o powierzchni ok. 50 m kw. nabędą prywatni inwestorzy. Jak zapewnia Susan Lee z Parmon Group, której Monozca jest szefem, 12 z nich już znalazło nabywców. „Każdy apartament składa się z podwodnego anemonu i willi na powierzchni – zdradza Lee „Focusowi”. – Właściciele będą korzystali z anemonów głównie w celach rozrywkowych. Chociaż dwóch nabywców poprosiło o przygotowanie wersji z sypialnią”.  Pomysłodawcy liczą na to, że dzięki lobbingowi właścicieli rząd filipiński poprze rozwój podwodnego programu. 

Same anemony mają pomieścić 15 osób każdy i oferować 270-stopniowy widok na życie w morskich głębinach. Do środka będą prowadziły schody i winda (w fazie projektowania). W tej chwili trwają testy konstrukcji. Monozca planuje również umieszczenie pod wodą kasyna i restauracji. Podobnie jak w przypadku pozostałych projektów, kompleksowi podwodnemu ma towarzyszyć infrastruktura lądowa. W sąsiedztwie pięknych plaż powstanie podobno lotnisko, lądowiska dla helikopterów, dwa pola golfowe, spa oraz hotel.

 

Monozca do tej pory znany był głównie z działalności związanej ze sportem – jest m.in. szefem ABA Global, międzynarodowej gałęzi drugiej po NBA amerykańskiej ligi koszykówki. Na co dzień zarządza singapurską Parmon Group, której flagowymi projektami są – dość odległe od nowatorskiej architektury – szkoły kształcące sportowców i kadrę dla zawodowych lig oraz system umożliwiający płacenie rachunków za pomocą bankomatów.  Budowa podwodnego hotelu to dość ambitne zadanie jak na debiut w branży deweloperskiej. „Przewodniczący rady nadzorczej jest filantropem i wizjonerem – tłumaczy Lee pomysł swojego szefa. – Chciał znaleźć sposób na powstrzymanie niszczenia raf koralowych na Filipinach przez chciwych rybaków oraz firmy wydobywcze, którzy nie uwzględniają ryzyka wiążącego się z potencjalnymi wypadkami w trakcie eksploatacji złóż ropy i  gazu, ignorując źródła energii odnawialnej”. Dzięki projektowi rybacy mają znaleźć pracę w turystyce w planowanej strefie ochrony przyrody. A więc coś za coś. 

Czekając na skrzela

W przeciwieństwie do Monozcy Mike Murphy z  nowozelandzkiej firmy MJ Murphy Ltd., która zbudowała podwodną restaurację Ithaa na Malediwach, doskonale wie, z jakimi trudnościami wiąże się taki projekt. I wcale nie chodzi tylko o pieniądze. Są i bardziej przyziemne przeszkody. Jakie? „Prawo Archimedesa – tłumaczy „Focusowi” Murphy. – Im większa konstrukcja, którą chcesz umieścić pod wodą, tym większa pionowa siła wyporu, której trzeba przeciwdziałać”. Taki podwodny budynek buduje się na lądzie, a następnie zanurza, korzystając z potężnych dźwigów pływających. Lecz to dopiero początek. Elementy konstrukcji należy pod wodą połączyć, a następnie odpowiednio konserwować. Projektanci muszą również wziąć pod uwagę wiele innych czynników: od warunków naturalnych – głębokości wody, prądów morskich, rodzaju dna – po wpływ na środowisko naturalne. I  tu wracamy do pieniędzy. Nawet przy odpowiednio wyższych stawkach za pobyt opłacalność takich inwestycji wydaje się wątpliwa. „Podwodne hotele czy restauracje to kaprys bogaczy – twierdzi Murphy. – Wysoki koszt skutecznie zniechęcił wielu naszych potencjalnych klientów. Biorąc pod uwagę dzisiejszą wiedzę techniczną, podwodne hotele czy mieszkania to jedynie droga i niepraktyczna mrzonka niektórych entuzjastycznie nastawionych architektów, którzy nie zdają sobie sprawy ze związanych z tym problemów. Zostaniemy na lądzie jeszcze przez długi czas! (Chyba że wyrosną nam skrzela i błony między placami)”.

Zgoła inaczej widzi to Lech Rowiński. „Za dwa lata powinniśmy zacząć próby w środowisku naturalnym” – zapewnia. Czy marzenie o  noclegu pod wodą, czego nie udało się zrealizować w  Dubaju, ziści się w Gdyni? Kto wie? W końcu jakiś czas temu Gdynia reklamowała się hasłem: „Miasto z morza i marzeń”...