Raj podglądaczy. Wszyscy obserwują wszystkich. Kto zyskuje?

Nie ruszając się zza biurka, każdy może dziś zarabiać pieniądze, łapiąc złodziejaszków sklepowych lub nielegalnych emigrantów przekraczających granicę USA. Internet stał się rajem dla donosicieli
Raj podglądaczy. Wszyscy obserwują wszystkich. Kto zyskuje?

W Wielkiej Brytanii swego czasu ruszył projekt pod nazwą Internet Eyes. Każdy obywatel Unii Europejskiej mógł zarejestrować się w portalu i otrzymać dostęp do obrazu z kamer rozmieszczonych w sklepach, urzędach, na ulicach miast Wielkiej Brytanii, aby wypatrywać złodziei sklepowych lub innych przestępców, na przykład pijanych kierowców czy włamywaczy.

Po zalogowaniu na naszym monitorze pojawiał się obraz czterech przypadkowo wybranych kamer. Jeśli internauta zauważył coś podejrzanego, wystarczy, że kliknął w odpowiednią ikonkę. Właściciel firmy czy sklepu uczestniczącego w projekcie miał być wtedy zaalarmowany esemesem, a na jego skrzynkę e-mailową miał przyjść obraz z ekranu ukazujący moment popełnienia przestępstwa.

Obserwatorzy mieli nie znać lokalizacji miejsc, które obserwują. Twórca Internet Eyes biznesmen Tony Morgan ustalił też następujące zasady: pierwsze pięć esemesów w miesiącu ma być darmowych, a kolejne płatne – ma to zniechęcić użytkowników do wywoływania fałszywych alarmów. Oczywiście, jeżeli zużyjemy esemesa na prawidłowe wskazanie przestępcy, dostaniemy do wykorzystania kolejny darmowy strzał. Co miesiąc ma być publikowana lista najaktywniejszych „łapaczy złodziei” – oczywiście nie ich danych osobowych, które będą ściśle tajne, ale internetowych pseudonimów. Najlepszy łowca otrzyma nagrodę pieniężną – tysiąc funtów.
 

 

PODGLĄDACZ BOHATEREM

Internet Eyes miał znaleźć zastosowanie nie tylko w sklepach, miał też pomagać w zapobieganiu przestępstwom w Londynie. Metropolia ta jest naszpikowana kamerami – jedna kamera przypada na ośmiu mieszkańców Londynu, co daje liczbę około miliona urządzeń. Jednak im więcej kamer, tym więcej ludzi potrzeba do patrzenia w monitory: wiele przestępstw, choć sfilmowanych, pozostaje niezauważonych. Szacuje się, że tysiąc kamer pomaga w rozwiązaniu zaledwie jednej sprawy kryminalnej rocznie. Pomoc ochotników projektu Internet Eyes mogła bardzo się przydać londyńskiej policji.

– Chcemy walczyć z przestępczością, wykorzystując ludzką skłonność do podglądania innych – zapowiadał Tony Morgan reklamując projekt hasłem: „Zarabiaj pieniądze, zwalczaj przestępczość, zostań bohaterem i uratuj komuś życie”.

– Chociaż motywy wydają się słuszne, sam pomysł stwarza liczne okazje do nadużyć. Walka z przestępczością nie powinna być grą komputerową. Internet Eyes wygląda na komercyjne przedsięwzięcie, które wykorzystuje niskie ludzkie instynkty – ostrzegała już w momencie startu produktu organizacja pozarządowa No CCTV. Na możliwość trafienia do internetu zdjęć osób postronnych zwracali uwagę też prawnicy.
 

BĄDŹ STRAŻNIKIEM TEKSASU

Na podobnym pomyśle zaangażowania ochotników opierał się pomysł systemu funkcjonującego w Stanach Zjednoczonych. Władze stanu Teksas zainstalowały na granicy z Meksykiem system kamer, nazwany Virtual border (Wirtualna granica) – obecnie działający pod szyldem BlueServo. Chętni internauci mogą wypatrywać na monitorach swych komputerów nielegalnych imigrantów próbujących dostać się na teren USA. Uruchomiono darmową linię telefoniczną, pod którą można zgłaszać każdą zauważoną próbę przejścia przez granicę. Administracja liczy przede wszystkim na właścicieli ziemskich, którzy doglądając swoich gospodarstw, mogą wykryć także takie sytuacje. Granica teksańsko- meksykańska ma około 1900 kilometrów długości, więc służbom granicznym z pewnością przydaje się pomoc.

Również FBI dostrzegło możliwości, jakie dają tego typu inicjatywy. Agenci za pośrednictwem serwisu BanditTracker.com zbierają informacje od internautów, którzy na tej witrynie, oprócz standardowego listu gończego, mogą obejrzeć zapisy z kamer przemysłowych, które utrwaliły przestępstwo. Wszystkie informacje na tej witrynie są skoordynowane z mapami GoogleMaps.

Policja włoska również skorzystała z pomocy zwykłych obywateli w głośnej sprawie egzekucji mafijnej, dokonanej w maju 2009 r. na jednej z ulic Neapolu. Przez kilka miesięcy praca śledczych nie przynosiła efektu, tożsamość płatnego zabójcy była nieznana. Dopiero po rozpowszechnieniu drastycznego filmu z egzekucji, nagranego przez kamerę monitoringu, udało się namierzyć sprawcę, być może dzięki internautom.
 

 

ZACZĘŁO SIĘ OD PIĘKNEJ IDEI

Wszystkie przytoczone tu inicjatywy stanowią zastosowanie metody tzw. crowdsourcingu – czyli wykorzystania umiejętności i inteligencji wielu anonimowych jednostek, użytkowników internetu. Dotychczas jednak crowdsourcing proponowano głównie w najszczytniejszych, społecznie pożytecznych celach. Najlepszym przykładem jest Wikipedia, którą tworzą przecież sami internauci. Mimo zastrzeżeń do wiarygodności jej haseł Wikipedia jest popularnym źródłem informacji.

Crowdsourcing znalazł wiele pozytywnych zastosowań. Kiedy 3 września 2007 r. podczas lotu nad stanem Nevada zaginął legendarny podróżnik Steve Fossett, w jego szukanie zaangażowały się tysiące ludzi. Bynajmniej nie chodzili oni po pustyni. Serwis Amazon. com udostępnił chętnym najnowsze satelitarne obrazy liczących ponad 40 tys. m2 terenów pustyni Nevada, poszatkowane na małe fragmenty, które przydzielane były losowo każdemu z kilkudziesięciu tysięcy ochotników. Musieli oni zaznaczyć każdy wyglądający nietypowo ich zdaniem fragment i powiadomić organizatorów przedsięwzięcia.

W czerwcu 2009 angielski dziennik „Guardian” zamieścił na specjalnej stronie internetowej skany otrzymanych z parlamentu dokumentów dotyczących wydatków brytyjskich posłów. Czytelnicy mogli je analizować, a w przypadku nabrania podejrzeń sygnalizować to redakcji. 25 tysięcy ochotników przejrzało już niemal połowę (akcja trwa) z 500 tysięcy stron dokumentów. Ta obywatelska akcja prowadzona równolegle z profesjonalnym audytem przyniosła efekt. Prawie setka parlamentarzystów musiała się tłumaczyć.

Crowdsourcing wykorzystywany jest też w badaniach naukowych. Działający od ponad 17 lat projekt [email protected] koordynowany przez University of California w Berkeley poszukuje w kosmicznym szumie sygnałów, za którymi może stać obca cywilizacja. Internauci mogą ściągnąć na swój komputer „porcję” szumu zarejestrowaną przez radioteleskop w Arecibo. Praca przydzielana jest chętnym przez komputer centralny, pełniący rolę serwera koordynującego. Ten sam serwer scala przesyłane przez uczestników programu wyniki, a następnie przygotowuje kolejną porcję obliczeń do wykonania.

Takich crowdsourcingowych projektów wspomagających naukę jest więcej. Ochotnicy zrzeszeni w [email protected] mogą poszukiwać za pomocą swoich pecetów „boskiej cząstki”, czyli bozonu Higgsa i tym samym pomóc naukowcom pracującym w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Uczestnicy [email protected] badają fale grawitacyjne, a inni entuzjaści astronomii współtworzą trójwymiarową mapę Drogi Mlecznej w ramach [email protected] Można też wspomóc biologów i biochemików badających struktury białkowe, przyłączając się do projektu [email protected] Z kolei wiele projektów na platformie WCG (World Community Group) skupia internautów pomagających w obliczeniach „medycznych”, takich jak poszukiwanie leków na nerwiaka płodowego, grypę czy AIDS. Internauci pomagają w przeprowadzaniu wirtualnych eksperymentów, co przyspiesza prace nad lekami.

Przydatnym i pożytecznym zastosowaniem idei crowdsourcingu jest projekt OpenStreet- Map. Jego zadaniem jest stworzenie ogólnie dostępnej mapy świata, którą użytkownicy będą mogli swobodnie edytować. Dzięki możliwościom technologicznym systemu nawigacji satelitarnej czy choćby telefonii komórkowej 180 tysięcy uczestników OSM może poczuć się kartografami. Z kolei użytkownicy serwisu flickr.com publikującego zdjęcia cyfrowe w sieci mają możliwość zaangażowania się w akcję opisywania zasobów takich instytucji jak muzea czy archiwa. Możliwości crowdsourcingu dostrzegają też bibliotekarze. Dlibra 4.0, platforma do budowy bibliotek cyfrowych, daje czytelnikom możliwość sugerowania bibliotekarzom słów kluczowych.

 

TŁUM DO WYNAJĘCIA

Crowdsourcing nie jest z definicji zły ani dobry – to tylko narzędzie, którego można użyć do różnych celów. Widać to na przykładzie serwisu o nazwie Mechanical Turk. Rozmaite firmy mogą za jego pośrednictwem zlecać anonimowym pracownikom wykonanie zadań: bardzo prostych, ale takich, których komputer nie jest w stanie wykonać, np. porównywanie jakości zdjęć. Za swoją pracę internauci otrzymują wynagrodzenie. Dotychczas zlecane prace były zazwyczaj dość niewinne, ale nie znaczy to, że tak będzie zawsze. Jonathan Zittrain, profesor prawa na Harvardzie i Oxford Internet Institute, obliczył, że rząd irański stosunkowo małym nakładem kosztów, wykorzystując serwis Mechanical Turk, może zidentyfikować jakikolwiek obraz czy zdjęcie właśnie za pomocą internetowych ochotników. Mogą oni porównywać fotografie z krajowymi bazami danych i pozytywne trafienia przesyłać zleceniodawcy. Ochotnicy niekoniecznie muszą wiedzieć, dla kogo wykonują zlecone i opłacone zadanie. Jonathan Zittrain uważa, że crowdsourcing będzie ewoluował właśnie w tym kierunku.
 

PANOPTICON DO KWADRATU

W XIX w. brytyjski filozof Jeremy Bentham zaprojektował więzienie idealne, zwane Panopticonem. Idea była prosta: strażnicy byli niewidoczni i więźniowie nigdy nie wiedzieli, kiedy i kto na nich patrzy, dzięki temu zawsze czuli się obserwowani. Można powiedzieć, że zastosowanie crowdsourcingu do wykrywania przestępstw to Panopticon do kwadratu: bo nie dość, że nikt nie wie, kto na niego patrzy, to jeszcze sam obserwujący nie wie, kogo inwigiluje, jakie miejsce filmuje kamera lub w jakim celu porównuje zdjęcia ludzkich twarzy.

Wyobraźmy sobie świat niedalekiej przyszłości. Widzisz na monitorze swojego komputera, jak pijany mężczyzna wychodzi z pubu. Chwiejnym krokiem podchodzi do samochodu, wyciąga kluczyki, otwiera drzwi, siada za kierownicą i rusza. Mimo że nie wiesz, z jakiego miasta pochodzi obraz, klikasz na ekran, zawiadamiając tym samym policję w tamtym mieście. System kieruje twój sygnał w odpowiednie miejsce, na przykład do najbliższego posterunku policji. Dyżurny widzi fotografię, którą wykonałeś i przesłałeś kliknięciem, a GoogleMaps pomaga w precyzyjnym ustaleniu miejsca zdarzenia. Po kilku chwilach możesz nawet zobaczyć, jak radiowóz blokuje ulicę, którą jedzie samochód nietrzeźwego kierowcy. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku patrzysz, jak skuty kajdankami pirat drogowy zajmuje miejsce w policyjnym aucie. Chwilę później dostajesz esemesa z banku, że na twoje konto wpłynęła drobna kwota od zawiadujących tym, przypominającym opisany wcześniej Internet Eyes, systemem. Zadowolony wychodzisz na spacer. Odpakowujesz nową paczkę gum do żucia, zerwany papierek rzucasz na trawnik. Kilka chwil później pojawia się patrol straży miejskiej i wypisuje ci mandat za zaśmiecanie miasta. Zastanawiasz się, skąd strażnicy wiedzieli o twoim „postępku”, skoro byłeś zupełnie sam na tej ulicy? W tym samym momencie konto bankowe przeczulonego na punkcie czystości na ulicach mieszkańca Singapuru zasila jakaś suma pieniędzy.