Gracze zareagowali entuzjastycznie na produkt reklamowany, jako gra w ewolucję – od poziomu jednej komórki do inteligentnych istot budujących galaktyczną cywilizację. Nikomu jakoś nie przeszkadza, że „komórki” mają wyłupiaste oczy i groźne szczęki, a ich rozwój jest ręcznie sterowany przez gracza, który wzbogaca swego stwora o różne części ciała i zdolności, kierując się wyłącznie własną fantazją. To nie ewolucjonizm, ale kreacjonizm czy inteligentny projekt – jęczą naukowcy. Z drugiej strony przecież chodzi tu tylko o dobrą zabawę, prawda?

Jak się jednak okazuje, nie do końca. „Spore” to kolejne dzieło Willa Wrighta, twórcy takich hitów jak „SimCity” czy „The Sims”. Wright znany jest ze swych fascynacji nauką , a zwłaszcza astrobiologią, i początkowo planował, że jego nowa gra będzie oparta na solidnych podstawach, łącznie z dynamiką powstawania galaktyk i chemicznymi podstawami życia. Początkowa nazwa „Spore” (zarodnik) brzmiała wręcz „SimEverything” – symulacja wszystkiego. Niestety, rynkowa rzeczywistość szybko utemperowała zapędy Wrighta. Komórkom dorysowano wspomniane oczy i inne zabawne dodatki, a prawa nauki musiały ustąpić prawom rozrywki. W rezultacie wartość edukacyjna gry zbliża się do zera, ponieważ prezentowana w niej wizja powstania i ewolucji organizmów jest, delikatnie mówiąc, dyskusyjna. „Moim zdaniem gracze z łatwością zauważą te odstępstwa i skłoni ich to do myślenia o ewolucji, dyskutowania na ten temat” – twierdzi Wright, ale słaba to obrona, zwłaszcza w USA, gdzie teoria ewolucji jest nieustannie atakowana przez fundamentalistów różnej maści.

„Spore” ma jednak głębszy związek z ewolucjonizmem, niż mogłoby się wydawać. Gracze mogą dowolnie kształtować swe stwory, a dane na temat ich wyborów i upodobań są skrzętnie zbierane przez producenta gry. Jeśli się je przeanalizuje – a liczba uczestników tego eksperymentu może być liczona w milionach! – to będzie można zobaczyć, w jaki sposób przeciętny człowiek postrzega ewolucję, jakie cechy organizmu czy społeczności uważa za atrakcyjne, jak chciałby kształtować świat.

Pierwsze efekty już są widoczne. W grze praktycznie nie występują akcenty seksualne. Po wyjściu na ląd stwory rozmnażają się chyba płciowo (lecz sam akt polega na czymś w rodzaju tańca, podczas którego nad głowami pary wirują serduszka). Tymczasem gracze doskonale wiedzą, co lubią najbardziej, i bardzo szybko to zademonstrowali – zaczęli hodować istoty wyglądające jak gigantyczne penisy, piersi i temu podobne elementy ludzkiej anatomii, biegające po świecie „Spore” na licznych nogach i z wyłupiastymi oczami umieszczonymi w zaskakujących miejscach (filmiki pokazujące tę radosną twórczość można z łatwością odnaleźć na YouTube). Jak widać, od ewolucjonizmu – nakazującego nam powielanie własnych genów, czyli po prostu uprawianie seksu – uciec się nie da...